fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Media publiczne: osłabić czy zniszczyć?

FabrykaObrazu.com
Ataki na publiczne media są bogate w retorykę, ale ubogie w argumentację – pisze Jan Polkowski, dyrektor biura zarządu TVP
Artykuł Jakuba Bierzyńskiego „Teatr polskiej telewizji” („Rz” z 10.12.2007 r.) to jeden z kilku w ostatnich miesiącach ataków tego autora na media publiczne, a na TVP w szczególności. Ataków tyleż bogatych w potępieńczą retorykę, co ubogich w rzeczową argumentację. Tekst, zapowiadający się jako komentarz do posiedzenia Sejmowej Komisji Kultury, w większości został poświęcony powtarzaniu tych samych oskarżeń pod adresem TVP, które Bierzyński formułował już wcześniej, a których nigdy nie raczył oprzeć na konkretach. Jako rzekomo oczywiste, obiektywnie stwierdzone fakty Bierzyński podaje rozmaite nieprawdy.
Tezę, jakoby oferta programowa TVP uległa totalnej komercjalizacji, Bierzyński powtarza od lat, ponieważ z takiej diagnozy wyprowadza swoje kluczowe postulaty: likwidacji abonamentu radiowo-telewizyjnego i prywatyzacji mediów publicznych. Wydawać by się mogło, że tak kategoryczna teza wymaga solidnego uzasadnienia. Jednak po język konkretu Bierzyński sięga rzadko: „...z programów edukacyjnych w TVP nie pozostało praktycznie nic. Oferta prawdziwie kulturalna sprowadza się do nieregularnie nadawanego Teatru Telewizji. Ambitnych polskich produkcji w telewizji publicznej nie widać. Dobre kino pokazuje TVP Kultura dostępna dla abonentów telewizji kablowych, oczywiście za dodatkową opłatą”. Cztery zdania – pięć nieprawd. Na samych tylko antenach ogólnopolskich, dostępnych poza sieciami kablowymi, TVP nadaje kilkanaście programów o profilu edukacyjnym („Budzik”, „Domisie”, „Jedyneczka”, „Kuchcikowo”, „Ziarno”, „Teleranek”, „Moliki książkowe”, „Dokumenty edukacyjne”, „Laboratorium”, „Zwierzowiec”, „Kandydat”, „Na czym dziś gramy”, „Nieuczesana historia rocka”, „Zagrajmy, zatańczmy”). Tak wygląda rzekome „praktycznie nic”. Idąc dalej, poza sytuacjami absolutnie wyjątkowymi poniedziałkowy Teatr Telewizji w TVP 1 nadawany jest regularnie i realizacje m.in. Macieja Prusa, Macieja Wojtyszki, Jerzego Jarockiego stanowią tylko drobną część tego, co zasługuje na miano „oferty prawdziwie kulturalnej”. Do niej należy zaliczyć także znaczące koprodukcje filmowe, nagradzane na międzynarodowych festiwalach, m.in.: „Komornika”, „Plac Zbawiciela”, „Persona non grata”, „Pora umierać”, „Odę do radości”, „Sztuczki”, „Jasminum”, „Katyń”. „Ambitne polskie produkcje” widać w TVP częściej niż gdziekolwiek indziej, m.in. uznane filmy telewizyjne: „Śmierć rotmistrza Pileckiego”, „Rozmowy z katem”, „Inka”; utytułowane filmy dokumentalne: „Moje dziecko jest aniołem”, „Nasiona”... TVP Kultura w sieciach kablowych jest dostępna bez „dodatkowych opłat”, bo jest kanałem niekodowanym należącym do pakietu standardowego. Do żelaznego repertuaru filipik Bierzyńskiego należy też ton moralnego oburzenia, z jakim powtarza – jako prawdy oczywiste – insynuacje medialne na temat zjawisk i stosunków panujących rzekomo w TVP. Tym razem autor podaje czytelnikom do wierzenia tezę, że „zwolnienia niezależnych dziennikarzy z telewizji publicznej stały się normą”. Trzeba zatem odnotować, że w ostatnich miesiącach w Agencji Informacji TVP umowę o pracę z inicjatywy pracodawcy rozwiązano z jednym dziennikarzem – Łukaszem Słapkiem. Czy to uzasadnia pisanie o zwolnieniach w liczbie mnogiej? Może w liczbie mnogiej trzeba by pisać o kilkuset dziennikarzach TVP, którzy właśnie tam chcą pracować. Sugerowanie, że jest to grupa osób wyzutych z etyki zawodowej i potrzeby niezależności, jest dla nich bardziej niż obraźliwe. Ale i tak im się upiekło, bo współpracujących z TVP producentów telewizyjnych oraz „ławicę różnego rodzaju mniej lub bardziej zależnych od mecenatu TVP twórców” Bierzyński piętnuje już bez osłonek. Najwyraźniej mecenat uprawiany przez TVP wobec środowisk twórczych w żaden sposób nie kojarzy się mu z misją. Bierzyński stawia też dramatyczne pytanie, – „co z telewizji publicznej zostało”, skoro „przekształcenie Programu Trzeciego (...) w ogólnopolski kanał informacyjny” (TVP Info) było powodem ograniczenia programu własnego ośrodków regionalnych do czterech godzin dziennie. Otóż nie było. Czas antenowy tych ośrodków po uruchomieniu TVP Info nie uległ skróceniu. Powstanie TVP Info doprowadziło do większego niż dotąd wykorzystania na antenie ogólnopolskiej materiałów przygotowywanych w regionach. Ponieważ tekst Bierzyńskiego utrzymany jest w stylistyce drapieżnego felietonu, nie zabrakło tam efektownego, dwakroć powtórzonego wezwania, by prezes zarządu TVP Andrzej Urbański podał się do dymisji. Dlaczego? Wystarczającymi powodami winny być „najnowsze doniesienia o praktykach panujących w telewizji” oraz „opublikowanie raportu obserwatorów OBWE, który jednoznacznie zarzucił brak obiektywizmu TVP w czasie kampanii wyborczej”. Jakie praktyki ma na myśli Bierzyński? Bo jeśli te „z najnowszych doniesień”, to rozumiem, że prezes miałby się podać do dymisji dlatego, że jakieś inne media dały wiarę np. oskarżeniom formułowanym przez pana Łukasza Słapka wobec jego byłej przełożonej. Chciały dać wiarę, to dały. Ale czy dają za każdym razem, kiedy byli pracownicy innych firm źle się wyrażają o byłych pracodawcach? Jak reagowały te same media po wyrzuceniu Tomasza Lisa z TVN? Co zaś się tyczy raportu OBWE, to po pierwsze, jego oficjalna wersja nadal nie została – wbrew twierdzeniu autora – opublikowana, a znajdującej się na witrynie OBWE wstępnej wersji nie potwierdziły ustalenia raportu KRRiT na ten sam temat. Jednak Bierzyński, czując, że sam zarzut upolitycznienia mocno się już w Polsce zużył, wzmacnia go argumentem ad pecuniam. W jego wizji „członkowie ekipy kontrolującej” media publiczne przejawiają także „determinację” w obronie „wygodnych i lukratywnych synekur”. To ostatnie określenie oznacza branie sowitego wynagrodzenia za posadę, na której nie sposób się przemęczyć. Tyle że „wygodnych” posad w zarządzie TVP nie ma, a zarobki jego członków ogranicza (w przeciwieństwie do firm prywatnych) tzw. ustawa kominowa. Już parę lat temu, czytając ówczesne artykuły Jakuba Bierzyńskiego, miałem kłopot ze zrozumieniem, dlaczego publicysta deklarujący tak żywiołowo troskę o los mediów publicznych chce te media uzdrawiać poprzez radykalne osłabienie ich pozycji. Występujący wówczas jako niezależny ekspert medialny doradzający PO Bierzyński domagał się dokładnie tego samego, czego ze zdwojoną energią domaga się w ostatnich miesiącach: likwidacji abonamentu, prywatyzacji, a także finansowania z publicznych środków programów misyjnych na antenach prywatnych. Z czasem pojąłem, że niezależnie od tego, czy na czele zarządu TVP stoją Kwiatkowski, Dworak, Wildstein czy Urbański, dla ocen i postulatów Bierzyńskiego nie ma to znaczenia. Że tak naprawdę zawsze chce on wmówić czytającym jego teksty, iż telewizja publiczna w Polsce nie była, nie jest i nigdy nie może stać się godna przymiotnika „publiczna”, a zatem jest w najlepszym razie zbędna, skoro od stacji komercyjnych odróżnia ją rzekomo jedynie korzystanie z publicznych funduszy. Ewentualne zastosowanie zalecanych przez Bierzyńskiego kuracji wcale nie uczyniłoby mediów publicznych bardziej misyjnymi ani też nie stworzyłoby lepszych niż dotychczasowe barier dla wpływów politycznych. Pozbawione wpływów abonamentowych i z osłabioną pozycją na rynku media te stałyby się jedynie uboższe, ponieważ wymuszone cięcia dotknęłyby ich oferty programowej. A im mniej urozmaicona i atrakcyjna oferta, tym mniej zainteresowanych nią widzów i słuchaczy, a tym samym mniejsze dochody ze sprzedaży czasu reklamowego i siła opiniotwórcza. W tym samym kierunku prowadziłoby TVP ograniczanie liczby anten poprzez jakkolwiek rozumianą prywatyzację. Wśród pretensji wygłaszanych przez Bierzyńskiego pod adresem TVP dwie zasługują na specjalną uwagę, chociaż przez samego autora zostały rzucone jakby mimochodem. Pierwsza dotyczy tego, że w TVP „podniesiono limit reklam o 40 proc.”. Wzrost dochodów własnych tej spółki autor uważa za rodzaj skandalu. Po drugie, Bierzyńskiego gorszy to, że „oglądalność stała się podstawowym kryterium oceny pracy zespołu programowego pracującego przy Woronicza”, co akurat – ze względu na złożoność stosowanych kryteriów ocen – prawdą nie jest, ale za to zdradza istotną przyczynę irytacji autora. Drażni go wysoka oglądalność i pozycja rynkowa TVP. Dokładnie to samo najbardziej boli jej prywatnych konkurentów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że potępianie abonamentu i rzekomego skomercjalizowania polityki programowej telewizji publicznej to tematy zastępcze w służbie czarnego PR wymierzonego w jej publiczny wizerunek traktowany jako realny składnik rynkowej wartości firmy. Kiedy po takie argumenty sięgali w minionych latach podczas publicznych debat poświęconych polskiemu ustrojowi medialnemu szefowie stacji komercyjnych, dla obserwatorów było jasne, że jest to element lobbingu na rzecz własnych interesów. Upór, z jakim Jakub Bierzyński, lekceważąc argumentację podnoszoną od lat przez jego polemistów, przemilczając znaczenie, jakie do istnienia i roli mediów publicznych przywiązują Rada Europy i Unia Europejska, powtarza wciąż te same oszczerstwa i dezyderaty, każe zadać brutalne, ale zasadne pytanie: doktrynerski publicysta czy pozujący na moralistę lobbysta? Jeśli to drugie, byłoby bardziej przyzwoicie, gdyby Bierzyński przestał przynajmniej lać krokodyle łzy nad losem tych nadawców, którym życzy jak najgorzej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA