fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kryzys gospodarczy - czarny scenariusz dla Europy

AFP
Czy zdrowe kraje obawiające się inflacji wywołanej nieprawdopodobnym napływem eurogotówki do ich banków zdecydują się na porzucenie waluty euro? – rozważa ekonomista
Minister Jacek Rostowski myli się podwójnie. Europie nie grozi wojna, nie uratował jej też prezes EBC, podejmując kontrowersyjną decyzję o zakupie obligacji zagrożonych państw. To nieprzemyślane wypowiedzi polityków oraz doraźne interwencje stanowią prawdziwe zagrożenie dla strefy euro.
Przyjrzyjmy się na spokojnie możliwemu rozwojowi wydarzeń w perspektywie najbliższych miesięcy. Chociaż każdy kryzysowy scenariusz zaczyna się od bankructwa Grecji, ostateczny finał może być różny w zależności od tego, jak zachowają się inwestorzy, rządy i banki centralne.

Kryzys grecki

Grecja, której dług publiczny sięga 160 proc. PKB, nie ma szans uniknąć bankructwa. Jej dług musi zostać zmniejszony i to znacznie, by kraj o zrujnowanej gospodarce oraz reputacji był w stanie go obsługiwać. Można przyjąć, że liczba wyrażająca greckie zadłużenie straci pierwszą cyfrę – w ten sposób Ateny staną się jedną z niewielu stolic strefy euro, które wzorowo wypełniają kryterium z Maastricht. Oznacza to, że greccy wierzyciele stracą średnio prawie dwie trzecie zainwestowanego kapitału.
Pewien mieszkaniec Krety wymienił swoje oszczędności na gotówkę i ukrył je w domu. Nie było to dobre posunięcie. Gdy po kilku miesiącach zajrzał do skrytki, okazało się, że zjadły je myszy
W praktyce całość tej straty przypadnie prywatnym kredytodawcom. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by Grecy ogłosili niewypłacalność także w stosunku do rządów krajów strefy euro oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Natychmiast bowiem po bankructwie będą musieli pożyczać kolejne środki, by zyskać czas na stopniowe zrównoważenie budżetu. Ponieważ pożyczki międzynarodowe stanowią w tej chwili około 36 proc. PKB, do spłacenia dla sektora prywatnego pozostanie jedynie dług w wysokości 24 proc. PKB. Oznacza to dla prywatnych kredytodawców stratę wysokości 82 proc. zainwestowanego kapitału.
Kim są ci, którzy stracą? Najwięcej obligacji greckich posiada Europejski Bank Centralny (45 mld euro), znaczącymi posiadaczami bezwartościowego długu są też greckie instytucje publiczne (30 mld euro) oraz azjatyckie fundusze sovereign wealth (25 mld euro). Najwięcej do stracenia mają jednak duże instytucje finansowe (około 75 mld euro) i to one odegrają kluczową rolę w transmisji kryzysu poza Grecję.
Jeśli chodzi o banki greckie, to bankructwo Hellady oznacza dla nich śmierć; straty pochłoną cały kapitał własny i instytucje te będą musiały zostać przejęte, zapewne przez grecki rząd, który pozyska na to pieniądze z pożyczek z UE i MFW. Nieco lepiej wygląda sytuacja banków pozostałych krajów strefy euro. Szczęśliwie te z nich, które mają to nieszczęście, że ich kraj macierzysty także boryka się z poważnymi kłopotami, mają bardzo niewiele greckiego długu. Najwięcej wierzytelności greckich (zarówno publicznych, jak i prywatnych) mają banki francuskie – łączne straty z tego tytułu szacuje się na 40 miliardów euro. Choć ta suma wydaje się znacząca, to jest ona tak naprawdę bardzo niewielka w porównaniu z kapitałami, którymi dysponują francuskie banki, sięgającymi sumy 500 mld euro.
Wygląda więc na to, że kryzys grecki sam w sobie ma dla pozostałych krajów strefy euro niewiele większe znaczenie niż dla Stanów Zjednoczonych miało zawieszenie trzy lata temu przez Ekwador spłaty swoich zobowiązań denominowanych w dolarach. Dla samych Greków zaś byłoby to zjawisko niewątpliwie pozytywne – za cenę poważnej, choć jednorazowej straty uniknęliby drastycznych podwyżek podatków obciążających kraj na kolejne dekady.

Kryzys zadłużenia

Niestety bankructwo Grecji jest jedynie probierzem tego, co może się stać niedługo w Europie w znacznie większej skali. Nie chodzi tu wcale o Irlandię i Portugalię, które także są zbyt małe, by poważnie zaszkodzić europejskiemu systemowi bankowemu, nawet mimo nieproporcjonalnie dużych zobowiązań banków irlandzkich. Prawdziwy problem pojawi się dopiero wraz z zagrożeniem niewypłacalnością takich krajów, jak Hiszpania, Belgia i Włochy, o których z pewnością nie można lekceważąco powiedzieć, że leżą na peryferiach strefy euro.
Skąd jednak pomysł, by państwa te podzieliły los Grecji? Ich dług, choć wysoki jak we Włoszech (121 proc. PKB) czy w Belgii (98 proc. PKB) , nie przyrasta już prawie wcale, a jeśli przyrasta, to z niskiego jak w Hiszpanii poziomu (60 proc. PKB na koniec 2010 roku). Wszystkie trzy kraje wciąż mogą pochwalić się wzrostem gospodarczym i relatywnie wysokim (wyższym od Polski) ratingiem.
Niestety sytuacja jest zbyt dynamiczna, by łatwo można  się było uspokoić, patrząc na historyczne dane. Przede wszystkim nie wiadomo, jak finanse publiczne Hiszpanii, Belgii i Włoch wytrzymają nadchodzące spowolnienie gospodarcze lub wręcz recesję. Drugi czynnik ryzyka stanowi sektor bankowy tych krajów, który ze względu na duży udział traktowanego jako zagrożony państwowego długu już ma kłopoty z finansowaniem się na rynkach. Trudności płynnościowe banków może jeszcze dodatkowo pogłębić spowolnienie gospodarcze, ponieważ banki mniej chętnie będą udzielać kredytów w obawie, by w krytycznej chwili nie zabrakło im gotówki.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje, że straty banków wynikłe z częściowej niewypłacalności wymienionych sześciu państw strefy euro sięgnęłyby 300 miliardów euro. Jest to kwota dostatecznie duża, by wstrząsnąć europejskim systemem bankowym. Jest też dostatecznie nieprecyzyjnie oszacowana, by te banki, które nie pożyczały dotąd wiele swoim odpowiednikom w krajach zagrożonych, wstrzymały jakikolwiek dopływ finansowania.

Kryzys bankowy

W tym momencie można przejść do kolejnej odsłony kryzysu. Historia zatacza bowiem koło. Najpierw kryzys finansowy, doprowadzając do recesji i wywołując konieczność dokapitalizowania banków przez rządy, przerodził się w kryzys zadłużenia publicznego. Ten zaś, jeśli będzie dalej postępował, doprowadzi znowu do kryzysu finansowego. Jego skala będzie jednak bez porównania większa niż w 2008 roku.
Wskazówek, co może się dalej stać, ponownie dostarcza Grecja. Od 2010 roku z tamtejszych banków odpłynęła już jedna trzecia depozytów. Gdzie powędrowały? Oczywiście tam, gdzie w tej chwili jest jeszcze bezpiecznie – klienci wpłacili je do działających na terenie Grecji oddziałów innych banków strefy euro. Wielu zdecydowało się, w obawie przed wprowadzeniem kontroli przepływu kapitału, przenieść swoje oszczędności do Szwajcarii lub Wielkiej Brytanii. Mocno wzrosła też popularność gotówki. Znana jest historia mieszkającego na Krecie mężczyzny, który wymienił swoje oszczędności na gotówkę i ukrył je w domu. Nie było to dobre posunięcie. Gdy po kilku miesiącach zajrzał do skrytki, okazało się, że zjadły je myszy.
W kryzysie bankowym na skalę europejską nie ma jednak nic zabawnego. Szczęśliwie jeszcze w Hiszpanii czy we Włoszech zaufanie do systemu finansowego jest duże i nie ma na razie sygnałów, by ludzie przenosili pieniądze do niemieckich banków. Gdyby jednak to nastąpiło, to masy gotówki, które mogłyby zacząć przepływać do ostatnich bezpiecznych przystani są niewyobrażalne – chodzi o kwoty liczone w tysiącach miliardów euro.

Kryzys euro

Skąd jednak banki włoskie i hiszpańskie znajdą gotówkę, którą następnie wypłacą swoim klientom, by ci wpłacili ją do banków niemieckich? Odpowiedź jest prosta: dostarczy ją Europejski Bank Centralny. Zamiast depozytów ludności w bankach zagrożonych krajów pojawią się więc zobowiązania wobec EBC. Z kolei banki bezpieczne zalane zostaną przez biliony euro świeżo wykreowanego przez bank centralny pieniądza.
Nasza pesymistyczna wizja zbliża się powoli do finału. A jest nim porzucenie waluty euro przez zdrowe kraje obawiające się inflacji wywołanej nieprawdopodobnym napływem eurogotówki do ich banków. Choć nawet w takiej sytuacji trudno ocenić, czy koszty wyjścia ze wspólnego obszaru walutowego przewyższałyby korzyści, jednak pierwszy raz argumenty za opuszczeniem strefy euro byłyby naprawdę poważne.

Czy jest się czego bać?

Powyższa wizja zawiera oczywiście sporo przesady. Nie uwzględnia zupełnie determinacji władz, które na pewno chciałyby zapobiec tak niekorzystnemu obrotowi spraw. Choć trudno wątpić w intencje europejskich przywódców, nie można jednak zakładać, że na pewno uda im się opanować kryzys. Dotychczasowe działania bowiem nie napawają optymizmem. Podejmowane są zbyt późno i opierają się ciągle na zbyt optymistycznych przesłankach. Z kolei poparcie społeczne dla koniecznych reform jest w Europie zastraszająco niskie. Jeżeli europejskie elity i społeczeństwa nie staną w końcu na wysokości zadania, to strefę euro na pewno czeka ciężka próba.
Autor jest głównym ekonomistą Wealth Solutions SA
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA