fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Europejski Kongres Kultury i lewicy - Bronisław Wildstein

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Europejski Kongres Kultury jest symptomem poważniejszego zjawiska, czyli oddania przez PO kultury środowiskom lewackim, z których na plan pierwszy wybija się „Krytyka Polityczna" – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej"
Z Europejskim Kongresem Kultury zetknąłem się bliżej ponad miesiąc temu, zauważając w "Plusie Minusie" ciekawy esej młodego socjologa Michała Łuczewskiego "Śmierć jako dzieło sztuki". W adnotacji można było przeczytać, że został on zamówiony, a potem odrzucony przez Europejski Kongres Kultury.
Łuczewski pisze, że wbrew obiegowym opiniom sztuka nie jest "niewinną ofiarą rynku i polityki". Wskazuje na jej pierwotny charakter, z którym wiąże się jej amoralny, wyrastający z archaicznych postaw, niebezpieczny potencjał. Historia kultury jest także opowieścią o cywilizowaniu człowieka, a więc i nieodłącznej jego aktywności, jaką jest sztuka. Wiek XX to zanegowanie w Europie kultury chrześcijańskiej i próba powrotu do pierwotnej, demonicznej dzikości sztuki.
Zamawiająca redaktor naczelna kongresu oraz członkowie jej zespołu, a także doproszeni eksperci uznali wymowę tekstu Łuczewskiego za "dogmatyczną" i propagującą "ideologię" chrześcijańską i z tego powodu, jak zakomunikowała mu to naczelna, nie przyjęli go, gdyż przesłanie kongresu winno być "uniwersalne". Trzeba przyznać, że pomimo wszelkich doświadczeń stężenie lewicowej hipokryzji oszołamia.

Nadmierny pluralizm

Nie miejsce tu, aby analizować podniesioną przez organizatorów kongresu kwestię "chrześcijańskiej" ideologii, która – w przeciwieństwie do prezentowanego przez nich jej lewicowego wcielenia – po prostu nie istnieje. Chrześcijaństwo to religia, jest głównym źródłem kultury europejskiej i wyrastały z niej rozmaite prądy myślowe i polityczne. Pisanie o chrześcijańskiej (jakiej?) ideologii jest świadectwem albo umysłowego prostactwa, albo właśnie ideologicznego zaczadzenia.
W tym konkretnym wypadku wydawałoby się, że zamówienie świadomie złożone zostało "prawicowemu" teoretykowi, redaktorowi pisma "44", a więc osobie o określonych poglądach, które stanowiłyby odmienny element na tle jednolicie lewicowego kongresu. Okazuje się jednak, że byłby to nadmierny pluralizm.
W korespondencji zamawiająca artykuł redaktor domaga się od autora radykalnej zmiany jego "niewłaściwej" wymowy. Nie wystarczają jej korekty dyskusyjnych fragmentów. Trudno oprzeć się myśli, że obecność Łuczewskiego stanowić miała ideowe alibi dla twórców kongresu, ale nie oznaczała prawa głosu. Nie wolno mu było powiedzieć czego innego niż pozostali uczestnicy.
Jego tekst nie szokuje. Artyści XX wieku otwarcie deklarowali swoje marzenia o dzikości, odrzuceniu balastu kultury europejskiej czy wręcz fascynację "metafizyką zła" (Georges Bataille). Widocznie jednak wolno mówić o tym wyłącznie w aprobatywnym tonie, tak jak o chrześcijaństwie – wyłącznie w sposób krytyczny.
Oto fragment uzasadnienia odrzucenia tekstu: "Miał Pan rację, mówiąc, że zapewne nie analizujemy tak wnikliwie tekstów innych autorów. To dlatego, że nie mieliśmy tekstu, który w tak subiektywny i jednostronny sposób oceniał (atakował?) inny niż własny punkt widzenia. Zależy mi, aby teksty dotyczące tematów kongresu były możliwie uniwersalne. Pański dotyczy wyższości jednej religii nad innymi religiami. Publikując go, albo musiałabym dać głos wszystkim innym stanowiskom i przeprowadzić osobną dyskusję na teksty, albo się od niego odciąć".
Łuczewski zajmuje się agresywnymi, wymierzonymi w chrześcijaństwo tendencjami sztuki XX wieku, a nie innymi religiami. Wspomina jedynie o pojawiających się w miejsce wyrugowanego chrześcijaństwa pierwotnych kultach śmierci. Czy twórcy kongresu oburzeni są takim ich potraktowaniem i domagają się ich równouprawnienia?
Taki indywidualny przypadek najlepiej obrazuje stosunek organizatorów kongresu do debaty i pluralizmu. Kongresu, przy którym tak wiele było mowy o potrzebie otwarcia się na innych, dialogu, poszerzaniu horyzontów i tym podobnych. Artykuł miał się ukazać w materiałach dołączonych do panelu "Niebezpieczne związki. Władza a kultura". Jego moderatorem był dziennikarz "Polityki" Jacek Żakowski, o którego osiągnięciach na niwie kultury nic nie wiadomo poza zawsze słusznymi (obecnie lewicowymi) poglądami. Innym uczestnikiem panelu był kolejny członek tej redakcji Edwin Bendyk.

Lewicowy chór  i akademia

To jednak nie "Polityka" rozdawała kongresowe karty, ale "Krytyka Polityczna", którą uznać można za właściwego organizatora tego przedsięwzięcia. Największą sumę na sfinansowanie projektu kongresowego dostał właśnie ten ośrodek. Drugim była inicjatywa feministyczna.
Dwa panele prowadził Michał Sutowski, który kulturą się nigdy nie zajmował, ale jest sekretarzem redakcji "KP", znanym głównie z lewicowego radykalizmu. Nic dziwnego, że ozdobą panelu, na którym nie mogły znaleźć się pozytywne sformułowania na temat chrześcijaństwa, była skrajnie lewicowa, francuska "filozofka" Chantal Mouffe traktująca kulturę jako wehikuł socjalizmu.
Inną znaczącą personą kongresu był filozof włoski Gianni Vattimo, nie wiadomo aktualnie: anarchista czy komunista, w każdym razie wielbiciel Fidela Castro, deklarujący oburzenie ściganiem przez prawo lewicowych terrorystów włoskich.
Nie pojawił się nikt z ciekawych teoretyków kultury współczesnej Europy, choćby lubiący Polskę Roger Scruton, przy którego analizach współczesnej kultury (np. w syntetycznym "Przewodniku po kulturze nowoczesnej dla inteligentnych") Slavoj Żiżek i jemu podobne wielkości "KP" brzmią jak lewicowa katarynka. No, ale propozycja zaproszenia go brzmiałaby dla organizatorów kongresu jak propozycja udziału Kalwina w Soborze Trydenckim.
Głównym patronem kongresu był Zygmunt Bauman, głośny analityk ponowoczesności. Abstrahując od jego wypowiedzi, warto zwrócić uwagę na jedną sprawę. Otóż deklaruje się on jako lewicowiec, którym – jak sam twierdzi – był zawsze i zawsze pozostanie. Bauman nie rozliczył się nigdy ze swojej stalinowskiej przeszłości. Fakt, że traktuje ją jako równouprawniony element swojej lewicowości, który nie wymaga specjalnej refleksji, powinien prowokować co najmniej do namysłu. Tak jak jego ostatnie skandaliczne wystąpienie, gdy porównywał mur, którym Izrael broni się przed terrorystycznymi atakami, do murów budowanego przez hitlerowców getta, tym samym zrównując państwo żydowskie z nazistami. Wszystko to nie wzbudziło żadnych wątpliwości u organizatorów kongresu stanowiącego również akademię ku czci Baumana, w którą włączyła się TVP.

Kto sprawuje  kulturalną hegemonię

W trakcie kongresu pojawiły się pewnie również interesujące zjawiska artystyczne. Nie zmienia to jednak jego charakteru, czyli lewicowej manifestacji, która traktuje kulturę, zgodnie z dominującą dziś wykładnią Antonia Gramsciego, jako instrument do walki o hegemonię polityczną. Niebywały fakt odwoływania się twórców obecnego kongresu do Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju, stalinowskiego przedsięwzięcia, które odbyło się również we Wrocławiu w 1948 roku, odwołania dopiero z czasem opatrzonego zastrzeżeniami, podkreśla ideologiczny charakter całego przedsięwzięcia. Skądinąd wybitnych twórców do Wrocławia w 1948 roku przybyło więcej, a jednolitość monologu była podobna. Jak widać, obecnie organizatorzy również dbali, aby żaden głos nie wyłamał się z jednolitego chóru. No cóż: jaki patron, taki kongres.
Minister Bogdan Zdrojewski oburza się na swojego poprzednika Kazimierza Ujazdowskiego, który zarzucił mu, że kongres "oddano w ręce ludzi o skrajnie lewicowych poglądach". Zdrojewski twierdzi, że nie zna poglądów politycznych artystów takich jak Andrzej Wajda czy Krzysztof Penderecki. Nie jest to odpowiedź, ale wykręt. Chociaż nie znamy poglądów politycznych uświetniającego kongres wybitnego kompozytora, a o Wajdzie wiemy wyłącznie, że poglądy ma zawsze właściwe, trzeba starać się nic nie wiedzieć, aby nie zauważyć politycznego wydźwięku kongresu.
Wyczuł je nawet jak Zelig Jerzy Buzek, który na wstępie kongresu zadeklarował, że anarchia w kulturze ma sens, gdyż oznacza większą paletę doznań i propozycji. Wprawdzie narzekamy raczej na nadmiar "propozycji" i chaos wynikający z zatraty miar i hierarchii, czyli dokładnie coś przeciwnego, ale być może najlepszą odpowiedzią Buzkowi byłoby przypomnienie festiwalu anarchii, który niedawno mogliśmy oglądać w Anglii. Tak jak większość przypadłości współczesnej Europy ma on źródło w kryzysie jej coraz bardziej wydrążonej aksjologicznie kultury. Zamiast więc powtarzać frazesy o Europie jako "fuzji horyzontów" i "otwarciu na obcego", warto by się zastanowić nad tożsamością kulturową, która tworzyła fenomen Europy, a dziś wydaje się ją zatracać. Takie myśli przez lewicową, ideologiczną perspektywę nie są w stanie się jednak przecisnąć.
Sam kongres nie jest problemem, ale symptomem poważniejszego zjawiska, czyli oddania przez PO kultury środowiskom lewackim, z których na plan pierwszy wybija się wspomniana wcześniej "Krytyka Polityczna". Oczywiście, ma to związek z faktem, że Zdrojewskiego, który chciał być szefem MON, ale w ramach polityki personalnej premiera Tuska został rzucony na kulturę, zupełnie nie interesuje jego resort. Na początku nadzieję budziło pozostawienie w nim dawnego wiceministra Tomasza Merty, który zginął w Smoleńsku, wybitnego specjalisty, usiłującego dbać o ciągłość polityki ministerstwa w swojej nazwie zawierającego słowo: "dziedzictwo".

Usługowy bunt

Szybko jednak politykę ministerstwa kształtować zaczęła logika PO, czyli eliminacja "pisowców" – a więc tych, którzy przeciwstawili się dominacji postpeerlowskiego salonu. W konsekwencji oznaczała salonu tego recydywę. Środowisko to starzeje się jednak, pozbawione jest osobowości i dynamizmu, zredukowane wyłącznie do zabiegów o pozycje i apanaże. Nic dziwnego więc, że rozgląda się za swoimi następcami, którzy wspomogliby go i przynieśli ideowe uzasadnienie dla podtrzymania status quo. "Krytyka Polityczna" wydaje się wręcz stworzona do tej roli. Wymachuje sztandarem lewicowego "buntu", który wymierzony jest w tradycję i tożsamość Europy, a więc szczególnie w, jeszcze nieprzeoraną przez kontestację, kulturę polską. Jest więc ów "bunt" programem dominujących we współczesnej Europie środowisk i narzędziem sprawowania przez nie władzy. Przy całym jego odruchowym konserwatyzmie jest także użyteczną ideologią dla postkomunistycznego establishmentu. Przydaje dawnym cynikom intelektualnych uzasadnień, a ich łajdactwa stroi w ideowe kostiumy.
Nic dziwnego więc, że "Krytyka Polityczna" została z otwartymi ramionami przyjęta przez staro-nowy establishment III RP. I tak instytucja stworzona przez z pewnością nieprzeciętnie zdolnego lidera, który jednak nie jest otoczony żadnymi specjalnymi wielkościami, błyskawicznie urosła do rangi znaczącego w skali całej Polski ośrodka. Wspierana dotacjami w kraju i za granicą stała się doskonałym wehikułem kariery. Dzięki temu przyciągnęła również zdolnych twórców, którym oprócz tego zaoferowała poręczne i modne, zastępujące myślenie zestawy ideologiczne.
Ciekawym zjawiskiem jest kolonizacja "Gazety Wyborczej" przez "KP". Niechęć i lęk przed polską tradycją, relatywizacja PRL, która była pierwotną ideologią organu Adama Michnika, przyniosły swoje efekty. Historia "Wyborczej" jest dobrą ilustracją tezy, że idee mają konsekwencje.

Polityczny cynizm

Partia Tuska szybko zatraciła swoją ideową tożsamość, która zresztą była dość słaba i sprowadzała się raczej do specyficznego, liberalnego ekonomizmu. Ten cynizm owocował skrajną obojętnością na sprawy kultury i przekazaniem jej najbardziej wpływowym i użytecznym w sensie politycznym środowiskom. Ostatnio widzieliśmy to w ogłaszanej z wielką pompą inicjatywie "Obywatele kultury", która ma jakoby służyć uobywatelnieniu tej dziedziny i wyłączeniu jej spod politycznej kontroli, a w rzeczywistości grozi przekazaniem jej na trwałe lewicowym ośrodkom i skrajnym jej spolityzowaniem.
Jest to element strategii Tuska, który uznał, że mechanizmem zapewniającym mu panowanie jest podzielenie się władzą z najbardziej wpływowymi środowiskami III RP. W wypadku kultury dodatkowo doszło zabieganie o przychylność zideologizowanej UE. Polski premier zachowuje się tak jak inni europejscy "prawicowi" liderzy, którzy obawiając się konfrontacji z dominującymi trendami i reprezentującymi je środowiskami, upodobniają się w tej sferze (nie tylko w niej zresztą) do lewicy. Niesłychanie pouczające jest wspieranie tak ostentacyjnie antykatolickiego przedsięwzięcia jak "Krytyka Polityczna" przez demonstracyjną katoliczkę Hannę Gronkiewicz-Waltz. Oczywiście, prezydent Warszawy tak jak większość liderów PO myślących wyłącznie w kategoriach bieżącej walki partyjnej nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji swoich działań ani się tym nie zajmuje.
Jest to efekt bezideowości współczesnej polityki europejskiej, w której gorąca jest dziś jedynie lewacka tendencja do destrukcji tradycyjnej, a więc realnie istniejącej kultury. Nie znaczy to, oczywiście, że jesteśmy skazani na taki stan rzeczy, ale jego katastrofalne konsekwencje dziś obserwujemy.

Kulturowi nihiliści

Polska, wydawałoby się, jest pod tym względem w lepszej sytuacji, lecz nie można nie doceniać pustoszących działań naszych kulturowych nihilistów, którzy w ogromnej mierze nie są świadomi ich sensu ani następstw. Tym bardziej więc atakują tych, którzy chcą je im uświadomić, i usiłują ich wyeliminować ze sfery publicznej.
Radosny Europejski Kongres Kultury był tego kolejnym dowodem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA