fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Niewolnicy od Zary

AP
Władze oskarżyły koncern odzieżowy o korzystanie z pracy niewolniczej
Prokuratura postawiła hiszpańskiemu koncernowi Inditex Group, do którego należy Zara, w sumie 52 zarzuty. Chodzi o złe warunki pracy i zbyt niskie pensje, które miał wypłacać pracownikom lokalny brazylijski dostawca. Wcześniej policja uwolniła z fabryki w Sao Paulo 15 robotników, w większości imigrantów z Peru, Boliwii i Paragwaju. Wszyscy przebywali w Brazylii nielegalnie.

7 centów za T-shirt

Robotnicy pracowali 16 do 18 godzin, od poniedziałku do soboty, ściśnięci na kilku metrach kwadratowych w słabo oświetlonych mieszkaniach, w których nie ma toalet i ciepłej wody. Za każdy uszyty sweter czy T-shirt marki Zara otrzymywali od 7 do 12 centów (20 do 40 groszy). Miesięcznie zarabiali równowartość 460 – 838 zł, podczas gdy płaca minimalna w Brazylii wynosi ok. 990 zł.
Inditex po raz pierwszy został oskarżony o wykorzystywanie pracy niewolniczej. Większość ubrań firma produkuje bowiem wciąż w Hiszpanii i Portugalii. Kierownictwo koncernu nie poczuwa się do winy i spycha odpowiedzialność na dostawcę. Równocześnie obiecało, że wypłaci robotnikom rekompensaty. „Zwiększymy nadzór nad dostawcami i poprawimy warunki pracy" – głosi oficjalny komunikat koncernu.
Inditex ma w Brazylii ok. 50 dostawców, którzy zatrudniają ponad 7 tysięcy osób. „Nie da się ich wszystkich kontrolować" – twierdzi koncern, który należy do Amancio Ortegi, najbogatszego Hiszpana i zarazem jednego z najbogatszych ludzi na świecie.
– To, że firma nie poczuwa się do winy, nie dziwi mnie. Z niewolniczej pracy korzysta dziś większość koncernów odzieżowych. Bez niej ubrania byłyby o wiele droższe – mówi „Rz" Dominique Müller z organizacji Clean Clothes Campaign w Holandii. Według niej kryzys ekonomiczny doprowadził do  tego, że do Brazylii masowo przybywają imigranci z o wiele biedniejszej Boliwii, którzy są gotowi pracować prawie za darmo. – To, co dostają, to dla nich i tak sporo – twierdzi Müller.

Zalety sweat-shopów

Wiele koncernów odzieżowych z powodów wizerunkowych zerwało już współpracę z dostawcami wyzyskującymi pracowników. M.in. GAP, Nike i Reebok. GAP zmienił swą strategię w 2007 r. po tym, gdy brytyjski „Observer" ujawnił, że partię dziecięcych ubranek z bożonarodzeniowej kolekcji firmy w niewolniczych warunkach szyły indyjskie dzieci.
Na liście firm korzystających dziś z tzw. sweat-shopów (sweat – z ang. pot) sporządzonej przez Międzynarodowe Forum Praw Pracowniczych (ILRF) znajdują się wciąż m.in. Ikea i Walmart, a większość z ok. 20 mln osób zatrudnionych w przemyśle odzieżowym zarabia średnio ok. 10 centów (30 groszy) na godzinę. Niektórzy ekonomiści uważają jednak, że sweat-shopy mają też zalety. Gwarantują najbiedniejszym dochody, na które inaczej nie mogliby liczyć. W fabrykach w  Hondurasie robotnicy zarabiają ok. 30 złotych dziennie, podczas gdy ponad 40 proc. mieszkańców kraju ma dziennie do dyspozycji równowartość mniej niż 6 złotych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA