fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Al Kaida to nie tylko Irak

Na długiej liście amerykańskich zmartwień związanych z Bliskim Wschodem i Azją Południową szczególną uwagę przykuwa już nie tylko Irak i Iran, lecz także cora bardziej niespokojny Pakistan - pisze korespondent "Rzeczpospolitej" w Waszyngtonie
Podczas wczorajszego spotkania w Bagdadzie USA i Iran zgodziły się rozmawiać ze sobą o bezpieczeństwie Iraku. To dobry znak, tym bardziej że prezydent Bush mówił wczoraj o niebezpieczeństwie, jakie wciąż stanowią komórki al Kaidy w Iraku. Ale uwaga waszyngtońskich ekspertów od bezpieczeństwa kieruje się w ostatnich dniach gdzie indziej.
Powód: raport wywiadu USA, z którego wynika, że al Kaida rozwija się w górzystych terenach plemiennych w północno-zachodnim Pakistanie. Jesienią 2006 roku, po poniesieniu przez wojska rządowe próbujące objąć kontrolę nad terenami plemiennymi poważnych strat, rząd w Islamabadzie poszedł na ugodę z tamtejszymiprzywódcami. W zamian za wycofanie wojsk i wypłatę odszkodowań dla rodzin ofiar walk Islamabad uzyskał obietnicę, że północne plemiona przestaną wspierać al Kaidę. Zawieszenie broni było reklamowane przez pakistańskiego przywódcę Perweza Muszarrafa jako sukces w walce z terroryzmem, ale waszyngtońscy analitycy nie mają wątpliwości, że było jedynie usilnie kamuflowaną porażką. To w próżni powstałej w jego wyniku odbudowali swą siłę fundamentaliści. Waszyngton przygląda się temu z coraz większym niepokojem. W ostatnich sześciu latach pomoc USA dla rządu Muszarrafa przekroczyła dziesięć miliardów dolarów, a efektów wciąż nie widać. Kolejni wysocy rangą przedstawiciele amerykańskich władz - z wiceprezydentem Dickiem Cheneyem i szefem Pentagonu Robertem Gatesem na czele - odwiedzali ostatnio Islamabad, nakłaniając Muszarrafa do zdecydowanych działań.
Sytuacja pakistańskiego prezydenta jest jednak trudna. Jego konflikt z Sądem Najwyższym, a także niedawne oblężenie Czerwonego Meczetu przez wojska rządowe dowodzą, że prezydent, który objął władzę w wyniku wojskowego przewrotu w 1999 roku, stąpa po cienkiej linie. Dla jednych jest uzurpatorem, który niszczy pakistańską demokrację, dla drugich bezbożnym sługusem Ameryki. W niedzielnym wywiadzie telewizyjnym główna doradczyni prezydenta Busha ds. walki z terroryzmem Frances Townsend stwierdziła, że USA nie wykluczają ataku na ośrodki al Kaidy na terenach plemiennych bez konsultacji z Islamabadem. Reakcja rządu Muszarrafa była gwałtowna. Taki amerykański atak w zeszłym roku wywołał gwałtowny wzrost antyrządowych nastrojów. Muszarraf nie może się zgodzić, by społeczeństwo postrzegało go jako amerykańską marionetkę. Z kolei Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na dużą operację wojskową w Pakistanie. Dlatego będą nadal, niecierpliwie, ale i delikatnie, naciskać Muszarrafa, modląc się, by jego rząd nie upadł. Ze względu na amerykańskie bezpieczeństwo czarny scenariusz, jakiego można się obawiać w Iraku (powszechna wojna domowa), blednie przy czarnym scenariuszu pakistańskim. Upadek rządu Muszarrafa i przejęcie władzy przez nienawidzących Ameryki fundamentalistów oznaczałyby dla Ameryki ogromne zagrożenie. Pakistan ma bowiem nie tylko broń atomową, ale i rakiety do jej przenoszenia.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA