fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wojciech Sadurski polemizuje z Piotrem Zarembą o Jedwabnem

Fotorzepa, Justyna Cieślikowska
„Zły wybór” jako określenie spalenia 300 ludzi żywcem w stodole to eufemizm stulecia – z Piotrem Zarembą o sprawie Jedwabnego polemizuje publicysta
Pan redaktor Piotr Zaremba się zasmucił. „To smutne wydarzenie" – napisał o liście prezydenta Bronisława Komorowskiego w 70. rocznicę zbrodni w Jedwabnem („Polacy nie są współsprawcami Holokaustu", „Rz", 11.07.2011 r.). Dlaczego list prezydenta zasmuca redaktora? Bo prezydent, „składając hołd ofiarom z Jedwabnego", nie „wyznaczył granic polskiego samooskarżania się". Nie powiedział, smuci się redaktor Zaremba, że „nie jesteśmy narodem zbrodniarzy".
Czy rzeczywiście? Jeśli przeczytać list prezydencki, trudno sobie wyobrazić apologię, która mogłaby być bardziej inkrustowana zastrzeżeniami, najwyraźniej napisanymi w intencji, by ktoś nie przypisał prezydentowi jakiegoś narodowego „samooskarżania się". List przypomina, że wielu Polaków w czasie wojny niosło pomoc Żydom, często płacąc za to życiem. List podkreśla, że zbrodniarze z Jedwabnego „sprzeniewierzyli się Rzeczypospolitej". List zapewnia, że „przyznanie się do tej winy nie przekreśla polskiej martyrologii i polskiego bohaterstwa w walce z niemieckim i sowieckim okupantem". List przestrzega przed „relatywizacją win i wywróceniem proporcji w ocenie historycznych zasług i grzechów". Doprawdy, trudno wyobrazić sobie, co jeszcze mógłby prezydent napisać, by nie zasmucić redaktora Zaremby, który w swym żalu nieutulony, przypomina słusznie, choć bez związku, że „Polacy nie są współsprawcami Holokaustu".

Powszechne przepraszanie

Zostawmy jednak skłonnego do teatralnego zasmucania się redaktora Zarembę – i cały zastęp internetowej gawiedzi oburzonej w przewidywalny sposób na list prezydenta Komorowskiego – i zastanówmy się przez chwilę, czy rzeczywiście takie przeprosiny są nie na miejscu.
Bo nie są one czymś odosobnionym ani osobliwym we współczesnym świecie. Japończycy w ostatnich latach zostali skłonieni do wielu oficjalnych przeprosin za II wojnę światową – np. cesarz Akihito w czasie oficjalnej wizyty państwowej w Wielkiej Brytanii wyraził „głęboki żal i ból z powodu cierpień wojennych". Kongres Stanów Zjednoczonych przyjął kilka lat temu uchwałę przepraszającą mniejszość japońskiego pochodzenia w USA za to, że w czasie II wojny światowej w zachodnich stanach (zwłaszcza w Kalifornii) Amerykanów japońskiego pochodzenia internowano tylko dlatego, iż obawiano się ich nielojalności wobec państwa.
Lęk przed rzekomą japońską „piątą kolumną" spowodował, że sama przynależność etniczna decydowała o internowaniu – a Sąd Najwyższy w haniebnych wyrokach „Hirabayashi" i „Korematsu" te decyzje o internowaniu zatwierdził jako konstytucyjne.
Laburzystowski rząd w Australii przeprosił Aborygenów za prowadzoną przez całe dziesięciolecia praktykę odbierania im dzieci, by przekazać je na wychowanie białym rodzinom albo umieścić w sierocińcach prowadzonych przez instytucje religijne. Jeszcze wcześniej, w roku 1999, australijski parlament przyjął rezolucję wyrażającą „głęboki i szczery żal" z powodu niegodziwości popełnionych wobec Aborygenów...
A przecież wszyscy ci, których owe polityczne deklaracje reprezentowały: dzisiejsi Amerykanie, Japończycy czy Australijczycy, mogliby powiedzieć: „Nie w moim imieniu! Ja Japończyków nie internowałem, Aborygenów nie prześladowałem, jeńców wojennych nie katowałem". Mogliby wraz z redaktorem Zarembą zasmucić się, że ich władze przepraszają w imieniu „całego narodu".

Nie chodzi o winę

Ale zarzut odpowiedzialności zbiorowej, rzekomo implikowanej przez takie oficjalne przeprosiny, jest nietrafny. Nie o odpowiedzialność tu bowiem chodzi, nie o winę – ale o wstyd. Jeśli mamy prawo czuć dumę ze wspaniałych wydarzeń z naszej przeszłości, choć przecież osobiście do nich się nie przyczyniliśmy, to musimy również czuć wstyd z powodu działań haniebnych naszych rodaków. Ojczyzna jest bowiem całością niepodzielną. Nie da jej się wypatroszyć, tak by zostały z niej tylko smaczne kąski. Jest wszystkim: także tym, co nas zawstydza – choć nie mamy powodu czuć się za to odpowiedzialni.
Przeciwieństwem winy jest zasługa; przeciwieństwem dumy jest wstyd. Nie musimy odżegnywać się od dumy z tego, co w naszej historii wielkie: nawet redaktor Zaremba w swym krótkim tekście wspomina ciepło „o dobrych stronach naszej historii, mężnych czynach, aktach sprzeciwu". Ale jeśli chce mieć prawo do dumy z tych faktów, do których przecież nie przyczynił się osobiście jakimś własnym heroizmem, to może także przyjąć na siebie odrobinę wstydu. Nie musi – ale może; czy to uczyni, zależy tylko od jego moralnej wrażliwości.

W czyim imieniu

Wielkie stęknięcie, jakie przeszło przez polski Internet na wieść o liście prezydenta Komorowskiego, jest niczym w porównaniu z reakcjami polskiej prawicy na pierwsze polskie prezydenckie przeprosiny w Jedwabnem: te wypowiedziane przez prezydenta Kwaśniewskiego w 2001 roku. A przecież Kwaśniewski był wówczas jeszcze ostrożniejszy niż dziś prezydent Komorowski. Powiedział wtedy, że czyni to „w imieniu swoim i tych Polaków, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią". Ten przemyślny chwyt retoryczny powinien był uspokoić tych wszystkich, których sumienie nie było tym poruszone albo którzy – jak ktoś złośliwie wówczas napisał – byli tym wydarzeniem ukontentowani. Ale nie uspokoił.
Dziś obecny prezydent wybrał inną formułę: przy wszystkich patriotycznych zastrzeżeniach, wyżej zacytowanych, Bronisław Komorowski wypowiedział to jedno zdanie, którego nie podaruje mu prawica: „Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą". Jakim sprawcą? – zatrząsł się z oburzenia Internet. A zasmucony redaktor Zaremba przypomina, że „jako naród" Polacy nie są współsprawcami Holokaustu (to prawda), „nawet jeśli jako jednostki czy grupy dokonywali złych wyborów". „Zły wybór" jako określenie spalenia 300 ludzi żywcem w stodole to eufemizm stulecia, choć przecież można by to nazwać jeszcze delikatniej, np. jako „niefortunna decyzja". Ale sednem sprawy jest przypisanie owego „złego wyboru" całemu narodowi, a nie „jednostkom czy grupom".
No oczywiście: cały naród nie mordował. Ale cały naród nie morduje nigdy. Naród jest abstrakcją: jest wyrazem miłości do naszej historii i wspólnoty. Podłych czynów zawsze dokonują jednostki, nigdy naród. Ale jeśli nie mamy w sobie tyle poczucia grupowej tożsamości, by z powodu zbrodni popełnionych przez naszych współplemieńców odczuwać wstyd – i upoważniać naszych demokratycznych reprezentantów, by wyrażali za nie przeprosiny – jak możemy czuć dumę z jego wielkości, osiągnięć i cnót? Jak można szczycić się Janem Pawłem II, jeśli nie jesteśmy w stanie wstydzić się z powodu Laudańskiego czy Karolaka – morderców z Jedwabnego?
Autor jest profesorem filozofii prawa Uniwersytetu Sydnejskiego, a także profesorem Akademii Leona Koźmińskiego i Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA