fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wojsko potrzebuje przywrócenia etosu żołnierza

Artur Bilski
Fotorzepa, Dariusz Gorajski
Od lat armia przez polityków i generalicję traktowana jest jak ludność podbita, którą można eksploatować bez szacunku i umiaru, rozrzucając na wojny i misje bez odpowiedniego wyposażenia i uzbrojenia – ostrzega analityk ds. bezpieczeństwa
Reformy i modernizacja wojska od lat się nie udają. Lotnictwo nie może się podnieść po katastrofach, marynarka wojenna tonie w korupcji, czego symbolem jest nieukończona od dziesięciu lat budowy korwety Gawron i liczne śledztwa, a wojska lądowe ugrzęzły w Afganistanie i poniosły symboliczną porażkę w prowincji Ghazni, gdzie odpowiedzialność za strefę przejmą z powrotem Amerykanie. Do tego wszystkiego wojskowy prokurator zwalczający korupcję w armii strzela do siebie w telewizji, na żywo.

Armia maszeruje do cywila

Jak w filmach Hitchcocka, najgorsze jednak dopiero przed nami. Wygląda na to, że kryzys w armii mocno uderzył w jej ducha i morale, które sięgnęło dna, dlatego kadra tysiącami odchodzi z wojska. W 2011 roku odeszło blisko 7 tys. żołnierzy. Blisko 6 tys. z nich zrobiło to na własną prośbę, a 40 proc. z nich nie nabyło praw emerytalnych. To zaskakująca decyzja z ich strony, zważywszy na rozchwiany rynek pracy. Ten trudny krok oznacza jednak, że przeważnie młodzi żołnierze, z tzw. doświadczeniem misyjnym, którzy w każdej instytucji są zaczynem zmian, stracili nadzieję na uczciwy rozwój zawodowy w armii.
Dzisiaj – po szumnych zapowiedziach byłego szefa MON Bogdana Klicha – nikt w wojsku nie wierzy, że misje w Iraku i Afganistanie pomogły unowocześnić siły zbrojne i zmienić kadrowo jej oblicze. – Nasi żołnierze uczestniczący w niebezpiecznych misjach zagranicznych zdobywają unikalne doświadczenie, które w niewielkim stopniu przekłada się na praktykę funkcjonowania sił zbrojnych w kraju – mówi gen. Roman Polko.
Jest to konsekwencja tego, że w przeszłości ani MON, ani Sztab Generalny nigdy nie kwapiły się do prawdziwej walki o dobre zarządzanie i efektywność oraz wykorzystanie do zmian ludzi z doświadczeniem misyjnym i międzynarodowym. Teraz wygląda na to, że po całej serii nieudolnie prowadzonych bitew o#<\!f>restrukturyzację wojska w ostatnim dwudziestoleciu mogą przegrać najważniejszą batalię, która rozgrywa się na ich oczach: batalię o przyzwoitość w armii.
Być żołnierzem zawodowym przed wojną to było coś. Nie istniała inna grupa zawodowa, która cieszyłaby się takim prestiżem związanym z wygraną wojną z bolszewikami. Mundur oznaczał honor, patriotyzm, odwagę i sumienną służbę. Dzisiaj żołnierze chcieliby, żeby było dokładnie tak samo – ale nie jest. Współcześnie na wojskowych szczytach – mimo dwóch rzekomo sprawiedliwych wojen, w które się zaangażowaliśmy w Iraku i Afganistanie – mundur oznacza niskie morale, układy, daleko posunięty oportunizm, czasami zwykłe lizusostwo dla osiągnięcia kolejnego stopnia, gwiazdki czy wyższego stanowiska. Niestety, coraz częściej oznacza też korupcję na wysokich stanowiskach.

Frustracja kadry

W 2011 r. Skarb Państwa wskutek działalności grup przestępczych w Wojsku Polskim stracił kilkaset milionów złotych – wynika z analizy spraw prowadzonych w 2011 r. przez Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Nie wszyscy się godzą na funkcjonowanie w takim środowisku, zważywszy jeszcze na liczne i uciążliwe ograniczenia związane z noszeniem munduru nie tylko w życiu publicznym, możliwością dodatkowego zarobkowania albo brakiem realnej i bardzo potrzebnej, niezależnej reprezentacji, która chroniłaby interesy żołnierzy w starciu z biurokratycznymi instytucjami MON.
Od lat bowiem armia en masse przez polityków i generalicję traktowana jest jak ludność podbita, którą można eksploatować politycznie bez szacunku i umiaru, rozrzucając na wojny i misje bez odpowiedniego wyposażenia i uzbrojenia, arbitralnie przenosząc i likwidując jednostki, zatykając usta krytykom w imię dogmatycznie pojmowanej cywilnej kontroli nad armią, która w naszych warunkach oznacza po prostu władzę absolutną MON. Niestety, ten niedobry mechanizm bezwzględnej egzekwowanej cywilnej kontroli nad armią wytworzył wokół kolejnych ministrów podlizujący się dwór o mentalności pańszczyźnianej zamiast zaplecza intelektualnego zdolnego rozwiązywać realne problemy.
Zresztą generałowie sami czują, że nie tego się od nich oczekuje. Niektórzy z nich, żeby utrzymać się na stanowiskach, posiedli umiejętność przedstawiania argumentów popierających pomysły reformatorskie obecnego ministra, a że niektóre pomysły są zupełnym przeciwieństwem pomysłów poprzedniego ministra obrony, które równie gorliwie popierali – to co z tego. Komu to przeszkadza? Generałom z pewnością nie. Poczuciu przyzwoitości i dobremu smakowi – tak.
Mechanizm ten, co gorsza, niczym wirus mutuje się i przenosi z góry na dół wojskowej drabiny dowódczej i rodzi stany zapalne objawiające się olbrzymią frustracją kadry. Tych frustracji nie można w żaden sposób rozładować w sposób cywilizowany, bo nie ma takich mechanizmów. Nic dziwnego, że kadra odchodzi. Dopracowaliśmy się systemu cywilnej kontroli nad armią, który nie jest w stanie odpowiadać na wyzwania i sygnały płynące z wewnątrz i zewnątrz. Brakuje komunikacji tzw. dołów żołnierskich z MON i Sztabem Generalnym, a kanały są zatkane, nic więc dziwnego, że mechanizm może się przegrzać i nastąpi niekontrolowany wybuch. Niestety, każdy tego typu sposób sprawowania władzy nad armią jest skazany na kryzys i upadek autorytetu. Masowe odchodzenie z armii to sytuacja, kiedy wielki niemowa, jakim jest wojsko, w końcu zabiera głos.

Nieprzemyślane eksperymenty

Warto poczytać, co o przyczynach porzucania munduru piszą sami żołnierze na Niezależnym Forum o Wojsku. Oto jedna z wypowiedzi: "Przez wiele lat widziałem, jak to wojsko dziadzieje, upada jakość wszystkiego. Bolało mnie, jak niekompetentni przełożeni pogardzali mną i moimi kolegami. Widziałem miernotę, brak klasy, kwalifikacji, upadek morale tzw. dowódców. Prywata, relacje nieformalne, brak kontroli nad tym towarzystwem wzajemnej adoracji. Widziałem, jak niszczono porządnych ludzi, bo się narazili, mówiąc prawdę. Widziałem fikcję przygotowań do misji. Nie mogłem już na to wszystko patrzeć ani tego znieść, ani też w tym uczestniczyć. Myślę, że większość z tych, co odeszli, czuje to samo co ja".
Kadrze trudno jest zrozumieć trwający latami bałagan przy reformowaniu armii, zakupach sprzętu, trudno zaakceptować ze spokojem całą serię nieprzemyślanych dyslokacji jednostek, jak choćby zaniechane ostatnio plany przenosin  Dowództwa Wojsk Lądowych z Warszawy do Wrocławia czy wycofanie się po dziesięciu latach z budowy korwety Gawron dla marynarki. Wszystkie te informacje wskazują na to, że organ planistyczny, jakim powinien być Sztab Generalny, niczego nie planuje i nie koordynuje, krótko mówiąc: mimo ogromnego przerostu zatrudnienia nie wywiązuje się z nałożonych nań obowiązków. To samo dotyczy rozbuchanej do granic przyzwoitości biurokracji w ministerstwie.
Widać też wyraźnie, że dotychczas strukturę i wyposażenie Wojska Polskiego planowało się po prostu pod ministra, lobbystów z nim związanych, polityczne układy czy związkowe naciski tzw. zbrojeniówki, a dobro Sił Zbrojnych było sprawą drugorzędną.
Czy takie działania budują zaufanie i etos munduru? Czy takie zachowanie jest uczciwe wobec podatników, ale przede wszystkim wobec wojska, które musi znosić te wszystkie nieprzemyślane eksperymenty?

Bez oparcia na wartościach

Nic zatem nie pomoże zaklinanie rzeczywistości przez szefa Sztabu Generalnego, gen. Mieczysława Cieniucha, który w wywiadzie dla "Polityki" mówi: "Uważam, że w armii nie powinno się służyć tylko dla pieniędzy. Etos to słowo obecnie bardzo wyświechtane, jego zrozumienie powinno być decydujące w momencie podejmowania decyzji o tym, czy chcemy wstąpić do armii. Niedogodność służby w niektórych sytuacjach jest na tyle dokuczliwa, że za to pieniędzmi nie da się zapłacić. A więc musi być etos. Musi być miłość do munduru. W firmie cywilnej w zasadzie wszystko da się w jakiś sposób przełożyć na pieniądze. U nas nie. My oferujemy wyzwania". Słowa generała to typowy przykład "odklejenia" od wojskowej rzeczywistości. Generał niestety nie zna swojej armii, bo gdyby znał, to refleksje na poziomie gimnazjalnym zostawiłby nauczycielom w szkole, a zamiast tego mógłby na przykład zaproponować żołnierzom przemyślane reformy. Tym bardziej że w Sztabie Generalnym jest od jakichś kilkunastu lat.
Dzisiaj bowiem etos, honor i przyzwoitość pozostają właśnie tam, gdzie żołnierze ocierają się o śmierć każdego dnia i muszą na sobie polegać i sobie ufać: wśród prostych żołnierzy w Afganistanie. To oni płacą za te wartości najwyższą cenę – wykonując do końca nałożone na nich obowiązki. Niestety, okazuje się, że to sierżant ze Świdwina Jacek Żeb musi bronić honoru żołnierzy na forach internetowych, którym wymyśla się od najemników, bo urzędnicy z rozmaitych departamentów MON czy zarządów SG nie mają na tyle przyzwoitości, żeby się tym zająć, choć dysponują odpowiednimi strukturami. Nikt widocznie tam nie wierzy w słowa byłego szefa MON Bogdana Klicha, że żołnierze, którzy giną w Afganistanie, to filary naszego bezpieczeństwa.
Generał mógłby też zamiast pogadanek o etosie zwyczajnie lepiej organizować pracę sztabu, do czego został powołany przez demokratycznie wybranych polityków, bo to oznacza właśnie wypełnianie do końca obowiązku, tak jak robią to żołnierze w Afganistanie. Ma rację generał Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, kiedy bije się w pierś i mówi, że "często źródłem zła nie są politycy tylko wojskowi. My im podpowiadamy pomysły, przekonując, jakie to są wspaniałe i dobre rozwiązania dla wojska. W raportach i meldunkach wszystko wychodzi pięknie i kolorowo".

Życzenia dla ministra

Skoro na samej górze nie będzie radykalnej woli zmian kadrowych, mentalnych i organizacyjnych, zwykłą nieuczciwością jest oczekiwanie "miłości do munduru" i etosu w codziennej służbie od przeciętnego żołnierza. Żołnierz musi być dobrze dowodzony i musi mieć autorytety, które go inspirują do bycia przyzwoitym w służbie kraju.
Jak zatem budować przyzwoitość w armii, która nie ma zaufania do przedstawicieli generalicji, przygotowującej misje w Iraku i Afganistanie byle szybko i byle jak, i byle dostać kolejną gwiazdkę? Jak być dumnym z armii, której niektórzy ministrowie za cnotę uważali to, że wymigali się od służby? Jak ma czuć się żołnierz, kiedy były szef MON Radosław Sikorski 14 września 2006 r. decyzję, że Polska wzmocni swoją obecność w Afganistanie, ogłasza w Waszyngtonie, zaskakując wszystkich wyborem tego miejsca? Czy jesteśmy amerykańską armią na posyłki?
Jak mają budować etos służby żołnierze, którzy poprawę warunków służby w Iraku i Afganistanie zawdzięczają dociekliwym dziennikarzom ujawniającym dramatyczny stan wyposażenia kontyngentów, a nie Sztabowi Generalnemu, który miał obowiązek dbać o ich bezpieczeństwo? Jak mają czuć się żołnierze, którzy misję w Afganistanie pełnią od dziesięciu lat wbrew polskiej opinii publicznej, która domaga się zakończenia tej wojny, bo czuje fałsz jej założeń. Jak w końcu ma czuć się armia po sprawie Nangar Khel, która ciągnęła się tak długo i w której wydano wyrok już na początku, traktując oskarżonych jak terrorystów.
Żołnierze dzisiaj niestety nie są dumni ze swojej armii, nie czują się nawet wspólnotą. Armia od lat jest codziennie upokarzana i szuka desperacko nowej tożsamości i prawdziwych autorytetów, wcale przy tym nie odwołując się do polskiej tradycji, nie szuka w niej duchowej inspiracji. Symptomatyczna jest fascynacja armią amerykańską, jej symboliką, zwyczajami, stylem bycia. Amerykańskie emblematy, naszywki, symbole są powszechnie używane na polskich mundurach podczas operacji w Afganistanie czy Iraku, nie tylko przez oficerów i podoficerów. Nawet generalicja naszywa sobie stopnie amerykańskie zamiast polskich, żeby dodać sobie prestiżu amerykańskiego munduru.
Armia dzisiaj to praktycznie masa upadłościowa o mentalności ludności podbitej. Czy minister Siemoniak wygra bitwę o przywracanie przyzwoitości w armii? Wzbudził powszechne nadzieje w wojsku serią spektakularnych decyzji, których jednak potrzeba zdecydowanie więcej. Panie ministrze, w nowym roku życzę panu przede wszystkim stanowczości i konsekwencji w reformowaniu Sił Zbrojnych. Niech pan uważa, żeby nie zaczadzieć od syreniego chóru dworskich  pochlebców dokoła i – zgodnie z obietnicami – niech pan wietrzy intelektualny zaduch w ministerstwie i Sztabie Generalnym. Orły nie wylecą, co najwyżej mole. Jeśli zatrzyma się pan w pół drogi, to straci pan mandat zaufania, jaki ma pan jeszcze w armii. Szkoda byłoby tych młodych ludzi, którzy jeszcze garną się do wojska, wierzą w zmiany i wiążą z nim swoją przyszłość. Niech pan pamięta również, że w najbliższych latach  armia będzie potrzebować jak powietrza prawdy i zwykłej przyzwoitości bardziej niż nowych czołgów.
Autor, komandor porucznik  rezerwy, jest absolwentem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni  i Wydziału Bezpieczeństwa  Międzynarodowego Naval  Postgraduate School w Monterey w USA. Służył w Nordycko-Polskiej Brygadzie w Bośni i Hercegowinie. Był oficerem Naczelnego Dowództwa  Sojuszniczych Sił NATO w Europie. Odszedł z armii w marcu 2008 r. na skutek konfliktu z MON na tle  polityki informacyjnej dotyczącej  misji w Afganistanie i tzw. sprawy Nangar Khel. Opublikował książki "Widok na Sarajewo"  i "Polska armia na posyłki"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA