fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Po obu stronach Realu

Cristiano Ronaldo zagra dziś przeciw czterem kolegom z Realu Madryt
PAP/EPA
Dzisiaj Hiszpania, która wygrała wszystko, walczy o awans z Portugalią, która jeszcze nie wygrała niczego
Podtekstami można by obdzielić kilka wieczorów. Mierzą się sąsiedzi, którzy kiedyś podzielili między siebie świat, wielcy zdobywcy, którzy się długo godzili z tym, że ich czas podbojów minął, dwa kraje odurzone futbolem, rozdyskutowane na jego temat, dwie kultury z niezrównanym piłkarskim słownictwem, z dziennikami sportowymi, od których zaczyna dzień robotnik, biznesmen i arystokrata. Ojczyzny wielkich klubów, przez lata rzucających długi cień na reprezentację. Sąsiedzi tak z pozoru podobni do siebie i tak bardzo różni, gdy się ich pozna bliżej.
Te dwa królestwa futbolu mierzą się w szczycie swojej potęgi. Hiszpania, mistrz świata i Europy, ziemia Realu i Barcelony, jest władcą naszej wyobraźni na co dzień i od święta. Portugalia z końca Europy rządzi światem transferów dzięki menedżerowi Jorge Mendesowi, ma najlepszego piłkarza kontynentu i najdroższego na świecie Cristiano Ronaldo, najsłynniejszego trenera Jose Mourinho.
A swojego wielkiego i dumnego sąsiada ze wschodu Półwyspu Iberyjskiego mogłaby nauczyć, jak zarabiać na futbolu, gdyby chciał słuchać.
Ale ten sąsiad oprócz bankrutujących klubów ma też zwycięską reprezentację walczącą o tytuł drużyny wszech czasów. A Portugalia, w klubowej piłce spełniona, zwłaszcza jak na 10-milionowy kraj, reprezentacji na tronie nigdy się nie doczekała. Ani w czasach Eusebio, ani Luisa Figo i obecnego trenera kadry Paulo Bento, ani z Cristiano Ronaldo. Ale może zezowate szczęście chce, żeby Portugalczykom udało się akurat w tych mistrzostwach, w których przed startem spisano ich na straty. Jeśli dziś pokonają Hiszpanów, to nie będzie dla nich nic niemożliwego w finale w Kijowie.

Wiatr z Madrytu

Hiszpania gra w Doniecku o coś więcej niż awans. Tego jeszcze nie doświadczyła – musi udowadniać, że potrafi być piękna, jej piłkarze słyszą, że zanudzają, powinni porzucić rysowanie tych swoich trójkątów i kół i uczyć się od Niemców i Włochów, co to znaczy wiatr w ataku i dobre przedstawienie.
Coś się w futbolu zmienia, i nie w Hiszpanii, ale wokół niej. Bo mistrzowie świata grają bardzo podobnie jak w mundialu w RPA, wprawdzie bez typowego napastnika, ale to akurat artyzmu im nie ujmuje. W mistrzostwach świata nikt nie miał o to do nich pretensji, po finale z Holandią przedstawiono ich jako obrońców dobrego futbolu, zachwycano się, jak ta kadra pachnie Barceloną.
Teraz, choć w kadrze jest siedmiu piłkarzy z Camp Nou, a pięciu biega w podstawowym składzie, o Barcelonie prawie wcale nie słychać. Tylko o Realu i o tym, jak jego bezpośredni futbol rządzi tym turniejem, a jego gwiazdy zachwycają.
I to niekoniecznie gwiazdy z Realu, bo choć Xabi Alonso i Iker Casillas swoje hołdy dostali, to głośniej jest o Niemcach: Samim Khedirze, być może najlepszym na razie piłkarzu turnieju, i Mesucie Oezilu, oraz o portugalskiej trójce. Cristiano, walczącym o tytuł króla strzelców, Pepe, który jest obok Matsa Hummelsa najlepszym obrońcą mistrzostw, prawie w ogóle nie fauluje i kocha go cała Opalenica, oraz o niezmordowanym Fabio Coentrao.

Wyzwolenie Cristiano

Real ma w półfinałach dziewięciu piłkarzy niezbędnych swoim drużynom i dziesiątego na ławce rezerwowych, Raula Albiola. Dziś Cristiano Ronaldo będzie grał przeciw czterem klubowym kolegom (Casillas, Alonso, Sergio Ramos i Alvaro Arbeloa), żeby Real zatriumfował w ataku, musi pokonać Real.
Hiszpania ma ten problem, że do uciszenia krytyków potrzebowałaby Leo Messiego. Tylko wtedy Vicente del Bosque nie byłby torturowany pytaniami, dlaczego gra bez napastników, choć to przecież nic innego jak próba znalezienia hiszpańskiego Messiego. To jest przewaga Portugalii: ona ma Cristiano w swoim naturalnym środowisku, tak podobnym do tego co otacza go w Realu, jak to tylko możliwe.
Trener Paulo Bento nawet nie zaprzecza, że skopiował to, co najlepsze, od Mourinho. Za całej kadencji Carlosa Queiroza Ronaldo, uwiązany wbrew swej woli w ataku jako samotny strzelec, miotający przekleństwa i jak na złość trenerowi marnujący sytuację za sytuacją, strzelił tylko dwa gole. A u Bento w samym barażowym rewanżu z Bośniakami – trzy. Tyle samo ma już w Euro 2012, atakując z lewej strony, pracując na drużynę i dostając od niej wsparcie.
Dwa lata temu w 1/8 finału mundialu Hiszpania ośmieszyła Portugalię, a Cristiano w szczególności. To była jednak wtedy inna Portugalia, firmowana zagubioną miną Queiroza. Dzisiejsza jest uporządkowana, pewna siebie, na fali. Ale determinacja Hiszpanów z Realu, by zatrzymać Cristiano, nie zmalała. To właśnie w obronie jest najwięcej przeciwników portugalskich rządów w klubie. Casillas nie boi się sprzeciwiać Mourinho, a Arbeloa kiedyś pobił się na treningu z Cristiano, gdy koledzy albo nie potrafili, albo nie chcieli ich rozdzielić w porę. To Arbeloę czeka najwięcej pojedynków z Cristiano.
Wczoraj na konferencji przed meczem Hiszpan opowiadał, że to przecież nic szczególnego grać przeciw trójce kolegów z klubu. – Będzie tak samo jak wtedy, gdy w lidze gramy przeciw kolegom z kadry. Nic specjalnego – mówił. A im dłużej tłumaczył, tym trudniej było mu wierzyć.

Sylwetki

Paulo Bento, trener reprezentacji Portugalii
Paulo Bento przejął drużynę w chaosie. Zrobił porządek twardą ręką, ale pełnego uznania się jeszcze nie doczekał. Jest najmłodszym trenerem Euro 2012 i najmniej gwiazdorskim. Nie znosi tego wszystkiego, co się ostatnio z Portugalią kojarzyło: egocentryzmu, bałaganu na boisku i poza nim. Nigdy by mu nie przyszło do głowy, żeby podczas turnieju negocjować przejście do klubu, jak to zrobił w czasie Euro 2008 Luiz Felipe Scolari. Nie mieści mu się w głowie, jak trener może rozmontować drużynę tak jak Carlos Queiroz podczas mundialu w RPA, tylko po to, by jego było na wierzchu. Wie, co mówi, bo sprzątał po Queirozie, gdy ten po mundialu zabagnił też Portugalii początek eliminacji do Euro 2012. Przyszedł jako trener drugiego wyboru, lekceważony przez tych, którym się marzyło, że Jose Mourinho jednak weźmie tę robotę, łącząc z trenowaniem Realu. Nikt o Bento nie powie złego słowa jako o człowieku, ale dobrego wodza trudno było w nim dostrzec. 43-letni trener nie wytrzymuje porównania nawet z młodszym klonem Mourinho, Andre Villasem-Boasem, który Porto prowadził do mistrzostwa i Pucharu UEFA, a Bento Sporting Lizbona tylko do drugich miejsc w lidze. Był za to od nich obu dużo lepszym piłkarzem, 35-krotnym reprezentantem Portugalii. Jego największym sukcesem jest przyłączenie Cristiano Ronaldo do Portugalii. Zrobił go kapitanem, pozwolił mu grać tak, jak lubi najbardziej: rozpędzać się, mieć swobodę wyboru i wsparcie w środkowym napastniku. To działa, choć nie wszystkim w smak powiedzieć to głośno. – Jest u nas taka mniejszość, która przed ćwierćfinałem trzymała kciuki, żebyśmy z turnieju wylecieli – mówi Bento. Ale jest coraz mniejsza. A dziś może się zupełnie rozpłynąć.    —piw
Vicente del Bosque, trener reprezentacji Hiszpanii
Krytyków mu przybywa, ale on robi swoje z uśmiechem. Trenerem kadry został przez aklamację. Miał przeprowadzić reprezentację od mistrzostwa Europy 2008 do kolejnych tytułów, nie psując tego, co Luis Aragones stworzył na boisku, i naprawiając to, co popsuł poza boiskiem. Bo Aragones był trenerem znienawidzonym przez media, gburowatym, ale piłkarze go uwielbiali i czuł dobry futbol każdym zmysłem. Del Bosque gwarantował to samo, ale w lepszym opakowaniu. Tak jak w czasach Realu Madryt, gdy z drużyną gwiazd zdobył dwa mistrzostwa Hiszpanii, wygrał dwa razy Ligę Mistrzów. Pomimo to przestał Realowi wystarczać. Prezes Florentino Perez szukał na ławkę gwiazdy, człowieka przyszłości, a Vicente był jowialny, miał wąsy i co najgorsze, był swój. Choć pochodzi z Salamanki, ze skromnej kolejarskiej rodziny, jest człowiekiem Realu. Grał w nim i pracował przez 36 lat. Znał Santiago Bernabeu, który uczył piłkarzy dobrych manier i szacunku do kobiet. Bardzo przeżył, gdy Perez  w 2003 zwolnił go bezceremonialnie, przekazując wiadomość przez swoich pomocników. Od tamtego czasu Real już ani razu nie wygrał Ligi Mistrzów, a del Bosque nie znalazł szczęścia w żadnym klubie, aż w końcu zadzwonił Fernando Hierro, dyrektor sportowy w hiszpańskiej federacji, i zaproponował przejęcie reprezentacji po Aragonesie. Pierwsze lata były spacerem po czerwonym dywanie: zwycięstwa w eliminacjach, tytuł mistrza świata z RPA, same zachwyty. Aż znudzone tym spokojem media zaczęły szukać problemów i dziś krytykują del Bosque coraz głośniej, choć Hiszpania gra bardzo podobnie jak w mundialu w Afryce. On ciągle odpowiada uśmiechem, bo wie, że futbol bywa drobiazgiem wśród naprawdę ważnych spraw.    —piw
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA