fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Nigdy w swojej karierze nie grałam takiego meczu

Najlepsza polska tenisistka opowiada o zaciętym meczu z Rosjanką Marią Kirilenko
To był długi dzień. Co z niego pani zapamięta najbardziej?
Agnieszka Radwańska: Rzeczywiście, czuję, jakby moja doba miała dziś 25 godzin. Trudna sprawa coś wybrać. Musiałam być stale w gotowości, musiałam zachować koncentrację. Doszła zmiana kortu, gra w nowych warunkach, jak w hali. Bez wiatru, bez deszczu, to jakbym startowała w innym turnieju. Ale najważniejsza pozostaje radość z tego, że wygrałam. No i cieszę się, że ten dzień przeżyłam.
Co panią zaskoczyło w grze Kirilenko?
W zasadzie niewiele, znamy się bardzo dobrze, wiedziałam, że gra dobrze, ale chyba nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak dobrze.
Denerwowała się pani bardzo, zwłaszcza podczas ostatnich gemów na korcie centralnym?
Tak, oczywiście. Przecież było 4:4, to nie jest czas na jakąkolwiek pomyłkę. Wiadomo, że strat w takich chwilach zwykle się nie odrobi. Myślałam wtedy o najprostszych sprawach, najwięcej o tym, by nie popełnić błędu przy serwisie.
A wcześniej nie czuła pani wzrostu zagrożenia?
Nie, nie było takiej chwili. Gra była tak wyrównana, że czułam tylko napięcie wynikające z faktu, że jedna dwie piłki mogą zmienić losy meczu, ale nic więcej.
Decyzja o zmianie kortu była dla pani zaskoczeniem, czy też miałyście na nią wpływ?
Nie miałyśmy wpływu. Po prostu sędziowie po przerwaniu meczu na korcie nr 1 powiedzieli nam, że mają zdecydowany zamiar dokończyć to spotkanie jeszcze dziś, by w turnieju nie było zaległości. To znaczyło, że mamy czekać na zakończenie meczu Azarenki z Paszek. Wiedziałyśmy zatem co może nas spotkać. Bałam się tylko tego, że mamy czas do 11 wieczorem, była 9.30 i perspektywa gry tuż przed 11 wydawała się groźna.
Grała pani kiedyś mecz z większą liczbą przerw?
Oj, chyba nie. Nie przypominam sobie. Od 11 rano już czekałam na kortach i właściwie od tej chwili czułam się tak, jakbym już grała ten mecz.
Czy zdziwiła panią decyzja, że jednak można przenieść w Wimbledonie mecz z kortu na kort. Wcześniej tego rozwiązania nie dopuszczano, nawet w przypadku Andy'ego Murraya...
Dyscyplina w tej sprawie bardzo zmalała. Przecież wieczorem w poniedziałek powiedziano nam, że gramy pierwszy mecz, a następnego dnia rano okazało się, że jest jakieś spotkanie przed nami. Organizatorzy muszą być elastyczni, bo mają opóźnienia. Ale nie mam z tym problemów. Mam przecież teraz dzień przerwy w singlu, nie muszę już czekać na dokończenie.
Czy rozmawiała pani z Marią o przerwach w trakcie meczu?
Nie, bo mamy różne szatnie. W ogóle nie zamieniłyśmy słowa w trakcie przerw.
Podobno zamknęli pani restaurację, gdy czekała pani na ostatni etap meczu z Kirilenko?
Tak, ale mamy tu pewne chody, znamy polskich pracowników restauracji i chyba dlatego trenerowi udało się znaleźć jakiś makaron.
Myślała już pani o meczu z Angelique Kerber?
Grałyśmy wiele razy, mecze były zacięte, chyba niemal zawsze trzysetowe. Nigdy nie zmierzyłyśmy się na trawie. No cóż, to kolejne wyzwanie. Ona gra bardzo solidnie, w tym roku znów się poprawiła, widziałam jej kilka spotkań tutaj w Wimbledonie. Nie będzie łatwo. Mogę mieć tylko nadzieję, że ja też nadal będę dobrze grać.
Czy gra pod dachem kortu centralnego znacząco różni się od tenisa na innych kortach?
Jest trochę łatwiej, gdy nie ma wiatru i deszczu, ale jest także więcej wilgoci. Co do szybkości nawierzchni nie widzę różnicy, znacznie wolniej jest na korcie nr 2. Przenosiny z kortu nr 1 podobały mi się. Cieszyłabym się na półfinał na centralnym.
A sądzi pani, że w ten wtorkowy wieczór na Wimbledonie szczęście też było po pani stronie?
No nie zawsze, choć parę piłek przetoczyło się po siatce na drugą stronę. Ja bym tam szczęścia do tego meczu nie mieszała, w końcu ono zawsze jakoś się wyrównuje.
—wysłuchał w Londynie Krzysztof Rawa
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA