fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Prawdziwa historia pewnego premiera

Piotr Gociek
Rzeczpospolita
Był sobie raz pewien premier pewnego sporego europejskiego kraju. Dzieje jego rządów zgłębiam dzięki książce, która każdy interesujący się polityką powinien przeczytać, a która ukazała się nie tak dawno temu.
Premier ten, zanim został szefem rządu, był liderem silnej opozycji. Frustrował się wówczas niezmiernie, bo wydawało się, że rząd stworzony z wysiłkiem przez polityczną konkurencję padnie lada moment - ale nie padał. By przyspieszyć ten proces kandydat na premiera postanowił zastosować taktykę, którą autor książki opisuje tak: „nie przegapić żadnej okazji, by przedstawić aktualnie rządzących jako kłamców, oszustów i łajdaków". Tylko niektórzy z otoczenia przyszłego premiera zdawali sobie sprawę, że jest to „taktyka, która oczywiście mogła być użyta także przeciw nam i była nieraz niesmaczna". Drugą nogą tej taktyki były „dramatyczne deklaracje na temat stanu własnej moralności" (znaczy wyższego) oraz nieustanne powtarzanie zaklęć na temat tego, jak bardzo kraj potrzebuje „nowej polityki, polityki odwagi, uczciwości i zaufania".
Operacja się powiodła. Kandydat na premiera został premierem. Nadeszły nowe czasy. Najważniejszą decyzją premiera (podjętą jeszcze w opozycji) było podzielenie swych współpracowników na dwa kręgi – zwyczajny i nadzwyczajny. Partyjni działacze, ministrowie itp. pozostali w tym pierwszym. Liczył się jednak tylko ten drugi krąg, niezwykle wąski i utajniony. Był to sztab specjalistów od politycznego marketingu, od spinowania mediów i od pilnowania, by z własnych szeregów wydobywał się właściwy przekaz.
I nastał wiek błogi. Rząd cieszył się wielką popularnością i poparciem. Zaś sam premier,  jak pisze autor „sprawiał wrażenie człowieka, który uwierzył we własną moralną wyższość". Było byczo – tak byczo, że nikt nie zauważył, jak bardzo fundament tej nowej popularności zbudowany został na mijaniu się z prawdą. Kłamstewka miały różny ciężar gatunkowy i były różnego rodzaju, ale wszystkie służyły jednemu celowi – podtrzymaniu mitu premiera i jego partii. Ulubionym zajęciem polityków rządu było na przykład wygłaszanie śmiałych stwierdzeń na temat tego, co wkrótce zostanie zrobione. Po jakimś czasie politycy owi z równą śmiałością twierdzili, że: a) albo nigdy czegoś takiego nie mówili; b) tylko osoby o złej woli nie widzą ich sukcesów. Osobną sprawą była tzw. dywersyfikacja przekazu, która polegała na mówieniu różnych kłamstw różnym grupom społecznym. Premier w rozmowie z tabloidem był więc pogromcą przestępców i obrońcą prostych ludzi podejrzliwie patrzącym na bogatych. A w wywiadzie z dziennikiem opiniotwórczym wychwalał biznes, opowiadał się za daleko idącą wolnością gospodarczą i czcił wielki kapitał. Jeden z przywódców związkowych opowiada autorowi książki, że do dziś nie może wyjść ze zdumienia, jak to podczas zamkniętego spotkania ze związkowcami ów polityk prezentował się jako zwolennik rozwiązań z gruntu socjalistycznych, a dzień później w mediach grał rolę wolnorynkowca. Prawda była względna. W magiczny sposób zmieniała się zawartość CV polityków partii rządzącej, którzy w zależności od potrzeb aktualnej sytuacji eksponowali swoje poglądy z przeszłości na dany temat, lub stanowczo dowodzili, że nigdy takich opinii nie wygłaszali. Zdarzały się czarodziejskie korekty informacji o wykształceniu niektórych osób publicznych. Rewizji podlegała przeszłość. W miejsce jednych postaci historycznych kreowano inne - nowych bohaterów; takich, z którymi łatwiej się było identyfikować nowej partii rządzącej. Jedną z ulubionych metod zarządzania emocjami rodaków przez premiera było straszenie ich opozycją, szczególnie gdy idzie o sprawy europejskie. Straszono więc „eurosceptykami" lub „przeciwnikami integracji", których w zależności od potrzeby obwiniano za kłopoty z walutą, pogarszający się wizerunek kraju na arenie europejskiej lub  trudne relacje dyplomatyczne z bliskimi i dalekimi sąsiadami. No i o wywoływanie histerii na temat możliwego  wprowadzenia waluty euro. Udokumentowano przypadki, kiedy przedstawiciele rządu cytowali fałszywe, nigdy nie wypowiedziane przez opozycje ostre sądy wartościujące – i nikomu nie przeszkadzało, gdy z owych fałszywek czyniono propagandową maczugę. Premier lubił usypiać kłamstewkami nie tylko media i obywateli. Nie szczędził ich także swym współpracownikom. Często obiecywał im różnego rodzaju stanowiska, które potem przekazywał w ręce kogoś zupełnie innego. A najbardziej zaufanego zausznika (pewnego dużo mniej charyzmatycznego partyjnego aparatczyka) oszukał najbardziej – najpierw namaścił na swego następcę, a potem bezlitośnie odsunął. Jakie były efekty takich rządów? Wedle autora książki zaufanie społeczne do klasy politycznej jako takiej spadło niepomiernie. Znacznie umniejszona została rola parlamentu, który w dużej mierze został ubezwłasnowolniony. Niepokojąco często dobro państwa zaczęło być utożsamiane z dobrem partyjnym. Co dalej działo się z premierem? Rządził dwie kadencje, a nawet kawałek trzeciej. A potem iluzja się skończyła i trzeba było w kraju zacząć sprzątać, naprawiać i reformować. O wszystkim tym przeczytałem w publikacji którą każdy powinien przeczytać, kiedy tylko ukaże się po polsku (o ile się ukaże). Bo po angielsku ukazała się w roku 2005. Nosi tytuł „The Rise Of Political Lying". Napisał ją brytyjski komentator Peter Oborne i opowiada głównie o brytyjskim premierze Tonym Blairze. Przytaczam jej streszczenie dla wszystkich interesujących się polityką. Oczywiście tą brytyjską.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA