Publicystyka

Sędziowski zapał wychowawczy

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Marek Obremski Marek Obremski
Wolność wyrażania opinii została już właściwie w Polsce zlikwidowana. W normalnych warunkach pozew antyreligijnych aktywistów wobec prof. Legutki powinien zostać oddalony - pisze publicysta
„Durnia mamy za prezydenta" - powiedział w 2007 roku były prezydent Lech Wałęsa o ówczesnym prezydencie Lechu Kaczyńskim. Stało się to w nadawanym na żywo programie. Było jeszcze: „mały, zakompleksiony człowiek" (Stefan Niesiołowski), było: „uważam prezydenta za chama" (Janusz Palikot), a także: „small, retarded, stupid man called the president of Poland" (Figurski z Wojewódzkim).
We wszystkich tych przypadkach do akcji wchodził art. 135 § 2 kodeksu karnego, który mówi o znieważeniu głowy państwa i zmusza prokuraturę do podjęcia czynności. We wszystkich przypadkach skończyło się na niczym. Trudno powiedzieć, jak wyglądałoby orzeczenie, gdyby Lech Kaczyński zdecydował się pozwać któregokolwiek z wymienionych wyżej dżentelmenów o naruszenie dóbr osobistych w trybie cywilnym. Gdyby jednak zastosować tutaj zwykłą logikę, trzeba by uznać, że skoro prokuratura umarzała postępowania, to i sąd cywilny nie powinien przyznać powodowi racji w razie ewentualnego procesu. Inna sprawa, że orzeczenia polskich sądów ze zwykłą logiką coraz częściej nie mają wiele wspólnego.

Nie fakty, lecz opinie

Wiemy już zatem, że prezydenta można nazywać durniem lub chamem (jak rozumiem, obecnego również). Wiemy też jednak, że nie można użyć określenia „rozpuszczeni smarkacze" wobec grupki młodych ludzi, których nagrodzono salonowymi pieniami zachwytu za zadymę wokół wiszącego w szkole krzyża. Licealiści domagali się jego zdjęcia i stworzyli w tej sprawie petycję.
Sąd uznał właśnie, że prof. Ryszard Legutko, europoseł i filozof, tłumacz dzieł Platona, naruszył dobra osobiste dwojga ówczesnych licealistów. Kuriozalny jest przy tym fakt, że powodom kibicowała Helsińska Fundacja Praw Człowieka obserwująca proces. HFPC zajmuje się między innymi kwestiami wolności słowa, w tym przypadku zaś stanęła po stronie tych, którzy chcą wolność słowa ograniczyć. Żeby było jasne - pisałem o tym także w „Rzeczpospolitej" - dla zabezpieczenia wolności słowa oraz wobec tendencji, aby zamiast polemik, do gnębienia oponentów zaprzęgać sądy, powinniśmy zrezygnować z niektórych przepisów kodeksu karnego. To nie tylko słynny art. 212, ale też wspomniany art. 135 (znieważenie głowy państwa) czy art. 226 (znieważenie konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej). Jednak z prawa cywilnego nie sposób usunąć przepisów dotyczących naruszenia dóbr osobistych - wszak musi istnieć sposób obrony przed fałszywymi oskarżeniami. Lecz podkreślmy: chodzi o fałszywe oskarżenia dotyczące faktów, a nie opinii. W wypadku wyroku w sprawie prof. Legutki mamy ewidentnie do czynienia z tym ostatnim. Profesor nie powiedział przecież na przykład: „Licealiści dostali pieniądze od Palikota za przeprowadzenie tej akcji". Tu proces byłby zasadny. Ryszard Legutko wyraził jedynie swoją opinię. Owszem, ostrą, ale opinię.

Prawo do wyrażania poglądu

Sąd zresztą nie usiłował nawet udawać, że chodzi o coś innego. W tonie pretensjonalno-wychowawczym - najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z własnej groteskowości - sędzia pouczył profesora filozofii, jak powinien się zachowywać i co mu przystoi, a co nie. Przy okazji pochwalił młodych ludzi za „ponadprzeciętne i zasługujące na głęboką aprobatę" zaangażowanie w życie publiczne. Wzruszająca jest ta paternalistyczna troska sędziego o dobre prowadzenie się nauczyciela akademickiego. Poruszający jest troskliwy ton, w jakim sędzia Andrzej Żelazowski wypowiedział się o inicjatywie uczniów. Fakt, iż część z nich była związana z agresywnie antyreligijnym portalem, uznał za nieistotny. Najbardziej zastanawiające jest jednak, w jaki sposób w jednym orzeczeniu sąd zdołał stwierdzić, że petycja o usunięcie krzyża była wyrazem prawa do wyrażania poglądów, a zarazem, iż prof. Legutko nie miał prawa wyrazić własnego poglądu na te działania. Co wynika z tego wyroku? Po pierwsze - że stan polskiego sądownictwa jest zatrważający. Sędziowie wydają orzeczenia wewnętrznie sprzeczne, zgodne z zasadami poprawności politycznej, zarazem coraz częściej lekceważące kwestię wolności słowa. Po drugie - że sędziowie postanowili nas wychowywać, abyśmy wyrażali się ładnie i kulturalnie. Oczywiście - tylko niektórych z nas. Sędziowski zapał wychowawczy jest wyraźnie ukierunkowany w jedną stronę. Po trzecie - że wolność wyrażania opinii została już właściwie zlikwidowana. Sędziowie nie mają najmniejszych wątpliwości, że mogą i powinni zajmować się nie tylko sytuacjami, gdy chodzi o podanie fałszywych faktów, ale też takimi, gdy idzie o ocenę. W normalnych warunkach pozew antyreligijnych aktywistów powinien zostać z punktu oddalony. A do działaczy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka mam prośbę: zamiast wspierać hałaśliwą grupkę, która swoje antyreligijne obsesje wyładowuje na wiszącym w szkole krzyżu, może zajęlibyście się walką o wolność wyrażania poglądów? Bo to z tym jest w Polsce kiepsko. Będzie okazja - przed sąd za swoje krytyczne opinie o homoseksualizmie trafi wkrótce inny naukowiec, prof. Aleksander Nalaskowski z Torunia. Autor jest komentatorem dziennika "Fakt"
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL