fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Partytury klasycznych dzieł

materiały prasowe
Rozmowa z Jasonem Sawfordem, pianistą Australian Pink Floyd
Jestem pewien, że zwrotnym punktem w karierze waszego zespołu było zaproszenie na zjazd fanów Pink Floyd w Londynie. Pamięta pan?
Jason Sawford: Oczywiście. Niezapomniany rok 1993. Dostaliśmy zaproszenie i po raz pierwszy mogliśmy pokazać nasz show poza Australią. To było niesamowite uczucie. Ważny moment w naszej karierze. Mieliśmy grać na Wembley. Nie na głównym stadionie, tylko w centrum zjazdów. Ale jednak pod godnym szyldem. Daliśmy długi show w bardzo długiej sali. Zagraliście też na 50. urodzinach Davida Gilmoura. Czy to było wasze pierwsze spotkanie?
Spotkaliśmy się kilka lat wcześniej, po koncercie w Londynie. Grając, nie wiedzieliśmy, że David znajduje się na widowni. Zobaczyliśmy go dopiero w garderobie, do której przyszedł. Zażartował, że nigdy wcześniej nie miał okazji, by zobaczyć koncert Pink Floyd. Podziękował, że dzięki nam stało się to możliwe. Skutkiem jego obecności na naszym występie było zaproszenie na jego urodziny. Zagraliśmy dla publiczności, wśród której byli członkowie Pink Floyd i wiele gwiazd rocka. Czuł pan wtedy tremę? Byłem bardzo zdenerwowany, ale szybko się zrelaksowałem, kiedy zobaczyłem, że publiczność przyjmuje nas gorąco. Poza tym podano drinki. Zaczęły się miłe rozmowy, tańce. Jest pan pianistą i pewnie najważniejsze było spotkanie z Rickiem Wrightem. Rick Wright zapytał, czy nie mógłby towarzyszyć nam na organach Hammonda. Miałem przyjemność grać z nim w duecie na keyboardach „Comfortably Numb". Był bardzo uprzejmy. Skromny. Kiedy zauważyliście, że potraficie grać tak doskonale jak muzycy Pink Floyd? To była ciężka praca i owoc bardzo krytycznego myślenia o sobie. Ciągłego wymagania, by grać coraz lepiej. Podstawą było stworzenie podobnego brzmienia. Ciągle są rzeczy, których musimy się uczyć. A kiedy zaczynaliście, co było ważniejsze: granie dla przyjemności czy zarobkowanie? Zabawa była jednak najważniejsza! Spotkaliśmy się w sklepie płytowym. Zaczęliśmy grać dla siebie, potem dla przyjaciół – w skromny sposób. Nie mieliśmy wielkich planów. W graniu muzyki Pink Floyd niezwykle ważne jest brzmienie. Poznawaniu nagrań towarzy-szyło zgłębianie nowych tech-nologii. Na początku dyspo-nowaliśmy tylko najprostszym i starym sprzętem. Dzięki temu, że pojawiały się propozycje kon-certów, mieliśmy więcej pienię-dzy i mogliśmy dokupić nowo-cześniejsze instrumenty. To trwa cały czas, ponieważ co chwilę pojawiają się nowe technologie. Wasz ostatni show współtworzą efekty 3D. Ten rok poświęciliśmy na granie koncertów wzbogaconych o te efekty. Występowaliśmy z nową produkcją w Ameryce. Wcześniej gościliśmy w Polsce. To było ciekawe doświadczenie nie tylko dla nas, ale i dla fanów, ponieważ Floydzi nigdy nie mieli okazji skorzystać z takiej możliwości. Oczywiście, nie chcemy stać w miejscu. Już rozglądamy się za nowymi elementami produkcji. Co jest najtrudniejsze w graniu muzyki Floydów? Trzeba osiągnąć równowagę pomiędzy brzmieniem i emocjonalnością, tak żeby technologia nie zabiła uczuć. Poza talentem niezbędna jest cierpliwość. Którą z płyt Pink Floyd usłyszał pan pierwszą? „Atom Heart Mother". Bardzo mnie zafrapowała. Potem zacząłem słuchać „The Dark Side of the Moon". To były dwa pierwsze kroki w stronę muzyki Floydów. To wspaniale, że wprowadziliście do repertuaru nagrania z okresu Syda Barreta. Od początku graliśmy jedną piosenkę Syda. Nie mogło być inaczej, bo to pierwszy autor i kompozytor zespołu, jedna z najbardziej wpływowych postaci muzycznej sceny. Ktoś, kto jest bardzo zaangażowany w muzykę Floydów, nie może pominąć Barreta. Czy staraliście się kiedyś skomponować muzykę w stylu Pink Floyd? Wiele lat temu nagraliśmy autorski album inspirowany dokonaniami kwartetu. Ale nigdy więcej nie podążyliśmy tą drogą, bo zabrakło nam czasu. Tak dużo zaczęliśmy dawać koncertów. Byliśmy zbyt zmęczeni. A czy macie plany nagrania czegoś nowego? Floydzi już za was tego nie zrobią. Nie wykluczamy tego. Zaczynaliście działalność, kiedy Floydzi jeszcze koncertowali. Czy obecna popularność jest wynikiem zawieszenia działalności przez Gilmoura i spółkę? Myślę, że Pink Floyd jest jednym z najważniejszych zespołów w historii rocka i ludzie po prostu chcą słuchać jego muzyki na żywo. Oczywiście, fakt, że nie koncertują, na pewno nam pomaga. Ale kiedy Roger Waters wykonywał materiał z „The Dark Side of the Moon" i „The Wall", nie mieliśmy problemów z frekwencją. Fani chcieli jeszcze więcej muzyki Floydów. Kim czuje się pan bardziej – muzykiem czy aktorem? Na pewno muzykiem. Muzykiem klasycznym, bo przecież staram się odegrać na żywo partytury klasycznych dzieł. Tyle że rockowych. Muszę odczytać intencje kompozytora i być mu wierny, a jednocześnie przekonać do utworów nowe pokolenie. Na pewno nie jesteśmy gwiazdami rocka. Jesteśmy muzykami, którzy grają Pink Floyd. Ale sprzedaliście 3 miliony biletów na koncerty, więcej niż Adele! To prawda. A jesteście bardzo bogaci? Mieszkam w zwykłym rodzinnym domku. Mamy spore wpływy, ale większość z nich przeznaczamy na sprzęt i produkowanie nowego show. Tantiem autorskich nie dostajemy. Teraz jestem pewien, że gracie dla frajdy. Oczywiście. Trzeba kochać to, co się robi. Trzeba kochać to, co się gra. rozmawiał Jacek Cieślak Australian Pink Floyd wystąpią: 19.01.12 – Wrocław, Hala Stulecia 20.01.12 – Poznań, Arena 21.01.12 – Warszawa, Torwar 22.01.12 – Katowice, Spodek Otwarcie bram o godz. 18.30, początek o godz. 20.00.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA