fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Lektury arcypolskie

ROL
Jakie książki podsunęlibyśmy obcokrajowcowi, by zrozumiał, co nam w duszach gra?
Tekst z tygodnika "Uważam Rze"
Mówimy często o duchu narodowym, o duchu polskim, o dziełach, które są ducha tego wykładnią. Ale konkretnie, które utwory literackie mamy wtedy na myśli? Ze swej strony zaproponowałbym cudzoziemcom taki oto zestaw książek arcypolskich.

Adam Mickiewicz Pan Tadeusz

Absolutny szczyt literackiego kunsztu. Spisana 13-zgłoskowcem opowieść o idealnej dawnej Polsce. O Polsce świętej lub bliskiej świętości. O Polsce, która upadła, lecz jej upadek był ceną, jaką zapłaciła za skarb wolności. Bo też dawne państwo polskie służyło swym obywatelom wolnością w o wiele większym stopniu niż jakiekolwiek europejskie mocarstwo, przy tym, gdy po wojnie trzydziestoletniej pogaństwo rozlało się po całym kontynencie, Polska wytrwale przy chrześcijaństwie stała. I o tamtej Polsce, w której „... nie trzeba było policyi żadnej;/ Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa,/Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława!" – snuje swą opowieść Adam Mickiewicz.
Litewska wieś opiewana przez poetę to nie tylko szczęśliwy „kraj lat dziecinnych", ale i oaza pradawnego ładu, którego już nie ma w owym czasie na Zachodzie. To kraj, w którym świętości się czci, podczas gdy gdzie indziej są one profanowane. Nieprzypadkowo Zosia obdarowuje Tadeusza obrazkiem świętej Genowefy, tej samej, której relikwiarz spalono w Paryżu w 1783 r., a z kościoła pod jej wezwaniem uczyniono świecki panteon. No dobrze, ale tę świętą, idealną Rzeczpospolitą rozdarli zaborcy, a potomkowie starodawnych Polaków, tych najlepszych z najlepszych w Soplicowie – jak ironizował Norwid – „jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im Ojczyznę". Chybiony to jednak zarzut, bo nawet te błahe rozrywki wpisują się w ciąg tradycji, tej, która „nas Polakami robi". Przeciwnicy Mickiewiczowskiego arcydzieła zazwyczaj wysuwają przeciw niemu zarzut prowincjonalizmu. I tak gorliwie zwalczający w literaturze wszystko, co polskie – Gombrowicz usiłował uczynić z Lechonia „prowincjonalnego patriotnika, który chwali Mickiewicza i Słowackiego, bo tak Polakowi wypada". „Jak tu gadać" – zastanawiał się Jan Lechoń – z durniem, który napisał, że poezja jest to pic i nawalanka, przy czym artykuł ten był honorowany na pierwszych stronicach „Kultury". Jak mu dowieść, że Mickiewicz był jako poeta równy Dantemu, że „Dziady", „Samuel Zborowski", „Wesele" są to arcydzieła równe największym francuskim czy angielskim. I czy on naprawdę myśli, że ja, przebywający za granicą więcej lat niż wszyscy pisarze polscy mego wieku, nie znam tych arcydzieł francuskich i angielskich, dlaczego taki bęcwał nie przypuści, że ja wielbię tych paru polskich geniuszów dlatego właśnie, że mogłem ich porównać z innymi. Gombrowicz jest wiecznym smarkaczem, któremu można dać prawa niegrzecznego Dyzia, nigdy nie tracąc przecież poczucia, że to jest dziwoląg". Radzę też pamiętać, co orzekł kiedyś dyplomata Anatol Muhlstein: „Jak ktoś coś mówi na »Pana Tadeusza«, to w mordę!".

Zygmunt Krasiński Nie-boska komedia

Przez lata PRL marksistowscy specjaliści z Instytutu Badań Literackich przedstawiali najważniejsze dzieło Zygmunta Krasińskiego jako dramatyczne starcie dwóch racji: rewolucyjnej i antyrewolucyjnej, reakcyjnej czy delikatniej rzecz ujmując – konserwatywnej, a poza tym lub przede wszystkim – chrześcijańskiej. Naprawdę dramat tkwi gdzie indziej, bowiem w ujęciu autora stojący na czele obozu rewolucji Pankracy, występując przeciw boskiemu porządkowi świata, sam pozbawia się jakichkolwiek racji. Prawdziwy dramat tkwi w postawie broniącego Okopów Świętej Trójcy hrabiego Henryka. Niezłomnie trwając przy krzyżu, uwierzył jednakowoż diabelskim podszeptom Chóru, wmawiającego mu, że za swoje czyny będzie – sprawiedliwie! – potępiony. Tym samym zwątpił w moc bożą, okazał się człowiekiem małej wiary, ulegając podszeptom wysłanników Piekła. Niepomny tego, że trwając niczym opoka przy Chrystusie, czego jak czego, ale boskiego poparcia mógł być pewny. Jako obrońca wiary, walczący z ludobójczą, bestialską rewolucją jest Henryk herosem, ale wątpiąc w Boga, nie pozwalając mu uratować siebie samego, wystawia sobie świadectwo człowieka słabego. Ktoś taki jak on nie uratuje ani ojczyzny, ani świata – z zasady. Bo czyniąc rachunki ze swojego życia, nie uwzględni w nich najważniejszego – Boga, zaprzeczając boskiemu planowi świata. Tylko wiara w ów plan pozwala zachować ufność w to, że ze zbliżającego się starcia chrześcijaństwa z pogaństwem zwycięskim wyjdzie to pierwsze. W tym kontekście niezwykle ciekawymi stają się uwagi autora poczynione w liście do Delfiny Potockiej ze stycznia 1848 r., odnoszące się do tragicznej śmierci Karola Levittoux, który „wzięty do Cytadeli, chcąc uniknąć pokus bolesnych męczarni zadawanych, by zdradził i wydał towarzyszy, spalił się cały sam jedną świecą. Klękł na łóżku z twardych deszczek, powrozami słomianymi okręconych, pod one deszczki świecę postawił – wolno zapaliły się powrozy kręcone ze słomy. Jak wieczność długo musiały się rozżarzać, nim zaczęły śmierć zadawać. Kilka godzin ujść musiało, nim to łóżko w stos się przeobraziło i to raczej węgli niż płomieni. Znaleziono go na kolanach, z piersią i twarzą już zwęgloną, bez życia, wpółopadłym. Innych wielu powariowało, całe się im towiańszczyzny marzyły". To wstrząsające, ale nie znajduje Krasiński dla Levittoux dobrego słowa, podobnie jak nie znalazł ich dla np. Jóżefa Bema po tym, gdy ten dla politycznych racji zmienił wyznanie. Takie działania świadczyły – zdaniem autora „Nie-boskiej komedii" – jedynie o rozpaczy tych, którzy zwątpili w Boga. A tego im czynić nie było wolno. Paradoksalnie, nie dla innego celu, a w imię wolności ojczyzny. Bo albo będzie ona wolna – z bożego nadania, albo nie będzie jej wcale.

Henryk Sienkiewicz Trylogia

Pomniejszanie znaczenia twórczości Henryka Sienkiewicza, które zda się nie mieć końca, dokonywane jest nie wyłącznie piórami zaprzysięgłych wrogów polskości w literaturze. Niekiedy wspierają ich ci nawet z czytelników autora „Trylogii", którzy cenią noblistę, a w swoich – niestety chybionych – analizach jego powieści kierują się najlepszymi intencjami. Tak, na przykład, niedźwiedzią przysługę Sienkiewiczowi oddał Norman Davies, twierdząc, że „Ogniem i mieczem" jest dla literatur słowiańskich tym, czym „Przeminęło z wiatrem" dla ich amerykańskiego odpowiednika, a następnie sytuując twórcę „Trylogii" w jednym szeregu z Margaret Mitchell właśnie, z Walterem Scottem i Aleksandrem Dumasem. Davies nie jest bynajmniej w ocenie tej odosobniony. Szczególnie porównanie z Dumasem powtarza się często w krytykach pisarstwa Sienkiewicza, podobnie jak nagminnie nazywa się tego najwybitniejszego w dziejach polskiego pisarza „pierwszorzędnym twórcą literatury drugorzędnej". Tak się pomniejsza wielkości. O wiele więcej z lektury i recepcji (!) „Trylogii" zrozumiał znany amerykański pisarz historyczny James A. Michener, wyrokując dobitnie: „»Trylogia« jest świętą księgą. Sienkiewicz napisał »Quo vadis« dla całego świata, a świat wziął tę książkę do serca. »Trylogię« napisał dla Polaków, a oni zaabsorbowali jej duszę". Jakim cudem awanturnicza fabuła powieści historycznej dziejącej się w XVII w. mogła osiągnąć status świętości? Nie spowodowałby tego przecież największy nawet artyzm języka czy choćby niedościgniona sztuka kreowania postaci. Ale to o te postacie chodzi. Andrzej Kmicic jest z pewnością nie wzorowym, ale wielce udanym modelem żołnierza Rzeczypospolitej dawnych wieków, a zarazem autorskiego odczytania narodowego charakteru Polaków. Lech Ludorowski pisał: „Postacie »Trylogii« ocierają się ciągle o zagadnienia ostateczne: życia i śmierci, dobra i zła, o problem wolnej woli i zdeterminowania, o okrutne i bezwzględne prawa wojny". Sugestywność Sienkiewiczowskich bohaterów to jedno – Stanisław Tarkowski pisał: „My z figurami tej powieści (»Ogniem i mieczem« – przyp. K.M.) żyjemy, jak one opanowały nam wyobraźnię i serca". Drugie, i nawet ważniejsze, to ich uwikłanie w historię, przy czym uwikłanie to rozpatrywane jest nie w kategoriach filozofii dziejów, lecz powinności – indywidualnej i zbiorowej. Powinności te, według ich rangi, wyglądają tak: religijna, narodowa i osobista (honoru osobistego). Rola, jaką odegrała „Trylogia" w procesie zachowania tradycji i zintensyfikowania świadomości narodowej, zwłaszcza w najtrudniejszych momentach dziejów, m.in. po zaborczych akcjach wynarodowiania Polaków w okresach popowstaniowych, w czasie okupacji – niemieckiej i sowieckiej – w latach II wojny światowej, w okresie stalinowskim – jest nie do przecenienia. Sienkiewicz krzepił, krzepi i będzie krzepił polskie serca, wciąż tak samo odwołując się do narodowej historii. Bo po to ona jest, żeby – jak pisał w 1970 r. Krzysztof Mętrak – „można się było z nią utożsamiać".

Stanisław Wyspiański Wesele

Największe dzieło sceniczne w historii literatury polskiej – „Wesele" Stanisława Wyspiańskiego – powstało z marzenia. Nie tylko z marzenia o wolnej Polsce, ale i o prawdzie, o szczerości w działaniu, o wykorzystaniu szans, które jako naród otrzymujemy od Boga, ale ich nie wykorzystujemy. Czy tylko dlatego, że brakuje nam wiary: i w Boga, i w ojczyznę, i w nas samych? Z małej wiary biorą się małe cele, zadowalanie się byle czym, strach przed prawdziwie wielkim czynem. Wypatrywanie Chochoła, który sprawi, że dokona się w nas przełom. I odtąd wszystko będzie inne... Niestety, marzenia się nie spełniają, cud, który odmieniłby Polskę i nas samych, nie zdarza się. Daremnie czekamy na znak, trwając w chocholim tańcu, pijąc wódkę i przypatrując się zdarzeniom, „tak odległym od wszystkiego,/co było wielkie w kraju". Pojawiająca się iskierka nadziei gaśnie. Jakże bowiem ma być inaczej, skoro Jasiek, gdy tylko trafi w jego ręce złoty róg od Wernyhory – zgubi go. I spełnią się obawy Pana Młodego: że to, co jest tu przed nami żywe,
tak się nagle wiatrem zmiecie;
że my próżno wyciągamy ręce
do widziadeł – bo to są widziadła. Nawet gdy Poeta odczuje zaszłe w nim przemiany, będzie się bał ich skutków („a jeszcze sobie nie wierzę") i nie potrafi zapomnieć, że tyle się „podłości i głupoty/koło mnie wlokło jak psów/ (...)/z tylum już zawracał dróg/dla mgieł, dla nocy, ciemności". Konstatuje też: jest jakaś ręka święta
i jest dłoń inna, przeklęta;
jest Szczęście, co się ze mną mija,
i Nieszczęście, które mnie tuli. Wyspiański nie daje łatwej pociechy, rozdrapuje rany, a nie pozwala im się zabliźnić. Choć nie wszystkim... To nieco szokujące – biorąc pod uwagę zasadniczy kierunek literatury polskiej – ale Stańczyk wyraźnie wzywa Dziennikarza, by ten przestał żyć rozpamiętywaniem przeszłości. I przestrzega: nie można kroczyć swobodnie, jeśli się idzie „z trupami pod rękę". Co w związku z tym począć ze znanym stwierdzeniem Marii Janion: „Do Europy? Tak, ale z naszymi umarłymi". Bo też czy zmarli są dla nas balastem, czy treścią naszego życia" – pyta Stańczyk – „chcemy czynić „niepokoje/tych co w grobach leżą?" Żadne dzieło literatury polskiej nie stawia tylu ważnych pytań co „Wesele", jak żadne inne też nie pozostawia tak wielu pytań bez odpowiedzi.

Melchior Wańkowicz Ziele na kraterze

Arcydzieło wciąż jeszcze nieodkryte, bywało, że lekceważone, a to jako nazbyt sentymentalne, to znów krotochwilne, przy czym napisane przez reportera, nie zaś „prawdziwego" pisarza. Prawdziwe w tym, nie do końca zresztą, jest to jedynie, że „Ziele na kraterze", gatunkowo rzecz ujmując, jest reportażem. Tyle że z życia... narodu polskiego – miedzy rokiem 1918 a 1945. Ale i gawędą szlachecką, pełną pysznych anegdot, i trenem poświęconym córce pisarza poległej w powstaniu warszawskim. Jako się rzekło, przede wszystkim to jednak reportaż z życia narodu, w dużej części wyzutego ze swej ojcowizny, wypędzonego z domu, przesiedlonego do innego świata. Jak w takich warunkach ocalić wartości, tradycje, to wszystko, co czyni nas narodem? Mickiewiczowscy bohaterowie trwali przy Soplicowie, w XX w. załadowano ich do bydlęcych wagonów i o narodowe dziedzictwo zadbać musieli inaczej. Wańkowicz podsuwa receptę w postaci domu. Stawianego od nowa, a przecież pieczołowicie rekonstruowanego i – najważniejsze – mającego duszę. O tej ostatniej stanowią modlitwy, obyczaje, także lektury. To nie przypadek, że sercem Wańkowiczowego Domeczku jest biblioteka. Ale nagle na to odbudowane ognisko domowe padają bomby. Jeszcze w 1939 r. Domeczek jakoś się broni, 1944 r. już nie przetrwa. Czy to możliwe – pyta autor – aby do tego stopnia nie było domu? Ale nie darmo Melchior Wańkowicz snuje opowieść o wzrastaniu, o odradzaniu się tytułowego ziela, w wymiarze domowym, rodzinnym i narodowym. Z największych nawet zniszczeń, po zbrodniach niemieszczących się w normach cywilizowanego świata. Życie okazuje się mocniejsze, choć krater w miejsce ogrodu powstać może w okamgnieniu. Nie na zawsze jednak. W najgorszych chwilach człowiek znajduje oparcie jedynie w Bogu. Matka szukająca dziecka, gdy niemiecki wartownik zabraniający przejścia pyta ją: „Cóż panią broni?", żegna się „wolno uczciwym krzyżem" i mówi: „Bloss das". A gdy po powstańczej hekatombie opuszczając granice Polski, odmawia pacierz, zacina się przy słowach: „jako i my odpuszczamy". „Zmówię, jak się opamiętam – pomyślała".

Józef Mackiewicz Droga donikąd, Nie trzeba głośno mówić

Niesłychanie ważną cezurę w literaturze polskiej ostatnich stu lat stanowi II wojna światowa. W utworach opowiadających o niej, o okupacji hitlerowskiej i sowieckiej, w traumatycznych świadectwach z obozów i łagrów zawiera się prawda o przeżyciach narodu polskiego po 1 września 1939 r. Są to jednak prawdy fragmentaryczne. Całościowo pomyślane studium okupacji sowiecko-niemieckiej na terenie nie tylko Polski, bo właściwie całe wschodniej Europy jest w literaturze tylko jedno. Jego autorem jest Józef Mackiewicz. Pisarz, który pytany o przynależność państwową odpowiadał: „Jestem obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego", a indagowany o narodowość zwykł mawiać: „Antykomunista". W „Drodze donikąd" Mackiewicz mówi o katastrofie, jaka zdarzyła się w wyniku zetknięcia się Polaków z ustrojem komunistycznym. W „Nie trzeba głośno mówić" opowiada o klęsce – najstraszniejszej, jaka dotknęła Polskę – w dużej mierze spowodowanej niewyciągnięciem wniosków z wcześniejszej katastrofy. Zarazem jest to opowieść o końcu Europy Wschodniej. Powieści Józefa Mackiewicza zadają kłam rozpowszechnionej tezie o jedności politycznej i moralnej narodu polskiego podczas II wojny światowej. Naszych przodków dzieliły kwestie granic i stosunku do dwóch okupantów, do powstania warszawskiego, przyszłego ustroju społeczno-politycznego w kraju, sojuszów. Z chirurgiczną precyzją pokazuje pisarz, jak bolszewizm niszczy najważniejszą tkankę społeczną, jak paraliżuje strachem, rozkłada więzi zarówno rodzinne, jak też obywatelskie. Jak na każdym kroku korzysta z prowokacji, kłamstwa, szantażu. Wacław Zbyszewski w recenzji „Drogi donikąd" pisał: „Wielkie Xięstwo Litewskie – empirowe i tańczące w takt poloneza u Mickiewicza, jeszcze kraśne makami polnymi i jarzębinami u Orzeszkowej – kona bez słowa u Mackiewicza, kona w nędzy, w oparach samogonu, w upadlającym strachu i nieopisanym brudzie. Ten brud, ten smród – to też kamerton powieści". Bohaterami powieści Józefa Mackiewicza są prości ludzie, miejski proletariat i chłopi, sól ziemi, którą bolszewizm chce unicestwić, bo nawet w tej biedocie widzi wroga, jak z samej zasady wrogie są dla niego religia i własność prywatna. O tym wszystkim – o ludziach, ale i ideach – opowiada autor świetnym, nieistniejącym już językiem kresowym. Trudno nie przyznać racji Zbyszewskiemu: „Gdyby »Droga donikąd« była napisana po niemiecku, czy choćby po rosyjsku, to by Józef Mackiewicz dostał Nagrodę Nobla jeszcze w tym roku. A tak? Ech, życie...".

Jarosław Marek Rymkiewicz Poezja i proza

„W mojej pamięci" – powiada Jarosław Marek Rymkiewicz – wszystko istnieje równocześnie. Wszystkie zdarzenia są tuż obok siebie. I rok 1830 nie następuje 11 lat po roku 1819, Wszystko dzieje się w tym samym roku, na tej samej stronie, w tej samej głowie. Historię można pomyśleć linearnie, ale można ją pomyśleć inaczej. Zgodnie z najgłębszymi skłonnościami naszego umysłu, naszej pamięci, też wybiega ona naprzód i cofa się, i kręci się wokół. A wokół czego? Wokół tego, kto ją myśli, kto ją pamięta. Kiedy więc opowiadam tę moją historię zgodnie z porządkiem pamięci, a nie z porządkiem chronologicznym, jestem w centrum, w samym środku historii. Taka jest moja pozycja i nie sądzę, żebym ją sobie wybrał. To nie ja się usytuowałem, to mnie usytuowano". Niezrozumienie ostatnich książek Jarosława Marka Rymkiewicza z „Samuelem Zborowskim" na czele wzięło się w dużej części z tego, że czytelnicy czy recenzenci traktują go jako pisarza historycznego, a takim ten wybitny poeta i prozaik nie był nigdy. A że historia stanowi jego pasję, to zupełnie inna sprawa. Książki Rymkiewicza zdecydowanie lepiej tłumaczą się poprzez literaturę, nie historię. Do „Wieszania", „Kinderszenen" i „Samuela Zborowskiego" wiedzie prosta droga poprowadzona od „Marii" Malczewskiego, „Zamku kaniowskiego" Goszczyńskiego, a najbardziej może od „Króla–Ducha" Juliusza Słowackiego. I nie widzę powodu, by nie przyjmować do wiadomości (co nie znaczy, w pełni akceptować) tego, co twierdzi J.M.R., że „... jedynym fundamentem istnienia królestwa Polaków może być krew polskich królów, a zatem ta krew, żeby Polska zaistniała, musi być przelana. Polska oparła się o swoją, nie o cudzą krew. Oparła się o swoją krew w roku 1944: teraz buduje na tym swoją państwowość. Tak właśnie ma być". Podziemną – można by rzec – karierę zrobiły jego utwory z tomu „Mogiła Ordona". Po latach komentował: „Niektórzy gorszyli się tymi wierszami, że nazbyt romantyczne, że mesjanistyczne, że w ogóle marna ta poezja stanu wojennego. Ja jestem z tamtych swoich wierszy bardzo dumny". W baroku osadzony jest jak nikt inny, ale przecież i w Kochanowskim, i w Leśmianie, i – nade wszystko – w naszych romantykach: Mickiewiczu, któremu poświęcił cały wieloksiąg „Jak bajeczne żurawie" („Żmut", „Baket", „Kilka szczegółów", „Do Snowia i dalej...") i Słowackim, twórcy „Samuela Zborowskiego". Jest wybitnym, może najwybitniejszym żyjącym znawcą literatury polskiej, jej historykiem, ale – na Boga – w żadnym wypadku nie jest to autor książek historycznych! Obsesja śmierci obecna jest stale w jego wierszach. I świadomość niezbędnej obecności umarłych wśród żywych. Na początku lat 80. w książce „Juliusz Słowacki pyta o godzinę" stwierdził: „Rozmowa między żywymi a zmarłymi jest warunkiem istnienia, warunkiem życia naszych Wielkich Duchów. I jest warunkiem naszego istnienia". Śmierć woła, przywołuje... „Już mnie nie ma Już te wiersze nie moje/Już nad rzeką nad tamtą stoję" – pisał w 1993 r. w tomie „Moje dzieło pośmiertne". I w tym samym tomie: „Moje dzieło pośmiertne: trumna która gada/Wiersz który jest upiorem i na trumnie siada". Piętnaście lat wcześniej (tom „Thema regium") konstatował: „Już tam jestem a tu jeszcze bywam/Już się śmierci imieniem nazywam". W 1973 r. w wierszu „Do trupa" zastanawiał się: Gdyś na oścież otwarty bramą jesteś komu
Kto przez ciebie przechodzi do pustego domu
Czyje palce na złotych leżą instrumentach
Lata nasze jak powódź Co jest w trzech odmętach. I w tym samym tomie („Co to jest drozd") napisał słowa absolutnie wstrząsające: „... wiersz mi się rozpada/Gadam wierszem O Jezu Albo mną ktoś gada". Warunkiem koegzystencji naszej teraźniejszości z przeszłością Rzeczypospolitej jest uznanie podobieństwa między nami i Wielkimi Duchami. Choćby minimalne, zawsze jednak jakieś. W przeciwnym razie będziemy gadali ze sobą jak dziad z obrazem. I tak, niestety, bywa. Wówczas taki bezsensowny dialog J.M.R. przerywa natychmiast i zwraca się do rozmówcy idealnego – do Polski. Pyta wtedy – jak w „Rozmowach polskich latem roku 1983": „... czego ty właściwie od nas chcesz, czego żądasz? I czego, Polsko, my od ciebie chcemy?". A zapytany o przyszłość proponuje: „Spróbujmy zostać Polakami dalej". Jak na dłoni widzimy, że jest to coraz trudniejsze. W swoim siedmiotytułowym rankingu nie uwzględniłem dwóch pozycji, których nieobecność w tym zestawieniu wydać się może przeoczeniem. Tak nie jest. I „Dziady" Adama Mickiewicza, i „Król-Duch" Juliusza Słowackiego powinny rozpoczynać listę utworów arcypolskich. Nie mam jednak złudzeń, by jakikolwiek cudzoziemiec zrozumiał z nich więcej niż pojedyncze słowa. Już i tak „zadanie" komuś z niepolskim paszportem lektury np. „Wesela" może skończyć się na tym, że o jednego wroga będziemy mieć więcej. Ale co tam, do odważnych świat należy. Tekst z tygodnika "Uważam Rze"
Źródło: Uważam Rze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA