fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Willa na Piłsudskiego

Rzeczpospolita
Dom znajdował się na krańcach miasteczka. Tu już ulica Piłsudskiego zamieniała się w wyboistą drogę między polami i gliniankami. Dalej były tory, które oddzielały Włochy od Woli.
Dom był piętrowy, płaski z werandą i tarasem, duże, weneckie okna, przeszklone drzwi. Surowa, geometryczna bryła w kolorze piaskowym. Nowoczesne budownictwo z lat 30. Przy bramie wyjazdowej garaż, mała oficyna z tyłu, wokół ozdobne krzewy, srebrne świerki, modrzewie. Takie domy nazywano u nas pałacykami, willami. Było ich niewiele. Willa pana Hawliczka, dyrektora fabryki. Dom znanego doktora. Fantazyjny pałacyk w parku. Może jeszcze malowniczy dworek o spadzistym dachu, z gankiem wspartym kolumienkami na ulicy Sejmowej. Tam mieszkał znany tłumacz literatury rosyjskiej i po wojnie często spoglądałem przez szczeliny w płocie na starszego pana siedzącego w fotelu pod wielkim, rozłożystym drzewem. Okryty pledem pisał coś na kolanach, odrzucając zapisane kartki na trawę. (...) Może stamtąd przyszły pierwsze impulsy do pisania?
Jednak nade wszystko utkwiła mi w pamięci willa na ulicy Piłsudskiego. Jako kilkuletni chłopak szedłem tamtędy w piękny, letni dzień i posłyszałem wesołe głosy, śmiech. Zatrzymałem się i patrzyłem przez siatkę otaczającą ogród na zabawę dwojga dzieci: chłopca i dziewczynki. Podrzucali piłkę. Zaprosili mnie dozabawy. – No, idź – ojciec popchnął mnie lekko.
Niepewnie otworzyłem furtkę i dziewczynka rzuciła piłkę w moją stronę. Odrzuciłem. Zaczęła się gra w dwa ognie. Te wille, pałacyki, jak mówiono u nas, wyróżniały się urodą w miasteczku, gdzie domki były pokraczne, parterowe, budowane w większości nakładem własnej pracy przez robotników z fabryki Polo, Ortweina, Hawliczka oraz tramwajarzy i kolejarzy. A wśród tej niskiej, biednej zabudowy sterczały tu i ówdzie kamienice czynszowe, zwane pekinami. Podczas okupacji niemieckiej mieszkańcy willi na Piłsudskiego (tak samo jak willi pana Hawliczka czy pałacyku w parku) zostali usunięci i mieściła się tam siedziba żandarmerii, później zaś stacjonował sztab złowrogiej formacji w czarnych mundurach ze srebrnymi błyskawicami i trupimi główkami na wysokich, okrągłych czapkach. Po Niemcach willa była zajęta kolejno przez wojsko sowieckie i polskie; wreszcie rozgościł się w niej powiatowy Urząd Bezpieczeństwa i przed bramą posesji stał wartownik w mundurze, z pepeszą przewieszoną przez pierś. Przechodząc w pobliżu, zawsze zwalniałem nieco kroku i wpatrywałem się w ciemne, piwniczne okienka okryte gęstą, drucianą siatką. Piwnica powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa zyskała złą sławę i dużo się o niej dowiedziałem ze ściszonych rozmów moich rodziców z ciotką Stefą, która spędziła tam kilka miesięcy, osadzona w śledztwie pod zarzutem handlu złotymi dolarami i rublami, „świnkami”, jak powszechnie mówiono. Była wychudzona, szara. Ta rosła, urodziwa kobieta zaraz po wyjściu z piwnicy urzędu wyglądała na staruszkę. Opowiadała o dwóch innych kobietach, z którymi siedziała w celi. Jedną bili, zarzucając jej szpiegostwo. Druga była w organizacji. Tak powiedziała ciotka. Też ją bili. I jeszcze wspominała o kluczniku podatnym na pokusy. Przynosił im jedzenie. Zgodził się nawet przekazać grypsy do bliskich. Zapłatą za jego życzliwość był złoty ząb. Ten ząb przy pomocy swoich towarzyszek niedoli ciotka Stefa wyrwała sobie własnoręcznie z dolnej szczęki. Miała zamiar usuwać następne. Tylko już nie zdążyła, gdyż szczęśliwym zrządzeniem opatrzności wypuszczono ją na wolność. Wkrótce w komitecie rodzicielskim szkoły mego ojca znalazł się major Z. Przybył z innego miasta i dwóch jego synów zaczęło uczęszczać do szkoły na Parkowej. Major Z., z baretkami odznaczeń na piersi mundurowej kurtki, codziennie jeździł kolejką EKD do Warszawy. Pracował w ministerstwie na Koszykowej. Wieczorami rodzice zazwyczaj siadywali przy dużym stole w pokoju stołowym, poprawiając klasówki i przygotowując się do zajęć lekcyjnych na następny dzień. Rozmawiali przy tym o różnych sprawach. Matka ze szczególnym naciskiem zajmowała się osobą majora. Akurat został wybrany na przewodniczącego komitetu rodzicielskiego i raz nawet był z wizytą w naszym domu. Matka radziła ojcu uważać na tego majora. – To przecież ubowiec! – powtarzała dramatycznym głosem. Ojciec sprawę wyraźnie bagatelizował. – Daj spokój – opędzał się łagodnie. – Przesadzasz. I przekonywał matkę, że jego sprawy z majorem dotyczą jedynie dydaktyki i jej funkcji w nauczaniu. Właściwie był zadowolony, że wśród rodziców znalazł się człowiek tak energiczny i społecznie zaangażowany. „Różne gabinety stoją przed nim otworem” – mówił i wyliczał nazwy ważnych instytucji, gdzie major mógł łatwo dotrzeć. Pewno oczyma wyobraźni widział szansę dla szkoły. Tu można uzyskać przydział niezbędnych pomocy naukowych do pracowni fizycznej. tam materiały budowlane potrzebne do wykończenia sali gimnastycznej. Gdzie indziej znów możliwość zwiększenia funduszu na dożywianie dzieci. Matka stukała się palcem w czoło. Dopiero po latach pojąłem głęboki sens przestróg matki. Przecież ojciec z całą swą naiwnością starego społecznika i pedagoga nie pasował do czasów, które wtedy nastały.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA