Sport

Andrzej Rudy nazwany zdrajcą, obywatelstwo ma tylko polskie

Andrzej Rudy (z prawej) w koszulce polskiej reprezentacji
Eastnews
Mógł być ikoną polskiej piłki i w czasie Euro 2012 siedzieć z Bońkiem obok Platiniego. Ale u schyłku PRL uciekł do Niemiec za kobietą, wolnością i pieniędzmi. Dziś nawet jego dawny klub nie ma do niego telefonu
Tekst z archiwum tygodnika "Plus Minus"
W polskiej lidze nazywali go „Złotko". Miał talent w nogach, pensję dziesięciu górników, twarz Dolpha Lundgrena i jedną z najpiękniejszych Polek za narzeczoną. A potem wszystko się zmieniło. Zdrajcą obwołano go z dnia na dzień. – Kiedyś napiszę o tym książkę – odgraża się Andrzej Rudy, jeden z nielicznych polskich futbolistów tamtych czasów, którzy z powodzeniem grali w największych europejskich klubach. A w latach 80. gwiazda rodzimej ligi, nadzieja kadry i bohater jednego z największych skandali w historii polskim futbolu.
Pytanie, czy byłby to melodramat z nutką sensacji i polityki w tle czy jednak dziennik konformisty, pozostaje otwarte. W nielicznych wywiadach, których udzielił, z reguły bywał zdawkowy. Jak w tym dla sports. pl. – Szczęśliwy człowiek, wciąż związany z piłką, bierze życie takie, jakie przychodzi – mówił o sobie w ubiegłym roku. Tymczasem polscy kibice – choć minęły już 24 lata – do dziś dyskutują, czy Rudy porzucił polską reprezentację przed, czy po jajecznicy, którą w hotelu Leonardo Da Vinci pod Mediolanem kadrowicze jedli na śniadanie na dzień przed legendarnym już dziś meczem z reprezentacją ligi włoskiej.

Za Szpakowskim poszło w świat

To nie był jakiś szczególnie ważny mecz. Reprezentacja, wówczas prowadzona przez Wojciecha Łazarka, podobnie dopiero co zaliczyła dwie porażki z RFN (0:3) i Danią (1:5) i ledwie zremisowała bezbramkowo z Cyprem. Towarzyskie spotkanie wybrańców „ligi polskiej" w 1988 roku z reprezentacją najlepszej wówczas w Europie ligi włoskiej miało jednak kontekst ambicjonalny. W drużynie rywala nie zabrakło takich gwiazd jak Niemiec Lothar Matthaus czy Argentyńczycy Claudio Caniggia i Diego Maradona. 12 listopada na boisko stadionu San Siro Polacy nie wybiegali w roli faworytów, ale z zamiarem walki o honor. 23-letni wówczas Andrzej Rudy miał mieć w tej walce ważny udział. Niezwykle utalentowany pomocnik (zadebiutował w ekstraklasie jako niespełna 18-latek), w którym upatrywano następcę Kazimierza Deyny i którego porównywano do Cruiffa i Beckenbauera, miał rządzić środkiem pola i reżyserować grę polskiej ekipy. – To był nieprzeciętny piłkarz, szybki, świetnie wyszkolony technicznie, z wielką umiejętnością czytania gry i widzeniem jej pola – wspomina dziś były trener polskiej kadry Andrzej Strejlau. Ale Rudy nie wyszedł na San Siro. Polska zremisowała 2:2 i nikt dziś by o tym meczu nie pamiętał, gdyby nie wypowiedziane podczas telewizyjnej transmisji słowa komentatora Dariusza Szpakowskiego: „Może trochę dziwić brak w naszej reprezentacji Andrzeja Rudego, który wyjechał wraz z reprezentacją ligi na to spotkanie. Ale (...) Rudego nie ma po prostu wraz z reprezentacją. Zniknął po śniadaniu z hotelu, a wraz z nim jego rzeczy, co wskazuje na samowolne oddalenie się od ekipy".

Na piłkarskim targowisku

Ucieczki sportowców na Zachód nikogo w komunistycznej Polsce nie dziwiły, zwłaszcza że obowiązywał zakaz gry na obczyźnie piłkarzom do 28. roku życia. Kilka miesięcy przed Rudym Zachód wybrał choćby Marek Leśniak, snajper Pogoni Szczecin, który opuścił kadrę po meczu z Danią (później gracz niemieckiego Bayeru Leverkusen). Ale to nie Leśniak skupił całą nienawiść działaczy i sporej grupy kibiców, lecz Rudy. – To ja zostałem wyklęty, bo uciekłem przed meczem, a nie po  – wspomina dziś Rudy. – A moim zdaniem tak było uczciwiej. Zdradziłbym, oszukał kolegów i kibiców, gdybym zagrał w tym meczu. Rudy tłumaczy, że nie umiałby dać z siebie zbyt wiele, bo w głowie miał już tylko ucieczkę.Planowałem ją od miesięcy – mówi. Po śniadaniu zgarnął z pokoju bagaż, przemknął obok recepcji i zniknął. Taksówką dostał się do centrum Mediolanu. Stamtąd, autem, od razu wyjechał do Niemiec.  – Wszystko było przygotowane, ktoś na mnie czekał. Kto? Rudy nawet dziś, po tylu latach, nie chce odsłaniać kulisów. – Powiem tak: w tamtych latach zachodnie kluby dość chętnie, bo tanio, pozyskiwały polskich piłkarzy, nie brakowało więc menedżerów, którzy podawali rękę takim jak ja. Jakieś nazwiska? Kluby? Rudy tylko się śmieje. Ale nie zaprzecza, że polskie media sportowe w końcu dość trafnie wyspekulowały udział w akcji branżowego Tomasza Cybulskiego, który pośredniczył w transferach polskich piłkarzy do klubów niemieckich i całą skomplikowaną marszrutę. Najszerzej pisał o niej portal futbolnews.pl, według którego za ucieczką Rudego stał Bayer Leverkusen. Rudym interesował się też HSV Hamburg i Bayern Monachium, z którym związany był sławny Uli Hoenes. Karuzela potencjalnych kontraktów wyszła też poza Niemcy. Rudy miał trafić do AS Monaco, francuski klub złożył nawet ofertę PZPN. – Byłem dwa miesiące w Paryżu, podpisałem nawet wstępny kontrakt, ale ostatecznie z  niego zrezygnowałem – opowiada.  – Uciekając, wiedziałem, że ryzykuję, że nie będzie łatwo wrócić legalnie do  gry na Zachodzie, ale szybko się okazało, że najłatwiejsza w tym wszystkim była ucieczka. Poważne kluby, które mnie interesowały, bały się wielkiej awantury, która wybuchła o mnie w Polsce. A w Polsce pierwszy doznał szoku trener Wojciech Łazarek, gdy okazało się, że Rudy znikł. – Czułem się tak, jakby mi ktoś igłę w serce wbił – wspominał w ubiegłym roku na łamach „Przeglądu Sportowego" selekcjoner, któremu kadra dosłownie się wtedy posypała. – Już mu wybaczyłem, ale żal został. – To sk...yn – miał zakląć na wieść o ucieczce piłkarza ówczesny prezes PZPN Zbigniew Jabłoński, który według „Przeglądu Sportowego" poprowadził śledztwo w sprawie zniknięcia piłkarza. I to – jak opisywał „PS" – „bardzo fachowo, gdyż prezes był wtedy dyrektorem Biura Kryminalnego Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej.

Wróg publiczny

"Śledztwo" polegało głównie na próbie wywarcia wpływu na służby obcych państw w celu zablokowania Rudemu możliwości poruszania się przez granice, a potem na wyciszaniu sprawy. Relacje polskich mediów w kraju zaczęły się niewinnie. „Słoneczne, upalne popołudnie, 11 listopada w Mediolanie – czytamy w archiwalnym „PS". – (...) wszyscy siedzą w autokarze (...) kierowca zapala silnik i puszcza taśmę z Catem Stevensem (...) Kierownik drużyny sprawdza, czy wszyscy są obecni. Jednego brakuje. Okazuje się, że Andrzeja Rudego". Potem rozpętało się medialne piekło. „Przegląd Sportowy" niemal codziennie zajmował się Rudym. Zrazu pisząc, że „Zostały buty i kurtka", by pytać „Gdzie jest Rudy". A potem już poszło: „Czyja drużyna?". „Kiedy poznamy całą prawdę?", aż w końcu przyszedł czas na „Zdrajcę" i dialektyczne pytania o „Motywacje i dezercje". Potem dziennikarze „PS" już jawnie wzywali PZPN do surowego ukarania piłkarza: „Przy aferze Rudego nie ma społecznej zgody na tego rodzaju rozumowanie (...) Najwyższy czas, by (...) zawodnik został zdyskwalifikowany dożywotnio – apelował jeden z  nich. – Powtarzam: dożywotnio!". – Wciąż mnie pytają, dlaczego uciekłem mówi dziś Rudy, podkreślając, że uciekł z kraju „zakłamanego". – Powodów było wiele. Bo chciałem sam decydować o swoim losie, a nie słuchać rozkazów jakichś szarych eminencji, generałów, którzy chcieli mi rozkazywać, gdzie mam grać. Bo nie chciałem się zestarzeć w polskim klubie ze świadomością, że mogę grać w klubach najlepszych w Europie. Bo chciałem mieć godne życie. – Byliśmy pieszczochami, zarabialiśmy wielokrotność górniczych pensji – mówi. – Ale co za to można było kupić? Przez pięć lat gry w ekstraklasie odłożyłem 15 tys. dolarów. Jak to się ma do miliona euro rocznie, bo tyle zarabiałem w Ajaksie?

Burzliwa miłość

Miłość nie wybiera, a nie było tajemnicą, że Andrzej wyjechał przede wszystkim z powodu kobiety – mówi Ryszard Tarasiewicz, były piłkarz Śląska Wrocław, z którym Rudym grał i się przyjaźnił. Rudy nie zaprzecza. – Tak, to ona mnie namówiła. Wśród wielu powodów, to ona była najważniejszym. Annę Dąbrowską, późniejszą Miss Dolnego Śląska i Miss Foto roku 1986, poznał podczas eliminacji konkursu piękności. Była jeszcze licealistką, ale już jedną z najpiękniejszych Polek. I... niecierpliwych Polek. Jako finalistka Miss Polonia miała wielkie szanse na koronę, ale straciła ją, gdy próbowała przechytrzyć jury. Zdyskwalifikowano ją za występ w stroju ufundowanym przez sponsora. A potem nagle wyjechała do Niemiec. Tuż przed ucieczką swojego późniejszego męża. Andrzej, odkąd zaczął grać w FC Koeln, i Anna, która została w Niemczech modelką, szybko stali się ulubieńcami dziennikarzy. Niestety, związek utrzymał się tylko kilka lat. – Byli piękni i bogaci, ale nie pasowali do siebie – mówi jeden z kolegów Rudego, prosząc o zachowanie anonimowości. – On zawsze myślał o niej, a ona o karierze. O Annie Rudy bywało często głośniej w niemieckich mediach niż o jej byłym mężu. Jako fotomodelka miała sesję w „Playboyu", a kilka lat temu plotkarski portal polskaweb.eu wydawany w Niemczech sugerował, że będąc bezrobotną aktorką, pracowała jako „domina". I że uwikłała się w aferę z kokainą. „Ania Rudy (...) musi wyświadczyć 50 godzin na rzecz Katolickiej Służby Socjalnej – pisał portal. – Zasądziła to (...) sędzia Claudia Giesen, w zamian za umorzenie postępowania przeciw tej 38-latce". Nikt tego wprost nie powie, ale wielu piłkarzy i trenerów z tamtych lat uważa, że burzliwa miłość Rudych przetrąciła miłość Andrzeja do piłki. – Na pewno ucieczka z Polski w szczycie formy mi nie pomogła w karierze, miałem długą przerwę w grze – tłumaczy Rudy. I broni bilansu swojej kariery. – Sprawy rodzinne miały wpływ na moje sportowe życie, ale bez przesady. Waldemar Tęsiorowski, kolega Rudego ze Śląska Wrocław wylicza: – Andrzej był jedynym polskim kapitanem w historii Bundesligi, z Lierse zdobył mistrzostwo Belgii, był kluczowym graczem giganta, czyli Ajaksu, z którym zdobył mistrzostwo Holandii i puchar. Grał u wielkich szkoleniowców na czele z Mortenem Olsenem, który traktował go niemal jak syna. Kto ma u nas taki dorobek?

Na zakrętach

Kariera na Zachodzie nie była jednak pasmem sukcesów. Rudy grywał w kratkę, bywało, że grzał ławkę rezerwowych. Nie zawiódł, ale też nie powalił kibiców na kolana, gdy po czterech latach, już po obaleniu komunizmu, wrócił do polskiej reprezentacji pod  wodzą Andrzeja Strejlaua w wygranym wyjazdowym meczu (0:3) z San Marino. Pojawiły się zarzuty, że jest zarozumiały i zamknięty w sobie. – To nieprawda, Andrzej poza boiskiem zawsze miał swój świat, ale w grze zawsze z siebie dawał wszystko – mówi Ryszard Tarasiewicz. – Po prostu taki jest. Niewylewny. Szczyt kariery Rudego to Ajax Amsterdam w sezonie 1998/99 był. Potem były już schody w dół, w końcu trenerka (Rudy był przez jakiś czas grającym trenerem) na niemieckiej prowincji. . Rudy nie wygląda na swoje 47 lat. Na zdjęciach, które może w sieci obejrzeć polski kibic, zwykle albo z synami (najstarszy, 24-letni, Sebastian, 14-letni Joshua i 12-letni Joe), albo w dresie z piłką na boisku, albo z kibicami drużyny Sportfreunde Siegen, grającej w niemieckiej regionalnej NRW (odpowiednik polskiej IV ligi), której jeszcze niedawno był trenerem. Był, bo kontrakt kończy mu się w czerwcu, a nowy trener, Niemiec, którego piłkarskie CV nawet nie umywa się do dorobku Polaka, już pracuje. – Takie życie – śmieje się Rudy.

Outsider z wyboru

Mieszka pod Kolonią i choć szuka pracy, dzięki piłkarskiej karierze ma za co żyć. Po burzliwym i głośnym związku z Anną ożenił się z Niemką, matką Joshuy i Joe. Też się w końcu rozeszli, ale Rudy podkreśla, że z nią ma bardzo dobre relacje. A z Polską? – Staram się przynajmniej raz w roku odwiedzić mamę – mówi. – Z przyjaciółmi to różnie, bo wszyscy jesteśmy zajęci. W Śląsku Wrocław nowe twarze, więc jakoś nie szukam kontaktu.  Sam klub też chyba kontaktu nie szuka. Na fetę z okazji otwarcia nowego stadionu przed Euro 2012 zaproszono wielu zasłużonych piłkarzy, m. in. Tarasiewicza, Prusika, Cybisa. – Próbowaliśmy też skontaktować się z Andrzejem Rudym, ale nam się nie udało – mówią w biurze prasowym Śląska Wrocław. A co z futbolem? – Euro 2012 oglądam z zainteresowaniem, ale w telewizji – śmieje się Rudy. Występu Polaków nie ocenia. Ale zwraca uwagę na „cudzoziemców" w polskiej reprezentacji. – Dziś gra w niej Sebastian Boenisch, Eugen Polanski, Damien Perquiz, Ludovic Obraniak, piłkarze z podwójnym obywatelstwem. I niemal nikomu to nie przeszkadza. W innych, trudniejszych czasach ja zostałem okrzyknięty zdrajcą, a obywatelstwo mam wciąż jedno. Polskie. Czerwiec 2012
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL