fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Joyce dla ludu

ROL
W ubiegłym roku, w styczniu, minęła 70. rocznica śmierci Jamesa Joyce'a, uważanego za ojca powieści modernistycznej.
Nie wiadomo na pewno, co to oznacza, ale wydaje się, że odstręcza od jego twórczości czytelników z góry zakładających, że powieść ta to niemożliwy do czytania, nikomu niepotrzebny eksperyment. „Nurt opinii może zmienić kierunek i nielubienie Joyce'a stanie się być może w przyszłości równie modne, jak dziś wchodzi w modę nielubienie Picassa" – napisał Richard Ellman, biograf i jeden z największych znawców twórczości Joyce'a, we wstępie do swojej wydanej pod koniec lat 50. fundamentalnej biografii autora „Ulissesa".
 
W wielu krajach wychodzą nowe przekłady Joyce'a, w Polsce ukazał się przekład ostatniego dzieła pisarza „Finnegans Wake" (spolszczony na „Finneganów tren"), ale czytelnicy, czy raczej potencjalni czytelnicy, mają nadmierną łatwość odkładania na bok książek autora „Ulissesa" jako trudnych i zbytnio eksperymentujących z wyobraźnią oraz wrażliwością czytelnika.

Realizm ekstremalny

W rzeczywistości Joyce uprawiał ekstremalny, konsekwentny realizm. Jego pierwsza wydana proza, opowiadania „Dublińczycy", to fotograficzne portrety ludzi, właściwie w zwyczajnych sytuacjach. Ludzie ci to drobnomieszczaństwo, a przeważnie jego niższa warstwa, uzupełniona o inteligencję, też – jeśli można użyć takiego określenia – z niższej półki. Mniej więcej w tym samym czasie Joyce stworzył, niewydany za jego życia, utwór „Stefan bohater", z którego wyrósł potem „Portret artysty z czasów młodości".
Książki te są napisane jeszcze stylem zupełnie – ryzykowne to określenie – „normalnym". Dopiero w „Ulissesie" zdania upraszczają się i w dialogach, i w opisach: znikają z nich części wymagane przez reguły gramatycznej i stylistycznej poprawności, ale zupełnie niepotrzebne dla zrozumienia tekstu. Są to zdania, jakie słyszymy w otaczającej nas przestrzeni miejskiej, wyłapujemy w gwarze w sklepie czy w pubie, a także we własnych głowach – bo przecież nikt (chyba?) przy zdrowych zmysłach nie przemawia sam do siebie, w myślach, okrągłymi zdaniami, dobitnie i przekonywająco, jak wtedy, gdy chcemy dobrze wypaść na egzaminie.
W polskiej literaturze rozpoznamy tu i ówdzie styl pewnych fragmentów „Ulissesa". Potoczna, na pół artykułowana, a na pół automatyczna mowa to język wielu utworów Mirona Białoszewskiego. Technika polegająca na rozbiciu na kawałki wielu historii – każda napisana innym stylem – i zaprezentowaniu ich następnie w chaotycznym porządku, gdzie fragment jednej historii przedzielają fragmenty innej, to technika Leopolda Buczkowskiego, np. w „Kąpielach w Lucca".
Styl i stosowane techniki w „Dublińczykach", a zwłaszcza w „Ulissesie", nie są, co ogólnie wiadomo, jednolite. Raz autor opowiada nam, co się wydarzyło, językiem suchego raportu, gdzie indziej w manierze sztuki teatralnej z dokładnym zaznaczaniem osób mówiących i didaskaliami, a jeszcze w innym miejscu strumieniem świadomości. Rzecz jest jednak znacznie głębsza, ambitniejsza i przepastna. „Ulisses" chce być przeglądem, a właściwie leksykonem figur retorycznych, technik i stylów pisarskich w ogóle. Trzyma się przy tym Joyce języka i literatury angielskiej, własnego stylu nie ma – wszystkie parodiuje, pastiszuje, chociaż nie prześmiewczo. „Dziejący się w redakcji rozdział daje – zauważa Artur Sandauer – przegląd wszystkich możliwych – a jest ich nie mniej niż dziewięćdziesiąt sześć – figur retorycznych". „Rozdział dziejący się w klinice położniczej – ciągnie tenże krytyk – (...) w czterdziestu chronologicznie po sobie następujących próbkach (...) przedstawia narodziny współczesnej angielszczyzny: są tam pastisze z Pepysa i z Bunyana, z Addisona i z Dickensa". Czterdzieści próbek etapów rozwoju języka odpowiada tu – nie od rzeczy będzie postawić kropkę nad „i" – czterdziestu tygodniom ciąży.
Rozsupływanie łamigłówek stylu, pastisze i persyflaże, nawiązania i metafory nie obchodzą jednak czytelnika z niższej klasy średniej, który koncentruje się raczej na anegdocie. Dlaczego więc wspominam o takim czytelniku? Nie kojarzy się on przecież z czytelnikiem Joyce'a. Ale właśnie powinien.
Ciekawe bowiem, dlaczego „prości" ludzie nie chcą czytać o prostych ludziach mówiących i myślących prostym, niekompletnym językiem, takim jak oni sami? Kiedyś marksistowscy krytycy napadli na Joyce'a. Ten dziwił się: „Nie wiem, dlaczego mnie atakują. W żadnej z moich książek nie ma postaci, której majątek wynosiłby więcej niż tysiąc funtów". Jak u bohaterów telewizyjnych seriali, nie licząc czarnych charakterów.

Plotkarz z Dublina

Fabuła „Ulissesa" to przecież plotka, książkę tę należy czytać jak plotkarską gazetę, jak kronikę (jednego) dnia codziennego, jak sitcom, jak zapis życia, jakie jest – robiony na gorąco, ale bez pośpiechu przez wnikliwego, a nieraz wybiórczego obserwatora-uczestnika.
Szczerość i otwartość w sztuce jest heroiczną, straceńczą odwagą. Joyce nie waha się drobiazgowo i realistycznie opisywać codziennego życia we wszystkich jego przejawach, nieomalże bez wyróżniania rzeczy istotniejszych i całkiem błahych: codziennych, powtarzalnych czynności i przypadkowych drobnych zdarzeń, zapatrzeń i skojarzeń. Świetnym na to przykładem jest epizod śniadania w „Ulissesie". Opisane jest wszystko, po kolei, bez wyróżniania i hierarchizowania. Fabuła: rano Leopold Bloom, który lubi podroby („Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu"), odczuwa nieodpartą ochotę na przysmażaną nerkę, stawia imbryk na ogniu i wychodzi do rzeźnika, spotyka tam młodą służącą sąsiadów, podziwia jej biodra i ruchy szynek pod spódnicą, kupuje za trzy pensy ostatnią świńską nerkę, wraca do domu, kładzie nerkę na patelni, robi żonie śniadanie złożone z grzanek z masłem i herbaty, zanosi jej na górę, rozmawiają, zbiega na dół, zjada ze smakiem usmażoną nerkę, grzanki, pije herbatę, idzie do ustępu.
Po tym poranku Bloom (nieraz – nie zawsze – będący alter ego autora) cały dzień snuje się w różnych sprawach po Dublinie. Wątek zaglądania w powieści w ciemne, podejrzane zakamarki miasta nie jest wynaleziony przez Joyce'a, znamy go co najmniej od czasów Eugeniusza Sue i Wiktora Hugo, ale Joyce widzi tam kolejne stacje podróży Odyseusza. Wielu współczesnych mu pisarzy miało to nawet za przesadę, wydumane dziwactwo. Szczególnie że autorowi „Ulissesa" nie przyświecał zamiar uwznioślenia codziennej drobnomieszczańskiej krzątaniny poprzez położenie jej na tle pradawnego mitu. Tutaj znowu przychodzi na myśl Białoszewski i powieść „Chamowo", w której znaleziony w nadwiślańskich chaszczach sparciały worek w wyobraźni autora-narratora staje się zgubionym płaszczem króla Leara. Joyce uwzniośla szare życie nie poprzez widzenie go przez pryzmat mitu, ale poprzez opisanie go i umieszczenie w dziele sztuki. Zgodnie z zasadą: wszystko może być poezją i o tym decyduję ja, pisarz. Nie opuszczając niczego: jedzenia, nałogów, fizjologii, wizyt w ustępie, seksu (Bloom wydala i onanizuje się na naszych oczach), a przede wszystkim świadomości, spostrzeżeń i myśli ludzi skądinąd zwyczajnych, nieciekawych, średnio wykształconych. Kto chce, niech to wszystko odrzuca jako naturalizm. Może nawet skatologię.
Joyce był nieodrodnym synem swojej epoki narodzin i umocnienia się modernizmu w sztuce, kiedy o tym, czym ma się sztuka zajmować i w jaki sposób, zaczął decydować artysta. A nie władza: kościelna, świecka, opinia publiczna... Pisarz nie był pobłażliwy dla gładkiej literaturki, co pokazuje scena z „Ulissesa", w której Leopold Bloom (w tej scenie możemy go utożsamić z autorem), siedząc w ustępie, czyta czasopismo z nagrodzonym w jakimś literackim konkursie opowiadaniem. Martwiąc się, czy nie nabawi się znowu hemoroidów, jednocześnie dywaguje nad lekturą: „Życie mogłoby być takie. Nie poruszyło go to i nie wstrząsnęło, ale było szybkie i zgrabne". W końcu: „Ostro oddarł połowę nagrodzonego opowiadania i podtarł się nim. Potem uniósł spodnie, zapiął szelki i guziki. Pchnął skrzypiące, drżące drzwi wychodka i wynurzył się z mroku na powietrze".
Jeśli z gładką literaturką postąpimy tak jak Bloom, to co nam zostanie do czytania? Na czym ma polegać przyjemność z czytania Joyce'a? Trudno przecież ekscytować się wyprawą do sklepu, czyimś siedzeniem w ustępie czy widokiem z okna.
Dla doświadczonego, wykształconego czytelnika przyjemność będzie polegała na odczytywaniu tych wszystkich dodatkowych sensów kulturowych, mitologicznych i historycznych, na bawieniu się formą polegającą na poplątaniu wątków – intelektualnych i fabularnych – dających się rozplątać nierzadko dopiero po kilkuset stronach. Czyli na odkrywaniu w „Ulissesie" artystycznej encyklopedii powszechnej świata, bo tym przecież ta powieść metaforycznie jest, a nie gawędą z początków XX w. o grupie dublińskich przeciętniaków czy życiowych rozbitków.
Dla amatorów seriali przyjemnością ma być to samo, co w sitcomach. Czyli podglądanie życia – innych. Dostarcza to różnych emocji: współczucia, zazdrości, radości, smutku (ale przecież nie z powodu własnych klęsk), nieraz przyjemnej ekscytacji z powodu czyjejś nietypowej obyczajowości itd. Jasne, że „Ulisses" nie jest lekturą łatwą, lecz przecież fragmenty zbyt już hermetyczne możemy przeskakiwać. Trochę przez to stracimy. Ale w dramatycznej sytuacji czytelnictwa polskiego, jeśli ktoś przeczyta „Zbrodnię i karę" nie jako moralitet, lecz jako kryminał, to będzie przecież i tak o niebo lepiej, niż gdyby nie przeczytał tej książki w ogóle.
„Ulisses" to książka dla mieszczańskiego ludu, którą lud przegapił i został z niej obrabowany, a moją intencją jest zapoczątkowanie procesu zdobycia tej twórczości na elitach, i oddania ludowi, co się prawie na pewno nie uda. Jednak, jak – w pruderyjnym przekładzie – mówią Rosjanie: wszystkim nie dogodzisz, ale starać się trzeba. ?
James Joyce, „Finneganów Tren", przełożył Krzysztof Bartnicki, Korporacja ha!art, Kraków 2012
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA