fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ekonomiczne perpetuum mobile

archiwum prywatne
Korzenie kryzysu tkwią w zachętach do zadłużania się oraz w pustym pieniądzu - pisze ekspert Centrum im. Adama Smitha
Obecny stan Polski i świata zachodniego widziany jest od strony objawów: bezrobocie, biurokracja, rosnący dług publiczny, kryzys emerytalny. Trzeba jednak dostrzec i przyczyny: zbytnią rolę rządu w gospodarce i nadmiar przepisów. Jako receptę na problemy proponuje się jednak jeszcze więcej sektora rządowego, zwanego ładnie publicznym, więcej wydatków i nowe przepisy. A że lekarstwo szkodzi? Trzeba zwiększyć dawkę.
Stoi za tym stanem rzeczy teoria ekonomiczna Johna Keynesa, ogłoszona w pełnej formie w 1936 roku, w odpowiedzi na światowy kryzys gospodarczy. Mówiąc w największym skrócie, polegała ona na tym, że w obliczu kryzysu rządy powinny wydawać więcej pieniędzy, aby stymulując w ten sposób popyt i inwestycje, doprowadzić do wzrostu produkcji i pełniejszego zatrudnienia.
Odpowiadało to praktyce New Dealu wprowadzonego przez prezydenta Franklina Roosevelta w 1933 roku w związku z tym kryzysem (notabene w programie wyborczym obiecywał on coś odwrotnego - ograniczenie interwencji rządu w gospodarkę!). Keynes zalecał progresję podatkową, wydatki socjalne i ustalanie stóp procentowych. Zalecał też znaczny wzrost roli rządu w gospodarce, choć zostawiał pole dla inicjatywy indywidualnej. Dopuszczał deficyt budżetowy, a tym samym zadłużanie się rządów.
I rządy poszły w tym kierunku. Czy słusznie? Nie mamy dla porównania rzeczywistości równoległej, świata, który by się w pełni trzymał wolności gospodarczej i ograniczał sektor rządowy. Zauważyć jednak trzeba, że przez kilkadziesiąt lat przed tą zmianą wzrost gospodarczy w Europie i Ameryce był szybszy niż przez kilkadziesiąt lat po. Kraje, które pozostają konsekwentnie wolnorynkowe, ograniczając rolę władzy do tworzenia ram dla inicjatywy indywidualnej, osiągnęły lepsze wyniki (Singapur, Hongkong, Tajwan).

Coś z niczego

Gdzie tkwił błąd? Otóż Keynes łudził siebie i innych nadzieją, że z wartości wirtualnej i umownej, jaką są wypuszczane na rynek pieniądze, niemające pokrycia w złocie, powstanie wartość materialna, czyli produkcja i zatrudnienie. Odpowiada to nadziei na zbudowanie „perpetuum mobile", maszyny poruszającej się bez końca, a więc dającej więcej energii, niż otrzymała.
Fizyk i technik z wynalazcą takiej maszyny nie dyskutuje. W ekonomii jest jednak inaczej. Zwolennicy stwórczej mocy pustego pieniądza lżą krytycznie nastawionych do tej idei ekonomistów jako niekompetentnych i ogłaszają bankructwo ekonomii klasycznej, wolnego rynku itd. Stoi za tym oczywiście zapotrzebowanie polityczne na wzrost roli rządu.
Czy Keynes nie zdawał sobie z tego sprawy? Niezupełnie. Zapytany o długofalowe skutki swojej metody, odpowiedział unikiem: „W dłuższej perspektywie wszyscy umrzemy".
Wydaje się więc, że Keynes wskazał receptę krótkoterminową, gdyż złudzeni dostępnością pustego pieniądza inwestorzy i pracownicy mogą zostać w opisany sposób zachęceni do produkcji. Potem jednak odkrywają, że pieniądz stracił wartość i nie opłaca się dalej tyle produkować. W momencie kryzysu metoda Keynesa pozornie łagodzi jego objawy, ale potem hamuje rozwój. Perpetuum mobile puszczone w ruch z początku raźno się obraca, ale potem zwalnia i staje, ku rozczarowaniu wynalazcy.
Błąd ten dobrze widać z punktu widzenia fizyki i techniki, ale także od strony ludzkiej natury i moralności. Wszelka działalność gospodarcza wynika z aktywności człowieka, z jego woli, rozumu i pracy, a tym samym nie może być jej początkiem emitowany przez rządy pieniądz, a nawet materialne środki produkcji. Następnie człowiek i społeczeństwo działają lepiej i bardziej celowo w warunkach wolności, a nie w wąskich ramach narzuconych przez biurokrację. Keynesizm to duży krok w stronę kolektywizmu i etatyzmu, wedle którego biurokracja lepiej radzi sobie z problemami obywateli niż oni sami i jest w ogóle ważniejsza od jednostek.
Niezbędną ramę dla gospodarki stanowi moralność, dlatego władza państwowa powinna zwalczać niszczącą dla gospodarki kradzież i nieuczciwość - bowiem gdy te się rozpowszechniają, praca i przedsiębiorczość tracą sens i wartość. Tymczasem władza działająca według instrukcji Keynesa sama oszukuje obywateli przez pusty pieniądz oraz obdziera ich i demotywuje przez nadmierne opodatkowanie. Dalej duże pieniądze w rękach rządzących stanowią pokusę dla korupcji, ich wydawanie zaś jest o blisko jedną trzecią mniej efektywne niż w przedsiębiorstwie rynkowym.

Korzyść dla rządu

Metoda Keynesa i Roosevelta oznacza też dodatkowe koszty, czyli marnotrawstwo. Jeśli idziemy na zakupy, nie pobieramy za to dodatkowego wynagrodzenia i poza ceną towarów nic z naszych portfeli nie znika. A jeśli kupuje dla nas rząd i jego agendy, oznacza to, że mrowie urzędników bierze pieniądze za to, że dzieli pieniądze, a potem coś dla nas wybiera i dostarcza. System rozdzielczy wymaga licznej administracji oraz skomplikowanych przepisów, które się nawzajem warunkują.
Niestety, co jest stratą dla obywateli, okazuje się korzyścią dla rządu i dla zatrudnionych na rządowych posadach. Dostają bowiem do dyspozycji więcej władzy i pieniędzy - i jeszcze moralną satysfakcję, że dzięki temu ratują kraj! A obywatele, pozbawieni i elementarnej wiedzy ekonomicznej, i prawa wyboru, godzą się z tym. Program szkolny w zakresie wiedzy o społeczeństwie nie przypadkiem rozwodzi się nad rolą organów państwa. A opornych, czyli uczciwych, przedsiębiorców skutecznie terroryzuje fiskus.
Za receptą Keynesa stoi strach przez kryzysem. Tymczasem mimo systematycznych, dużych wydatków rządowych nadal możliwy się okazuje spory kryzys, którego korzenie tkwią w ustawowych zachętach dla nadmiernego kredytowania i zadłużania się kosztem przyszłych pokoleń oraz w tolerowaniu spekulacji papierami bez pokrycia - czyli właśnie w wypuszczaniu pustego pieniądza. Owe wydatki wcale też nie wyeliminowały bezrobocia, czego Keynes oczekiwał i co miał na celu.
Wydaje się, że cykle koniunkturalne, przeplatające się okresy wzrostu i osłabienia, są po prostu w jakiś sposób naturalne, nawet jeśli bywają wywołane czy pogłębiane przez błędy rządzących. Cykliczność jest ceną rozwoju, który po prostu nie może być równomierny. Porównajmy dynamiczny rozwój wolnej gospodarki z kryzysami po drodze i powolny wzrost gospodarki regulowanej.
Regulując gospodarkę i na dużą skalę interweniując na rynku, kryzys już rozpoczęty raczej się przedłuża (maksimum bezrobocia w USA przypadło na New Deal, 25 proc). Systematyczna regulacja czyni może rzadszymi  okresy załamania, ale sprzyja stagnacji. Gospodarka przeregulowana w krajach z rozdętym sektorem państwowym nie rośnie tak szybko jak gospodarka wolna.
Autor jest ekspertem Centrum im. Adama Smitha, świeckim profesorem teologii na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, przewodniczącym rady programowej fundacji PAFERE. Napisał m.in. książki  „Moralna wyższość wolnej gospodarki", „Między polityką a religią", „Od Biblii do gazet"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA