Świat

Z irańskiej niewoli do brytyjskiej telewizji

W Wielkiej Brytanii panuje atmosfera wzajemnego obwiniania. Jeśli premier wiedział, że żołnierzom pozwolono opowiadać na prawo i lewo o swych przygodach w irańskiej niewoli, i to zaakceptował, czy oznacza to, że chciał się nimi posłużyć do celów propagandowych? - pisze specjalnie dla "Rzeczpospolitej" brytyjski politolog Rodney Barker
Schwytanie przez irańską gwardię republikańską 15 brytyjskich żołnierzy, wystawianie ich na pokaz w telewizji, wyreżyserowane do celów propagandowych uwolnienie zakładników, a potem zrobienie z nich medialnych gwiazd, którym płacono za udzielanie wywiadów, wywołało prawdziwą burzę zarówno w prasie, jak i w świecie brytyjskiej polityki.
Seria tych pożałowania godnych wydarzeń nie tylko pokazałanieudolność rządu w kreowaniu medialnej rzeczywistości, ale dodatkowo obnażyła jego słabość w polityce międzynarodowej i wewnętrznej. Od początku kryzysu Tony Blair miotał się między łagodnym tonem wobec Iranu i dyplomacją a ostrymi wypowiedziami i groźbą konfrontacji. Gdyby konsekwentnie trzymał się stylu, do którego przyzwyczaił świat, popierając amerykańską inwazję na Irak, to z pewnością nie bawiłby się w dyplomację. Tymczasem widać powoli poszerzającą się przepaść pomiędzy Londynem a Waszyngtonem. Wskazują na nią między innymi pogłoski, że prezydent Bush zaoferował wysłanie myśliwców nad Teheran, ale jego propozycja została uprzejmie, choć zdecydowanie, odrzucona.
Oczywiście można mieć zastrzeżenia do sposobu uprawiania polityki zagranicznej przez prezydenta Busha. Sęk w tym, że Wielka Brytania nie potrafi zaproponować sensownej i skutecznej alternatywy. Kiedy w czasie teatralnego wystąpienia prezydent Ahmadineżad ogłosił, że uwolni brytyjskich zakładników, władze w Londynie wydawały się całkowicie zaskoczone. Przez pewien czas premier Blair nie potrafił się zdecydować, czy obwiniać Iran za uprowadzenie marynarzy czy jakoś zareagować na wspaniałomyślny gest państwa, które próbowało udowodnić, że jest pojednawczo nastawione do świata. Chociaż było powszechnie wiadomo, że Iran przeprowadził propagandową manipulację, u wielu ludzi powstało wrażenie, że nie jest to kraj, który można by zaliczyć do osi zła. Takim samym karygodnym niezdecydowaniem brytyjskie władze wykazały się u siebie w kraju. Partia Pracy Tony'ego Blaira ma bez wątpienia spore zasługi dla gospodarki i przedsiębiorczości. Być może dlatego zachowanie marynarzy dobrze wpisało się w klimat wykorzystywania każdej okazji do zrobienia biznesu. Skoro rynek i liberalna gospodarka opierają się na wolnej konkurencji, dlaczego prawo do sprzedaży swoich pamiętników mieliby jedynie ministrowie i politycy? Otrzymujący mizerne wynagrodzenie żołnierze postanowili więc wykorzystać to, że za opowieść o przeżyciach w irańskiej niewoli ktoś chce zapłacić więcej, niż bylibyw stanie zarobić przez kilka lat ciężkiej służby. Kiedy jednak Faye Turney pierwsza sprzedała swoją opowieść telewizji i gazecie "The Sun", na pławiących się w światłach reflektorów żołnierzy ze wszystkich stron posypały się gromy. Oskarżano ich o to, że są oportunistami. Dowództwu marynarki, które zezwoliło na udzielanie wywiadów, oraz ministrowi obrony, który się temu nie sprzeciwił, zarzucono, że postępują nieprofesjonalnie, podważają morale armii i odbierają jej godność. Wciągu kilku godzin rząd całkowicie zmienił zdanie, a minister obrony Des Browne ogłosił, że żołnierze służby czynnej nie mają prawa udzielać wywiadów mediom za pieniądze. Ale mleko już się rozlało. Honoru armii nie ratuje nawet to, że słynny generał sir Richard Dannatt od początku podkreślał, że nigdy nie pozwoli podlegającym mu żołnierzom na występy w mediach. W Wielkiej Brytanii panuje teraz atmosfera wzajemnego obwiniania. Nie wiadomo, czy premier wiedział o pozwoleniu wydanym żołnierzom. Jeśli nie wiedział, to znaczy, że nie sprawuje wystarczającej kontroli. Ale jeśli wiedział i sam to zaakceptował, to znaczy, że chciał postąpić z brytyjskimi marynarzami podobnie, jak to zrobili Irańczycy, pokazując ich w telewizji i wykorzystując do własnych celów. Przy próbach manipulowania medialną rzeczywistością wystarczy niewielkie potknięcie, aby doszło do katastrofy. I w ostatnich dniach w brytyjskiej polityce z taką katastrofą mieliśmy właśnie do czynienia. Prof. Rodney Barker jest socjologiem i politologiem w London School of Economics
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL