fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Superbohater z odzysku

Laurence Fishburne; Michael de Luca Productions/ The Kobal Collection
AFP
Z Laurence'em Fishburne'em rozmawia Krzysztof Kwiatkowski
W „Contagion – Epidemii strachu", gdzie gra pan jedną z głównych ról, Steven Soderbergh pokazuje ogarniającą cały świat pandemię dziwnej choroby i panikę, która jej towarzyszy. Dla pana to był film science fiction czy realistyczny dramat społeczny? Zbliżenie - czytaj więcej
Laurence Fishburne: A czy niedawno nie mogłaby nam się przydarzyć taka historia, gdyby szybciej rozprzestrzeniała się grypa A/H1N1? Dziś nie trzeba w kinie daleko odbiegać od rzeczywistości, aby wstrząsnąć widzem. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, jaką naszkicował Soderbergh. Amerykanie zostali ciężko doświadczeni w ostatniej dekadzie. Zrozumieli, że ład społeczny bywa kruchy, a poczucie bezpieczeństwa może pęknąć jak bańka mydlana. W czasach, kiedy informacja obiega cały glob w kilka sekund, bardzo łatwo wywołać panikę, zburzyć wszelkie istniejące układy. A zdarza się, że ludzie, którzy walczą o przeżycie, zapominają o wartościach, które dotąd były dla nich ważne. Nie sądzi pan, że coraz częściej słychać w kinie krzyk w obronie tych tradycyjnych wartości?
Artyści powinni dziś przypominać, że w skomplikowanym świecie nie wolno gubić moralnego kompasu. W „Contagion..." Soderbergh też to robi. Mimo złożonej konstrukcji i wielowątkowości, jego film odwołuje się do podstawowych uczuć. To opowieść nie tylko o współczesnych czasach, ale i o lojalności, oddaniu, obronie ukochanych osób. Wzruszyła mnie historia małżeństwa Emhoffów granego przez Matta Damona i Gwyneth Paltrow. Mężczyzna, który traci w czasie epidemii żonę i syna, sam okazuje się na chorobę odporny, ale drży o życie pasierbicy, jedynej bliskiej osoby, jaka mu pozostała. Mój bohater z kolei jest lekarzem-naukowcem. Wie wszystko o śmiertelnym wirusie, ale długo nie wolno mu tych informacji upowszechniać. A sam też ma rodzinę, którą chce chronić. Udział w „Contagion..." stał się dla mnie fascynującą podróżą w głąb ludzkiej psychiki. Hollywood musiało przejść długą drogę, aby rola intelektualisty i naukowca przypadła czarnemu aktorowi? Szczęśliwie coraz częściej dostaję takie propozycje. Wcześniej zagrałem też patologa w „CSI: Kryminalnych zagadkach Las Vegas". Coraz częściej wcielam się w ludzi, którzy mają duży autorytet w otoczeniu. W wysoko wykwalifikowanych specjalistów, którzy zajmują się nie handlem narkotykami, lecz medycyną, nauką, kryminalistyką. Dlatego patrzę w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Bo nawet jeśli świat nie jest w najlepszej kondycji, można go zmieniać. Jako pierwszy czarnoskóry Otello należał pan do gwiazdorów przecierających Afroamerykanom drogę do sławy. Traktuję aktorstwo trochę jak misję. Uważnie czytam scenariusze, świadomie decyduję, komu użyczyć swoją twarz. Kiedyś zakochałem się w tym zawodzie, bo marzyłem, by wcielać się w różne postaci – od kryminalisty do prezydenta. Dlatego jestem szczęśliwy, że nie muszę już nieustannie grać bandziorów. Ale dla wielu ludzi Hollywood wciąż nie jest krainą szczęśliwości. Niewiele jest na przykład dobrych ról dla ciemnoskórych kobiet. A przecież one też chcą poszerzać swoje emploi. Jako 15-latek trafił pan do ekipy „Czasu Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli. Wraca pan myślami do tych czasów? Pojawiałem się na ekranie już jako dziecko, skuszony wizją 300 dolarów, które z perspektywy kiosku z cukierkami czy komiksami wydawały się majątkiem. Ale prawdziwy chrzest bojowy rzeczywiście przeżyłem u Coppoli. Trochę oszukałem na castingu, nie przyznając się do prawdziwego wieku. I nie żałuję tego drobnego kłamstwa. Do dzisiaj wrzucam czasem do odtwarzacza płytę z „Czasem Apokalipsy". Najpierw przychodzi smutek – Dennis Hopper już nie żyje, Sam Bottoms też. Ale oglądając ten film, czuję się, jakbym wertował album z liceum. To był dla mnie czas dorastania i nauki aktorskiego rzemiosła. Szalona przygoda, która wzmocniła we mnie przekonanie, że chcę przeżyć życie jako aktor. Marzył pan o sławie, pieniądzach, pięknych kobietach, jakie zawsze otaczają celebrytów? Nie. Naprawdę nie. Po prostu zakochałem się w sztuce. Nigdy zresztą nie miałem drygu do niczego innego. Moja matka była nauczycielką przedmiotów ścisłych, ale mnie przerażały sekcje żab na biologii i rozgrzane palniki na chemii. Bardziej od nauki interesowała mnie fantastyka naukowa. Kochałem komiksy i filmy science fiction. Do dzisiaj uwielbiam ten gatunek. Nic dziwnego – sławę przyniosła panu rola Morfeusza w „Matriksach". Po tylu latach nie ma pan dosyć tego obrazu? Skąd! Stale do mnie podchodzą ludzi i proszą, żebym im zaproponował wybór pigułki, jak w słynnej scenie z filmu. Daniel Craig może powiedzieć: „Nazywam się Bond. James Bond". Ja jestem Morfeuszem. Dzięki tej roli zagarnąłem dla siebie kawałek popkulturowej legendy. Marzyłbym, żeby zagrać rolę Dr. Octopusa ze „Spider Mana" albo Apocalypse z „X-Mena". Ciągle biegnie pan za dziecięcymi marzeniami? Aktorstwo to nieustanne spełnianie snów nastolatka. Dzisiaj już nie pożeram komiksów. Nie wykupuję ton kolorowych zeszytów w sklepach, nie należę do fan clubów. Ale bohaterowie mojego dzieciństwa we mnie zostali. „Hulk", „Batman", „Superman", „Avengers", „Zielona latarnia" – to wszystko część mojego dorastania. Właśnie z tych obrazkowych opowieści czerpałem wiarę, że dobro może zwyciężyć nad złem, a na świecie może zapanować sprawiedliwość. Pana dzieci sięgały już pewnie po zupełnie inne historie i wzdychały do innych superbohaterów? One należą do pokolenia, które czas spędza przy komputerach, biegając po ekranie z karabinami. A ja zawsze patrzyłem na te ich zabawy lekko znudzony i uśmiechałem się, myśląc: „Hej, robiłem to ponad 40 razy na planach, w pełnym 3D". Ale bywa, że nasze pasje się spotykają. Kiedy wyszła gra na konsolę „Batman", złapałem za joystick i nie mogłem odejść od telewizora. Zresztą niektórzy herosi są ponadczasowi. Ostatnio pracowałem z Zackiem Snyderem nad nowym filmem o Supermanie – superbohaterze z odzysku, który fascynował kilka pokoleń Amerykanów. W obsadzie są też Kevin Costner, Michael Shannon, Diane Lane, Russel Crowe, Julia Ormond i wszyscy świetnie się bawimy. A nie woli pan swoich ambitniejszych wcieleń? Nie dzielę filmów według kryteriów arthouse i mainstream, sztuka i rzemiosło, obieg artystyczny i masowy. Jest jedno kino: dobre albo złe. Mam jednak pewną zasadę: nie grywam w horrorach, bo świat sam z siebie jest wystarczająco przerażający. Wszystko inne – z przyjemnością. Chętnie też wracam na deski teatralne. Broadway jest moim kościołem i duchową ojczyzną. Żaden rodzaj aktorstwa nie przysparza takich emocji, jak występy na żywo, kiedy wszystko w każdej chwili może się pomylić, omsknąć, zepsuć. Ale też gdzie można spojrzeć widzowi w oczy. A największym wyzwaniem w mojej karierze jest próba zachowania świeżości, robienia wciąż nowych rzeczy. To chyba nie jest aż tak trudne – w czasie 40 lat pańskiej kariery kino bardzo się zmieniało. Największe przemiany obserwuję teraz. Telewizja i Internet odciągają ludzi od ciemnych, kinowych sal. Nowy sposób dostarczania obrazu zmienia naszą pracę, widownię, sztukę filmową. Ale nie mam kryształowej kuli – nie wiem, w którą stronę to wszystko pójdzie. Jako aktor chętnie przyjmuje pan nowości czy patrzy pan na rozwój techniki z dystansu, wzdychając za minionymi czasami? Istota mojej pracy się nie zmienia. Aktorstwo to aktorstwo – w radiu, telewizji, w kinie, w HD i w 3D chodzi w nim zawsze o to samo – wiarygodne opowiedzenie ludzkiej historii. Bardziej mi brakuje dawnych kinowych zwyczajów jako widzowi. Zawsze kochałem rodzinne wycieczki do kina, jedzenie popcornu z wielkich kubłów, amerykańską spontaniczność w czasie wspólnego przeżywania filmu. W końcu skądś się wzięły te moje dziecięce marzenia o wielkim ekranie. Ale cóż, pędu do nowoczesności nie da się zatrzymać. Autor jest dziennikarzem „Newsweek.Polska" Otello Zone Europa | 10.15 | PIĄTEK Matrix Reaktywacja TVN 7 | 20.05 | NIEDZIELA Predators Canal+ | 1.00 | SOBOTA | 23.45 | ŚRODA CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas AXN | 21.00 | ŚRODA | 23.00 | CZWARTEK Laurence Fishburne Urodził się w 1961 roku w Augusta w stanie Georgia. Z czasem przeniósł się z matką do Nowego Jorku, gdzie w wieku dziesięciu lat zaczął grywać w teatrze, a po dwóch latach trafił do soap opery „Jedno życie dla przeżycia". Jego kariera nabrała tempa dzięki roli w „Czasie Apokalipsy", dla której jako 15-latek spędził 18 miesięcy na Filipinach. Z Francisem Fordem Coppolą spotkał się później przy trzech innych produkcjach. Wystąpił w epizodach w obrazach Stevena Spielberga, Spike'a Lee, Wesa Cravena. Przełom jednak przyszedł w latach 90. W 1991 uznanie przyniosła mu rola w „Chłopcach z sąsiedztwa", trzy lata później zdobył nominację do Oscara za kreację w „Tinie" Briana Gibsona. Jako pierwszy czarnoskóry aktor zagrał Otella w ekranizacji Olivera Parkera. Do czołówki hollywoodzkich aktorów doszlusował dzięki udziałowi we wszystkich częściach „Matriksa", gdzie wcielił się w Morfeusza, charyzmatycznego kapitana statku Nabuchodonozor. Wyreżyserował na podstawie własnego scenariusza film „Once in the Life". Jednocześnie nigdy nie porzucił teatru, gdzie poza aktorską karierą, reżyseruje i pisze sztuki.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA