fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Ciemne strony prawniczych spraw

George Clooney jako cyniczny nowojorski prawnik
Monolith
O współczesnym Hollywoodzie i George'u Clooneyu opowiada w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Tony Gilroy, reżyser filmu "Michael Clayton"
Billy Wilder mawiał, że reżyser nie musi umieć pisać, ale powinien umieć czytać. Zaczął więc sam reżyserować, gdyż nie mógł znieść, że jego scenariusze były wypaczane i spłycane. Czy pan stanął za kamerą z tego samego powodu?
Tony Gilroy: Pewnie tak. Praca scenarzysty jest w Hollywood doskonale opłacana, ale i ogromnie rozczarowująca. To zabrzmi jak banał, ale teksty są często zmieniane w czasie zdjęć i montażu tak, że gubią się akcenty i puenty. Zdarza się, że człowiek nie poznaje historii, którą sam wymyślił. Akcja "Adwokata diabła" nakręconego przez Taylora Hackforda według pańskiego scenariusza toczyła się wśród nowojorskich prawników. W pana reżyserskim debiucie "Michaelu Claytonie" znów mamy bohatera, który jest prawnikiem z dużej kancelarii, broniącym interesów swoich klientów, nawet tych nieczystych. To środowisko pana fascynuje?
Może nie tyle środowisko, co problemy, które się w nim rodzą. Ambiwalencja moralna, uzależnienie od własnej kariery i interesów firmy, prowadzące do tego, że przestajemy sobie zadawać podstawowe pytania. A gdy trzeźwiejemy, często jest już za późno. To chyba największa porażka, jaka może nam się w życiu przydarzyć.. Czy w dzisiejszym Hollywoodzie jest łatwiej niż kiedyś zebrać pieniądze na trudny, artystyczny film? Może trochę. Wybitne filmy powstawały w wielkich studiach w latach 70., a dzisiaj obrazy takie jak "Syriana" czy "Good Night and Good Luck" są wyjątkami wśród całej masy komercji. Co więcej, zanikają producenci niezależni. Koszty produkcji i promocji filmów idą tak drastycznie w górę, że coraz trudniej im wiązać koniec z końcem. Minimalna suma, jaką muszą dysponować na profesjonalnie zrobiony obraz, w którym pojawi się kilku przyzwoitych, a nie trzeciorzędnych aktorów to 20 – 30 mln dolarów. I jeszcze drugie tyle na promocję, żeby ktokolwiek film obejrzał. Jak zebrał pan pieniądze na "Michaela Claytona"? To długa historia. Pracowałem dla studia Castle Rock, ale jego szefowie spodziewali się pasjonującego, ale też dość łatwego thrillera. Byli niezadowoleni ze scenariusza. Dlatego zabrałem tekst. Wtedy pojawił się na horyzoncie Sydney Pollack, który chciał wyreżyserować "Michaela...". Wiedziałem jednak, że muszę go nakręcić sam. Sydney to zrozumiał, co więcej, skontaktował mnie ze Stevenem Soderberghiem, który zapalił się do tego projektu. I namówił do zagrania głównej roli George'a Clooneya? To nie było takie proste. Scenariusz pisałem z myślą o nim, ale jak Clooney go przeczytał, odpowiedział, że tekst jest interesujący i nawet sam by go chętnie przeniósł na ekran, jednak z reżyserem debiutantem nie chce pracować. Potem dwa lata zbieraliśmy pieniądze na produkcję, a ja cały czas zabiegałem o spotkanie z George'em. Wreszcie udało się. I to był przełom. Spotkaliśmy się o 9 rano i gadaliśmy przez 11 godzin. Okazało się, że strasznie dużo nas łączy. Mamy podobny gust, lubimy podobne obrazy, czytamy podobne książki. A jak George Clooney przyjął rolę, wszystko dalej już poszło szybko, natychmiast pojawiły się też pieniądze. Jak wyglądała współpraca z nim? To najbardziej zapracowany człowiek, jakiego w życiu spotkałem. Montował swój własny film, promował na świecie "Syrianę", kręcił "Dobrego agenta". Prawdę powiedziawszy, zastanawiałem się, czy on w ogóle ma czas na sen. Tabloidy kreują go na faceta, który spędza czas głównie na randkach z kolejnymi kobietami. To "głównie" jest oczywistą bzdurą. Ale prawdą jest, że George znajduje czas na życie towarzyskie. Jak on to robi – nie wiem. Żyje nieprawdopodobnie intensywnie. Czy po doświadczeniu z "Michaelem Claytonem" rozumie pan lepiej reżyserów? Jestem w stanie docenić ich fantastyczną robotę, ale też jeszcze bardziej drażni mnie każda niedoróbka.Będzie pan dalej pisał scenariusze dla innych? Powstanie na przykład czwarta część Bourne'a? Przystępując do pracy nad "Tożsamością Bourne'a", nie planowaliśmy serii. Gdyby tak było, nie zabilibyśmy profesora granego przez Clive'a Owena. Kiedy producenci zaproponowali mi napisanie drugiej części, przez kilka dni zastanawiałem się, czy nie udałoby się tego bohatera wskrzesić. Niestety, było to niemożliwe. Zrobiliśmy jeszcze dwie części, ale teraz to już chyba naprawdę koniec. Poza tym nigdy nie pracuję jednocześnie nad dwoma projektami, a teraz pochłania mnie praca nad scenariuszem "Duplicity". Piszę go dla siebie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA