fbTrack

Publicystyka

Anna Maria Dyner: Białoruś, Rosja - rewolucji nie będzie

Anna Maria Dyner
Rzeczpospolita
Wybuchowi niezadowolenia nie sprzyja charakter nawykłych do wyrzeczeń Białorusinów. Nie leży on także w interesie Rosji – pisze ekspert ds. wschodnich
Białoruś to kraj ludzi wytrzymałych. W każdym innym europejskim państwie w sytuacji ostrej dewaluacji waluty, braku dewiz w kantorach i na rynku międzybankowym oraz szybko rosnącej inflacji ludzie dawno wyszliby na ulice. Na Białorusi wciąż jeszcze jest spokojnie. Przywykli do życia w ciężkich warunkach Białorusini zaciskają zęby i starają się radzić sobie w miarę swoich skromnych możliwości. I tylko z tyłu głowy kołacze się pytanie, jak długo jeszcze wytrzymają nieustanne zaciskanie pasa i kiedy wyładują swą złość na władzach.

Codziennie drożej

Mińsk. Dla jednych miasto słońca, dla innych zwykły socjalistyczny moloch, jakich wiele na obszarze postradzieckim. Ale dla mnie miejsce, do którego wciąż lubię wracać. Jeden z jadących pociągiem Polaków, kiedy docieramy bez opóźnienia, wzdycha: „Daj nam Boże białoruskie koleje". Mróz, śnieg, deszcz, mgła, upał czy nawet kryzys nie wywołują żadnych perturbacji. Dojeżdżamy bez minuty spóźnienia. Tylko pociągiem jedzie dużo mniej ludzi niż zwykle i przeważają obywatele państw Unii, co wcześniej niemal się nie zdarzało. Kantor. Z wymianą waluty problemu nie ma, ale przyjmują tylko całą kwotę. Wielkiej kolejki wprawdzie nie ma, lecz ciągle stoją niewielkie grupki oczekujące na to, aż ktoś dokona wymiany. Wtedy pierwsza osoba z czekających ma prawo wejść do kantoru i daną sumę odkupić. Oprócz dolara i euro popularnością cieszą się rosyjskie ruble, litewskie lity i polskie złote. Za przywiezione dolary dostaję potworną ilość pieniędzy i usiłuję zamknąć portfel. Walka z mnożącymi się białoruskimi banknotami zawsze była trudna, ale teraz wydaje się beznadziejna.
Dziwne, że nie ma cinkciarzy. Okazuje się jednak, że milicja dość wnikliwie patroluje okolice kantorów i takie ryzyko się nie opłaca. Tym bardziej że wcale nie trzeba stać pod kantorem, żeby kupić dolary bądź euro. Transakcji wymiany walutowej po wyższym niż oficjalny kursie można dokonać również w Internecie, gdzie powstały służące temu fora. Sklep z pieczywem. – Codziennie drożej – utyskuje para staruszków i z rezygnacją wkłada do koszyka najtańszy bochenek chleba. – Jak mam przeżyć za tak niską emeryturę? – starszy pan z wyrzutem w głosie pyta sprzedawczynię. Odpowiada mu tylko wzruszeniem ramion. Na zmiany cen pieczywa można by nie zwróć większej uwagi, gdyby nie widok sprzedawczyń, które codziennie pracowicie zmieniają ceny na wyższe. A chleb to dla Białorusinów produkt pierwszej potrzeby, więc i tak drożeje stosunkowo najwolniej. Taksówka. Kierowca wypytuje o możliwości pracy w Polsce i rolę Unii Europejskiej w naszym kraju. – Zadowoleni jesteście z tej całej Unii? – pyta. Kiedy opowiadam o roli funduszy w rozwoju infrastruktury, ciężko wzdycha i dodaje, że kiedyś to Białorusini wozili do Polski towary, a teraz jest na odwrót. Upewnia się też, czy każdy, kto chce pracować, znajdzie w Polsce zatrudnienie.

Finansowe kroplówki

Problemy gospodarcze – takie jak brak waluty i coraz szybciej rosnąca inflacja – są pokłosiem ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej. W jej trakcie Aleksander Łukaszenko nakazał rządowi zwiększenie średniej płacy do kwoty będącej równowartością 500 dolarów i zapowiedział, że żadnej dewaluacji nie będzie. Nieufni takim zapewnieniom Białorusini masowo ruszyli jednak do punktów wymiany walut, w których dość szybko zabrakło dolarów i euro. Dodatkowo, chcąc utrzymać sztucznie zawyżony kurs rubla białoruskiego, Narodowy Bank Białorusi zmuszony był do interwencji walutowych, co w połączeniu z rosnącymi kosztami sprowadzanych z Rosji surowców energetycznych, za które Białoruś płaci w dolarach, spowodowało drastyczny spadek rezerw walutowych i zdestabilizowało rynek. Sytuację pogorszyły jeszcze galopujące ceny żywności i paliw. Białoruskie władze zwróciły się wprawdzie o pomoc finansową do Rosji, ale ta zdecydowała się jedynie na wspomożenie sąsiadki finansową kroplówką w wysokości 3 mld dolarów wypłacaną z antykryzysowego funduszu Euro-Azjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej przez najbliższe trzy lata. Co jest kwotą stanowczo zbyt małą jak na potrzeby Mińska. Kredyt ten nie jest też bezwarunkowy – Białoruś powinna wprowadzić plan reform gospodarczych, w tym sprywatyzować majątek państwowy o wartości 7,5 mld dolarów do 2014 r. Chodzi przy tym o białoruskie perły w koronie – strategiczne przedsiębiorstwa przynoszące najwięcej dochodów budżetowi: właściciela sieci gazociągów Biełtransgaz, rafinerie, producentów nawozów sztucznych czy koncerny mleczarskie, których kupnem zainteresowana jest Rosja. Jednak dla białoruskiego prezydenta sprzedaż największych państwowych firm oznacza poważne osłabienie władzy. Nie mógłby już bowiem zysków z rentownych przedsiębiorstw przesuwać do tych przynoszących straty – takich jak kołchozy. Zmiany właścicielskie przyniosłyby również restrukturyzację i zwolnienia, co musiałoby się przełożyć na wzrost niezadowolenia społecznego. Próbując walczyć o zachowanie resztek niezależności od Rosji, władze w Mińsku zdecydowały się zatem kolejny raz prosić o pomoc Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który w latach 2009 – 2010 pożyczył już Białorusi 3,5 mld dolarów.

Odwieczny sposób na głód

W stolicy w sklepach na razie kryzysu nie widać. Półki ciągle uginają się od towarów – jakkolwiek zdarzają się braki (konia z rzędem temu, kto znajdzie w mińskim sklepie żurawinę w cukrze pudrze – lokalny przysmak i produkt nie do dostania w innych krajach). Wszędzie pełno kupujących. W salonach RTV – AGD na wielu pralkach i lodówkach są informacje, że towar został już sprzedany. Tłumy w sklepach to także sposób na pozbycie się tracącego na wartości rubla. Władze próbują wprawdzie zapobiegać drożyźnie przez administracyjne regulowanie cen, ale te i tak są już na poziomie warszawskim, a świeże warzywa i owoce oraz importowana głównie z Polski chemia gospodarcza dawno je przekroczyły. Na trasie Mińsk – Brześć wszędzie pełno ziemniaczanych zagonów. Ziemniaki to odwieczny sposób na głód, więc większość osób sadzi je na daczach, chcąc się zabezpieczyć przed rosnącymi cenami żywności. Znajomy opowiedział mi nawet historię o tym, jak profesorowie uniwersytetu przechwalali się, który posadził więcej kartoszki. – Na działkach sąsiedzi całe ozdobne klomby w tym roku przeznaczyli pod ziemniaki – mówi. – Sadzą też ogórki, pomidory i inne warzywa, robiąc zapasy na zimę. Panie sprzedające jedzenie na granicy w oczekujących na wymianę kół pociągach nie tylko oferują tradycyjne ciepłe ziemniaki, ogórki czy kefir, ale także pełnią rolę punktów wymiany waluty. Mają przewagę nad tradycyjnymi kantorami, gdyż u nich wymiany można dokonać w każdą stronę. Granica rządzi się jednak swoimi prawami. Po polskiej stronie ludzie kupują chemię gospodarczą, owoce, a także sprzęt RTV. Wśród wsiadających w Terespolu do elektryczki jadącej do Brześcia kilka osób niosło 40-calowe telewizory plazmowe. Nagabywani Białorusini odpowiadają, że w Polsce jest po prostu taniej, a i jakość o wiele wyższa.

Siadają i milczą

Wielu w ten sposób utrzymuje rodziny. Ale jak długo jeszcze wytrzymają? W białoruskiej stolicy widać się już zresztą jaskółki protestów. Robotnicy jednej ze zmian w Mińskich Zakładach Samochodowych (MAZ) rozpoczęli akcję strajkową, ale szybko zjawili się przedstawiciele władz i zwiększyli im pensje. Sprzeciw wobec rosnących cen benzyny wyrazili też stołeczni kierowcy. W trakcie popołudniowego szczytu komunikacyjnego na jednej z głównych ulic Mińska – Prospekcie Niezależności – przeprowadzili kilkugodzinny strajk włoski, co sparaliżowało ruch w centrum miasta. Drogówka próbowała interweniować, ale bezskutecznie. Dzień później zaniepokojony prezydent nakazał zmniejszenie cen benzyny do 4500 białoruskich rubli za litr A 95 (obecnie kosztuje ona 5800 rubli białoruskich, czyli – wedle oficjalnego kursu – ok. 3,5 złotego). Protestowali też kibice Dynama Mińsk, którzy w trakcie meczu w Bobrujsku skandowali: „nienawidzimy reżimu". W odpowiedzi, uznając radość kibiców po strzelonej przez Dynamo bramce za początek rozruchów, interweniował OMON. Od użytego gazu łzawiącego ucierpiał m.in. pięcioletni chłopiec. Za swoimi kibicami wstawił się klub, który interwencję OMON nazwał bezzasadną. Za pomocą portali społecznościowych ludzie organizują akcje milczenia. Raz w tygodniu zbierają się w umówionych miejscach, siadają, milczą i odchodzą. Ten protest spotyka się z coraz ostrzejszymi reakcjami milicji, która usiłuje nie dopuścić do zgromadzenia lub je rozbija. Na tych akcjach ludzi wciąż przybywa.

Wszystko zostanie po staremu?

Wszystko to jednak za mało, aby mówić o początkach rewolucji. Nie sprzyja jej nie tylko charakter nawykłych do wyrzeczeń Białorusinów, ale także demografia. W Afryce Północnej protestowali głównie młodzi, pozbawieni życiowych perspektyw ludzie. Na Białorusi społeczeństwo się starzeje, ale nie tylko – tu każdy chętny znajdzie pracę, a kończący studia dzienne są wręcz zobowiązani swoją naukę odpracować. Niepokoje społeczne czy próba obalenia białoruskiego prezydenta nie leżą też w interesie Rosji, która nie życzy sobie więcej żadnych kolorowych rewolucji u swoich bram. Część osób liczy wprawdzie, że jesienią, m.in. pod wpływem podwyżek opłat komunalnych, ludzie zaczną masowo protestować i władza nie będzie już w stanie zapobiec wybuchowi społecznemu. Rewolucja jednak to kwestia nie tyle brutalności milicji, braku waluty czy drożejących towarów, ile sposobu myślenia ludzi. Dopóki nie będą oni gotowi do zmian, wszystko zostanie po staremu. Autorka jest analityczką Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL