fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Barbara Fedyszak-Radziejowska o PO i PiS

Barbara Fedyszak-Radziejowska
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Rzecz w tym, by lewicowa PO przestała udawać kogoś innego, niż jest w istocie, a PiS przestało się wstydzić swojej centroprawicowej, także ludowej, tożsamości – uważa socjolog
Podobno istnieje różnica zdań między zespołami "Gazety Polskiej" i "Uważam Rze" w dobieraniu historycznych analogii do naszej dzisiejszej sytuacji. Zdaniem Rafała Ziemkiewicza zespół "Uważam Rze" preferuje czasy Augusta III Sasa, gdy polska szlachta, czyli elita, dla uproszczenia nazwana zdziczałą, wielbiła króla za to, że pozwalał "jeść, pić i popuszczać pasa". Ówczesne grillowanie zakończyło się upadkiem polskiego państwa. Jeśli ta analogia jest trafna, mamy przed sobą jakieś 100 lat braku suwerenności i czwartą wojnę światową, bez której, rzecz jasna, nie odwrócimy biegu wydarzeń.
Jeśli racja jest po stronie zespołu "Gazety Polskiej", któremu podobno obecna sytuacja najbardziej przypomina czasy późnego Gierka, to czeka nas kolejna edycja Komitetu Obrony Robotników, który strajkującym przeciw drożyźnie stoczniowcom (jeśli jakaś stocznia będzie jeszcze budować statki) pomoże usiąść z władzą przy okrągłym stole. Co przyniesie nam wolność i demokrację na miarę lat 90. Chocholi taniec od późnego Gierka do późnego Gierka, z okrągłym stołem pośrodku, będziemy tańczyć przez następne 20 lat.

Raz zdobytej...

I w jednym, i w drugim przypadku nasza przyszłość nie rysuje się zbyt radośnie. Zapowiada grillowanie przy niekończącej się debacie o polskiej historii, mentalności i polskim fatum. Po co zmieniać coś, czego zmienić się nie da? Będzie jak będzie. W końcu nie wszystkie narody są na tyle dojrzałą wspólnotą polityczną, by utrzymać własne państwo, skutecznie chroniąc interesy swoich obywateli.
A jeśli to nie fatum, tylko błędy lub świadome działanie konkretnych ludzi, środowisk i elit? Przecież nie wszyscy filozofowie głoszą historyczny determinizm, podobnie jak nie wszyscy socjologowie wierzą w narodowe wady. Gdyby polska niemożność była równie przemożna i nieuchronna jak rosyjska mocarstwowość czy niemiecka pycha, to rzeczywiście w tym miejscu Europy pozostaje nam tylko grillowanie i narzekanie na sąsiadów.
Chyba że polska niemożność to tylko stereotyp ułatwiający rządzenie Polakami...
Co dzisiaj decyduje o naszej sytuacji? Odpowiedziałabym tak: po pierwsze – profesjonalizm wyrosłych z PRL środowisk, by "raz zdobytej władzy nie oddać" i przekazać ją wybranym przez siebie następcom (przy pozorach demokracji), a po drugie – uwarunkowane przeszłością problemy z zabudowaniem demokratycznej sceny politycznej w funkcjonalny sposób. To dlatego tak skuteczne są kłamstwo i maskarada. Im bardziej nasza scena polityczna przypomina teatr, tym większe oklaski zdobywają kostiumy i maski (przepraszam za tę przypadkową rymowankę).

Podzieleni na trzy

Historia XIX i XX wieku nie ułatwiła nam zadania zbudowania sprawnej demokracji. Gdy inni budowali siłę swoich państw i trwałe formacje polityczne, my byliśmy zajęci zachowaniem tożsamości narodowej i planami odzyskania własnego państwa. Podzieleni "na trzy", poddani trzem różnym władcom i systemom, z trudem, bo wbrew nawykom i interesom części polskich elit współpracujących z zaborcami, niemal cudem i politycznym geniuszem innych elit odzyskaliśmy niepodległość na 20 lat.
Po czym, gdy inni po II wojnie tworzyli nowoczesne, liberalne demokracje z normalnymi partiami politycznymi, my, ponownie pozbawieni suwerenności, własnego państwa i demokracji, szukaliśmy sposobu wyplątania się z matni komunizmu i dominacji ZSRR, w którą wplątali nas inni. "Inni" to nie tylko europejskie mocarstwa, lecz także część polskiego społeczeństwa akceptująca brak demokracji i niepodległości w imię "komunizmu". Wyrastamy z takiej a nie innej rzeczywistości i z nią musimy sobie radzić.
Jak twierdzą Stein Rokkan i Seymour Martin Lipset, podziały społeczne i współczesne partie polityczne powstawały w odpowiedzi na wydarzenia XIX wieku i towarzyszące im spory cywilizacyjne; reformację, demokratyczno-narodowe rewolucje oraz rewolucję przemysłową. Spór toczył się między protestantami, katolikami oraz ich Kościołami a władzą, między "klasami" i warstwami społecznymi czasu industrializacji, urbanizacji i swoistej "proletaryzacji" społeczeństw.
W Polsce było podobnie, tyle że brak własnego państwa nakładał na wszystkie ruchy polityczne (socjaliści, partie ludowe, narodowe) podstawowy obowiązek – budowania tożsamości narodowej, i to raczej we współpracy, a nie w konflikcie z Kościołem. Jedynie komuniści nie dostrzegali takiej powinności ani wobec Polski, ani wobec Kościoła. Dodajmy, że obca im była także myśl o demokracji.
Nic dziwnego, że dla Polaków znacznie bardziej epokowym niż opisane przez Lipseta i Rokkana wydarzeniem kształtującym współczesną polityczną samoświadomość było doświadczenie komunistycznego totalitaryzmu. Pisze o tym Mirosława Grabowska w znakomitej, chociaż zdumiewająco rzadko cytowanej analizie społecznych źródeł politycznej sceny w III RP "Podział postkomunistyczny.
Społeczne podstawy polityki w Polsce po 1989 roku". Grabowska zwraca uwagę na kluczowe znaczenie podziału społecznego wyrażającego stosunek do komunizmu. Jej zdaniem wyniki sondaży z lat 90. pokazują, że demokracja pierwszych kilkunastu lat III RP zbudowana została na rywalizacji dwu sił politycznych i konsekwentnie głosujących na nie "pasm" wyborców: postkomunistycznego i postsolidarnościowego.

Przywiązani do twarzy

Wyborcy przyzwyczajeni do twarzy i życiorysów ludzi PRL wybierali polityków SdRP i SLD praktycznie do 2005 roku. Wyborcy wierni tradycji i ludziom NSZZ "Solidarność" widzieli w niej gwaranta demokratycznej i niepodległej oraz niekomunistycznej (!) Polski, głosując na partie postsolidarnościowe niezależnie od tego, jaką w danym momencie nosiły nazwę. I tak "pasmo" postkomunistyczne i "pasmo" postsolidarnościowe, będąc w swoistej równowadze, tworzyły w miarę funkcjonalną demokrację.
Jednak swoista "renta" rodem z PRL, profesjonalizm oraz poparcie postsolidarnościowych przyjaciół (?) sprawiały, że to postkomuniści do 2005 roku rządzili realnie oraz formalnie częściej i skuteczniej. Ale nawet oni musieli (!) się liczyć z rywalami. Mieli bowiem pewność, że prędzej czy później chociaż na chwilę, na jedną kadencję mogą stracić władzę i "solidaruchy" sprawdzą, jak rządzili. Więc wprowadzili nas do NATO i UE, a nawet wykonali (Leszek Miller) gest w stosunku do płk. Ryszarda Kuklińskiego. W ten sposób zdobywali wiarygodność także w oczach "pasma" postsolidarnościowego, zwiększając swoje szanse na kolejną kadencję.
Aż "stała się" afera Rywina, gdy osobiste ambicje rządzących i przekonanie, że będą u władzy do skończenia świata, zakłóciły lojalną współpracę polityczną. Pomysł "trzymających władzę", że "złapią" kogoś takiego jak Adam Michnik na haczyk propozycji: "Polsat za łapówkę", dowodzi, że postkomunistyczna pycha jest taka jak wszystkie inne.

Krótkie olśnienie

To przyjaciele z postsolidarnościowej strony musieli ratować sytuację. Okazali się profesjonalistami i politykami znacznie większego formatu. Zapewnili i sobie i "ludziom trzymającym władzę" wygaszenie szkodliwego sporu i "miękkie lądowanie". Ujawniona przez Michnika propozycja "łapówki" okazała się szaleństwem jednej osoby. Nikt inny nie poniósł za nic odpowiedzialności zarówno w sensie prawnym, jak i – w dłuższej perspektywie – w sensie politycznym.
Jednak to wydarzenie okazało się brzemienne w skutki. Wyborcy, a dokładniej świadomy i obywatelski demos zobaczył przez chwilę "postpolitykę" bez kostiumów i masek. Owocem tego krótkiego olśnienia było odejście wyborców od prostej kontynuacji postkomunistycznego skrzydła establishmentowej władzy. Podział na postkomunę i postsolidarność nie miał przyszłości w demokratycznym państwie, musiał wcześniej czy później odejść. Wiedziała to doskonale lewica, szukając w kolejnych mutacjach i uniach z postsolidarnościowymi środowiskami skupionymi wokół "GW" lepszej wersji na władzę i przetrwanie.
Tak pojawiła się szansa na demokrację, w której równowagę polityczną między rządzącymi i opozycją parlamentarną zapewniają partie o solidarnościowych korzeniach. Co powinno (!) oznaczać brak zgody na komunizm, autorytaryzm i niesuwerenność Polski. W 2005 roku te dwie postsolidarnościowe partie rywalizowały według specyficznych dla Polski, ale "trzymających" współczesne kryteria podziału na prawicę i lewicę, programów.

Historia maskarady

W szranki stanęło "solidarne państwo", odpowiedzialne za tradycję, za słabszych, za wartości chrześcijańskie, za suwerenność i przyszłość oraz "liberalne społeczeństwo obywatelskie", przekazujące odpowiedzialność za gospodarkę, wartości i pozycję Polski na arenie międzynarodowej "wolnej grze sił". W 2005 roku wygrała Polska solidarna.
Dlatego walka z "kaczystami" toczyła się w latach 2005 – 2007 pod pozornie intelektualnym zawołaniem: Polska jest zarówno solidarna, jak i liberalna. W praktyce – ani taka, ani taka. Władzę miało sprawować swoiste uniwersum, elita mieszcząca w sobie wszystko, co najlepsze, od lewa do prawa, od solidarnego do liberalnego państwa. Wszystkoizm nie jest jednak politycznym programem w demokracji. To tylko dobrze sprzedający się projekt na władzę niekontrolowaną, bo uniwersum wyklucza rywalizację i opozycję.
Nie odkrywam tu wielkich tajemnic. Opisuję historię skutecznej maskarady, w której jedni Polacy (czasami zasłużeni i światli) wmówili innym Polakom wyższość braku polityki i partii nad demokratyczną rywalizacją prawicy i lewicy. Przekonali, że mają sens Polska Partia Przyjaciół Piwa, Polska Partia Kobiet i Samoobrona, a nie ruch ludowy współtworzący europejskie partie prawicowe.
Przypomnijmy, że agrarystyczne PSL Stanisława Mikołajczyka sformułowało w latach 1944 – 1948 sprzeczny z celami komunistów pierwowzór programu solidarnego państwa z prywatną własnością ziemi jako gwarancją wolności, z chrześcijaństwem, demokracją i spółdzielczością. W PRL agraryzm brutalnie wytrzebiono, PSL zmieniono w ZSL, które po 1989 roku z partii Mikołajczyka wzięło tylko nazwę.
Maskarada trwa. I chociaż PO zakładano jako partię uniwersalną (konserwatysta, liberalny peerelowiec i solidarnościowy liberał na jednej, obywatelskiej platformie), dzisiaj musi dokonać przechyłu na lewą stronę. Po doświadczeniach 2005 i 2010 roku, a także w konfrontacji z ciągle istniejącym PiS nie może być ostentacyjnie konserwatywna i solidarna. Ale musi nadal udawać, bo w ojczyźnie Jana Pawła II trudno wygrać wybory pod sztandarem obyczajowego liberalizmu.

Czy przestaną  się wstydzić?

Każda partia polityczna potrzebuje władzy i państwa. Liberalna lewica – do przeprowadzenia rewolucyjnych zmian, dzisiaj nie w ramach walki klas, lecz "wojny kulturowej" o wolność aborcji, eutanazji i in vitro, o prawa partnerów do "związków" oraz o szkolną promocję tych praw i wolności. Solidarnościowa prawica potrzebuje państwa do prowadzenia polityki spójności w całej (!) wspólnocie narodowej, polityki historycznej i gospodarczej w imię patriotyzmu oraz edukacji ku tzw. tradycyjnym wartościom, także chrześcijańskim.
Rzecz w tym, by lewicowa PO przestała udawać kogoś innego, niż jest w istocie, a PiS przestało się wstydzić swojej centroprawicowej, także ludowej tożsamości. Chcemy wybierać między czytelnymi programami. Za dzisiejszą maskaradę płacimy demokracją i bardzo kiepskimi rządami źle kontrolowanej władzy.
To nie polskie fatum, tylko spadek po PRL i ukształtowana w przeszłości tożsamość części elit swoiście uzależnionych od zewnętrznego centrum władzy. Tylko tyle i aż tyle.
Autorka jest socjologiem i etnografem. Pracuje w PAN
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA