fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Polscy piłkarze biegają dużo, ale bez sensu

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Trener Legii Warszawa dla „Rzeczpospolitej“ o dystansie, jaki dzieli polską piłkę od Europy, szansach w rundzie wiosennej i metodach pracy Beenhakkera
Rz: Kiedy ostatnio Legia zdobywała mistrzostwo, po rundzie jesiennej miała mniej punktów niż drużyna prowadzona przez pana. Tymczasem tracicie do Wisły Kraków aż 10 punktów. Wrócił pan do Polski w kiepskim momencie?
Jan Urban: To prawda. Trafiliśmy na wymagającego rywala, który jesienią był poza naszym zasięgiem. Na szczęście to jeszcze nie koniec walki. Ważne będą pierwsze wiosenne mecze. Kibice Legii dużo obiecują sobie po dobrym kalendarzu – z większością silnych rywali zmierzycie się na własnym boisku.
Dla mnie to też ważne, choć zanosi się, że z naszych kibiców nie będziemy mieli wielkiego pożytku. Jeśli przebudowa stadionu zacznie się od zburzenia trybuny, na której zasiadają najgłośniejsi fani, to nie będzie miało wielkiego znaczenia, czy mecz jest u nas czy na wyjeździe. Również pod tym względem nie miałem szczęścia, bo kiedy podejmowałem pracę w Warszawie, mówiono mi o tym, że jest tutaj najlepszy doping. Tymczasem kibice postanowili protestować, milcząc. Kiedy graliśmy w Kielcach, Poznaniu czy Krakowie, na trybunach była niesamowita atmosfera, a przy Łazienkowskiej – cisza. Czasami kibice wam nawet przeszkadzali. Bartłomiej Grzelak i Piotr Giza byli wygwizdywani na swoim stadionie. Obaj trochę zawiedli. Po Grzelaku spodziewaliśmy się więcej goli, Giza irytował marnowaniem doskonałych sytuacji, ale ci, którzy znają się na piłce, potrafili docenić ich pracę. Zapewniam, że przy normalnym dopingu tych kilka gwizdów w ogóle nie byłoby słyszalnych. Inna sprawa, że niektórzy piłkarze nie są jeszcze gotowi do gry w Legii. Tutaj są olbrzymie wymagania, presja i oddźwięk medialny po każdym meczu. Prasa pisała o naszym kryzysie w październiku, kiedy po serii siedmiu zwycięstw zaczęliśmy przegrywać. Dużo czasu zajęło mi przekonanie zawodników, że to tylko kryzys wyników, bo nadal gramy dobrze. Zamiast kupować panu nowych zawodników, szefowie klubu myślą, gdzie sprzedać Rogera. Nie ma pan wrażenia, że praca, którą wykonuje w Warszawie, i tak nie ma sensu, bo polskie kluby nie są przygotowane do odnoszenia sukcesów w Europie? Kluby na całym świecie sprzedają swoje gwiazdy, kiedy ktoś proponuje duże pieniądze. Mądrością jest umiejętne wykorzystanie środków na uzupełnienie drużyny. W Polsce jest wielu zdolnych zawodników, ale nie aż tylu, by starczyło na pięć, sześć drużyn, które liczyłyby się w europejskich pucharach. Gdybyśmy mieli dwa zespoły eksportowe zatrudniające najlepszych, regularnie gralibyśmy w Lidze Mistrzów czy fazie grupowej Pucharu UEFA. Polskie kluby cieszą się, że od 2009 roku będzie łatwiej o awans w pucharach ze względu na nowe przepisy. To chyba przesada, skoro i tak odpadamy ostatnio nie po meczach z Realem Madryt, tylko z klubami z Rumunii albo Ukrainy? Z każdego ułatwienia trzeba się cieszyć, jednak dopóki polskie kluby walczyć będą w europejskich pucharach od pierwszej rundy wstępnej, dopóty nie będzie lepiej, bo piłkarze mają za krótkie urlopy. Pieniędzmi też się nie da wszystkiego wygrać, czego najlepszy przykład w tym sezonie dał Szachtar Donieck. W Polsce należałoby zwrócić większą uwagę na szkolenie młodzieży, przygotować do tego trenerów. Kiedy wyjeżdżałem z Polski, może nie trenowałem w najlepszych warunkach, ale pod okiem świetnych fachowców. O obecnej infrastrukturze nawet nie będę wspominał, bo jeszcze się pogorszyła. Nie ma boisk do treningu. Czasami piłkarze więcej uwagi muszą poświęcić na opanowanie podskakującej piłki niż myślenie o następnym zagraniu. Zgadza się pan z Leo Beenhakkerem, że gdyby najbardziej utalentowani polscy piłkarze urodzili się za granicą, już byliby prawdziwymi gwiazdami? Oczywiście, bo za granicą na początku kładzie się nacisk na technikę, później na taktykę, wreszcie na motorykę, wydolność i siłę. W Hiszpanii nie może być takiej sytuacji, że junior trenuje więcej od seniora. Wszystko robi się z głową. Polscy zawodnicy wcale nie biegają mniej od piłkarzy Primera Division. Różnica polega na tym, że oni często biegają bez sensu. Taktycznie ciągle jesteśmy bardzo daleko za Europą. Towarzyszył pan Leo Beenhakkerowi na zgrupowaniu reprezentacji w Turcji. Zaskoczyły pana jego metody pracy? Beenhakker potrafi wymieszać różne style szkoleniowe. Szybkie gry na wąskim boisku to Hiszpania, zaangażowanie – Niemcy, a pressing – Holandia. Jest spokojny, ale potrafi też podnieść głos. Pod tym względem jesteśmy podobni. Chociaż kibice mają mnie za kogoś bardzo pogodnego, piłkarze wiedzą, że nie pozwolę na brak powagi podczas ćwiczeń. Nikt nie może wykorzystywać dobrej atmosfery na treningach do obijania się. Chciałbym, żeby po moim odejściu z klubu kibice mówili, że Legia Urbana miała styl, a zawodnicy dawali z siebie wszystko.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA