Opinie

Nie bójmy się prywatyzacji publicznych mediów

Mam wrażenie, że media publiczne wymagają gruntownej terapii. W imię demokracji, misji społecznej i zdrowych ekonomicznych relacji najwyższy czas je sprzedać – pisze szef OmnicomMediaGroup
Zaraz po wyborach media publiczne stały się kością niezgody między tymi, którzy je wygrali, a tymi, którzy ponieśli porażkę. Jeszcze chyba nigdy dotąd w ostatnich 17 latach demokracji ich rola w kampanii wyborczej nie wywołała tak ostrego konfliktu.
Oto bowiem były premier media publiczne czyni odpowiedzialne za swą klęskę i sądząc po kolejności wymienianych argumentów, uważa ich rolę za czynnik najważniejszy, przesądzający o wynikach wyborów. Koronnym argumentem jest to, że telewizja publiczna zdecydowała się na uczestniczenie w akcji społecznej namawiającej do udziału w wyborach pod hasłem „Zmień ten Zaraz po wyborach media publiczne stały się kością niezgody między tymi, którzy je wygrali, a tymi, którzy ponieśli porażkę. Jeszcze chyba nigdy dotąd w ostatnich 17 latach demokracji ich rola w kampanii wyborczej nie wywołała tak ostrego konfliktu. Oto bowiem były premier media publiczne czyni odpowiedzialne za swą klęskę i sądząc po kolejności wymienianych argumentów, uważa ich rolę za czynnik najważniejszy, przesądzający o wynikach wyborów. Koronnym argumentem jest to, że telewizja publiczna zdecydowała się na uczestniczenie w akcji społecznej namawiającej do udziału w wyborach pod hasłem „Zmień ten kraj”. Dwie kwestie rzucają się w oczy: po pierwsze samo hasło powinno być premierowi miłe. Toż to właśnie Prawo i Sprawiedliwość budowało IV Rzeczpospolitą, prowadziło rewolucję moralną bez wątpienia w toku kampanii, przedstawiając siebie jako jedyną siłę modernizacyjną. Zmiana kraju była dla tej partii podstawowym postulatem przeciwstawianym w wyborczej propagandzie Platformie Obywatelskiej i przypisanym jej zamiarom powrotu do „koryta”, „układów” i „tego, co było”. Hasło kampanii prowyborczej pasowało zdecydowanie lepiej do propagandy PiS niż jego oponentów, chyba że sami autorzy tych haseł nie brali ich poważnie. Po drugie dziwi zarzut, że kampania zmobilizowała ludzi młodych i przez to przyczyniła się do niekorzystnego dla PiS wyniku wyborów. Mam wrażenie, że mobilizacja młodych do czynnego udziału w demokracji jest celem najważniejszym, który powinno się stawiać wyżej niż partykularne interesy partii politycznych. Wybory mamy co kilka lat, partie w nich uczestniczące zmieniają się często, a kultura polityczna zostaje. Udział w wyborach to podstawa funkcjonowania demokracji. Niezależnie od tego, kto te wybory wygrał, a kto przegrał. Duża frekwencja powinna cieszyć wszystkich, dla których dobro kraju jest dobrem nadrzędnym.
Z drugiej strony dotychczasowa opozycja jest oburzona jawnie stronniczym udziałem TVP w ostatnich wyborach. Raport obserwatorów OBWE wskazujących na tę stronniczość jako podstawową nieprawidłowość ostatniej elekcji – oparty na analizie czasu, jaki TVP poświęcała różnym partiom politycznym – jest dla wszystkich, poza zwolennikami Prawa i Sprawiedliwości, koronnym argumentem w dyskusji. Zwycięzcy już zapowiedzieli „odzyskanie mediów publicznych” i „oddanie ich ludziom”. Ten postulat przypomina mi niestety jeden z pierwszych postulatów ich poprzedników, którzy z kolei „odzyskiwali media publiczne”. Czas już najwyższy z tą przepychanką skończyć. Jak pisałem w poprzednim felietonie, czas na radykalne zmiany funkcjonowania rynku mediów w Polsce. Przed poprzednimi wyborami do parlamentu na łamach tej gazety pozwoliłem sobie naszkicować program takich zmian. Gorący spór wokół mediów publicznych dowodzi, że temat jest w najwyższym stopniu aktualny. Pozwolę sobie przypomnieć podstawowe tezy ówczesnych propozycji. Nie udało się politykom powstrzymać przed podporządkowaniem sobie mediów publicznych. Mało tego, proces ten w ostatnim czasie wyraźnie przybrał na sile. System okazał się zbyt wrażliwy, a politycy zbyt krótkowzroczni, by nie obrać drogi na skróty i nie ulec pokusie uprawiania propagandy. To źle się kończy dla demokracji, polityków i mediów. Jedynym gwarantem niezależności mediów jest ich prywatna własność. Telewizję publiczną należy w części lub całości sprywatyzować. Postulat ten jest zasadny także ze względów ekonomicznych. TVP jest tworem chronicznie niewydolnym. Mimo finansowania z abonamentu i reklamy, mimo boomu na rynku reklamowym, który powoduje, że nadawcy komercyjni biją międzynarodowe rekordy zyskowności, telewizja publiczna ledwo wiąże koniec z końcem. Utrzymywanie TVP w dotychczasowym kształcie to monstrualne marnotrawstwo. Po trzecie TVP nie realizuje celów, dla których została powołana. Publiczny nadawca nie jest w stanie wskazać programów wypełniających postulaty „misji publicznej” oraz precyzyjnie wskazać źródeł finansowania produkcji „misyjnej” i komercyjnej. Gołym okiem widać, że propozycja programowa publicznego nadawcy nie różni się w istotny sposób od propozycji jego komercyjnych konkurentów. Te same show, seriale, relacje sportowe i polityczne. Udziały poszczególnych formatów w propozycjach wszystkich nadawców są zbliżone. Deklaracje decydentów stoją w jawnej sprzeczności z praktyką. Podstawowy postulat Bronisława Wildsteina jako prezesa TVP to przywrócenie misyjnej roli tej stacji. Jak ma się do niego bezprecedensowe zwiększenie komercyjnej oferty TVP? W ciągu tego roku publiczny nadawca zwiększył ilość reklam na swoich antenach o 36,5 proc. (trzy kwartały 2007 do trzech kwartałów 2006), prowadząc zażartą wojnę o widownię z komercyjną konkurencją. Gdzie podziała się misja? Czy ktoś o niej jeszcze pamięta? Państwo nie umie zarządzać realizacją swoich zadań w tym zakresie. Nie jest to problem tej czy innej ekipy, lecz problem strukturalny i jako taki powinien być radykalnie rozwiązany. Zmiana „onych” na „naszych” nic nie da. Dlatego też postuluję: TVP należy sprzedać. Sądząc po stopniu realizacji zysków w tej branży, wartość każdego z jej kanałów jest olbrzymia. Rola Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powinna zostać gruntownie przedefiniowana. Jej podstawowym celem powinna być realizacja misji publicznej. Skład winien odzwierciedlać skład parlamentu. A obrady jawne. Polityka państwa w zakresie mediów realizowana w normalny sposób – przez głosowanie podziału budżetu. Tak ustala się priorytety państwa w polityce społecznej, można je podobnie ustalać w polityce medialnej. Zreformowana KRRiT powinna finansować produkcję telewizyjną, która realizuje misję publiczną przez system przetargów. W ten przecież sposób dzielone są ogromne fundusze Unii Europejskiej, w ten sposób finansowana jest polska nauka. Nie widzę powodu, dla którego nie można by było użyć podobnych instrumentów przy realizacji zadań związanych z finansowaniem misji publicznej. Programy, filmy, relacje i sztuki teatralne powstałe w ten sposób wystawiane byłyby na przetarg o prawa do emisji przez prywatnych nadawców. Pieniądze pozyskane tą drogą finansowałyby dalsze funkcjonowanie Krajowej Rady. Środki z prywatyzacji TVP mogłyby stanowić jej „kapitał założycielski”. Prawa do emisji programów z zasobów archiwalnych TVP, które są przedmiotem sporu z nadawcami komercyjnymi, mogą być dodatkowym źródłem przychodów. Ponadto należy znieść podatek „filmowy”, czyli obowiązkową składkę płaconą od wpływów reklamowych na rzecz produkcji filmowej, i co najważniejsze – abonament. Nie ma powodu, by to obywatele z jednej strony płacili za monstrualną skalę marnotrawstwa w mediach publicznych, z drugiej narażeni byli na porównywalną do komercyjnych konkurentów dawkę przekazów reklamowych. Kolejnym istotnym źródłem przychodów dla realizacji misji publicznej powinny być przetargi na koncesje telewizyjne. Dziś obie stacje prywatne (TVN i Polsat) przynoszą zyski. Jedną z podstawowych przyczyn zyskowności biznesu telewizyjnego w Polsce jest to, że podobnie do rynku telekomunikacji jest to rynek z technicznych powodów (ograniczona liczba dostępnych częstotliwości) reglamentowany. Nie rozumiem, dlaczego państwo oddaje prawa do używania częstotliwości telewizyjnych praktycznie bezpłatnie, podczas gdy częstotliwości o innym zakresie, wykorzystywane przez równie zyskowny sektor telefonii komórkowej, sprzedawane są na przetargach za grube pieniądze. Opłaty, pobierane za koncesje sprzedawane na wolnym rynku według reguły „kto da więcej”, powinny być podstawowym źródłem finansowania misji publicznej. Wiem, że to odważny program. Mam jednak wrażenie, że media publiczne wymagają gruntownej terapii. W imię demokracji, misji społecznej i zdrowych ekonomicznych relacji najwyższy czas je sprzedać.kraj”. Dwie kwestie rzucają się w oczy: po pierwsze samo hasło powinno być premierowi miłe. Toż to właśnie Prawo i Sprawiedliwość budowało IV Rzeczpospolitą, prowadziło rewolucję moralną bez wątpienia w toku kampanii, przedstawiając siebie jako jedyną siłę modernizacyjną. Zmiana kraju była dla tej partii podstawowym postulatem przeciwstawianym w wyborczej propagandzie Platformie Obywatelskiej i przypisanym jej zamiarom powrotu do „koryta”, „układów” i „tego, co było”. Hasło kampanii prowyborczej pasowało zdecydowanie lepiej do propagandy PiS niż jego oponentów, chyba że sami autorzy tych haseł nie brali ich poważnie. Po drugie dziwi zarzut, że kampania zmobilizowała ludzi młodych i przez to przyczyniła się do niekorzystnego dla PiS wyniku wyborów. Mam wrażenie, że mobilizacja młodych do czynnego udziału w demokracji jest celem najważniejszym, który powinno się stawiać wyżej niż partykularne interesy partii politycznych. Wybory mamy co kilka lat, partie w nich uczestniczące zmieniają się często, a kultura polityczna zostaje. Udział w wyborach to podstawa funkcjonowania demokracji. Niezależnie od tego, kto te wybory wygrał, a kto przegrał. Duża frekwencja powinna cieszyć wszystkich, dla których dobro kraju jest dobrem nadrzędnym. Z drugiej strony dotychczasowa opozycja jest oburzona jawnie stronniczym udziałem TVP w ostatnich wyborach. Raport obserwatorów OBWE wskazujących na tę stronniczość jako podstawową nieprawidłowość ostatniej elekcji – oparty na analizie czasu, jaki TVP poświęcała różnym partiom politycznym – jest dla wszystkich, poza zwolennikami Prawa i Sprawiedliwości, koronnym argumentem w dyskusji.Zwycięzcy już zapowiedzieli „odzyskanie mediów publicznych” i „oddanie ich ludziom”. Ten postulat przypomina mi niestety jeden z pierwszych postulatów ich poprzedników, którzy z kolei „odzyskiwali media publiczne”. Czas już najwyższy z tą przepychanką skończyć. Jak pisałem w poprzednim felietonie, czas na radykalne zmiany funkcjonowania rynku mediów w Polsce. Przed poprzednimi wyborami do parlamentu na łamach tej gazety pozwoliłem sobie naszkicować program takich zmian. Gorący spór wokół mediów publicznych dowodzi, że temat jest w najwyższym stopniu aktualny. Pozwolę sobie przypomnieć podstawowe tezy ówczesnych propozycji. Nie udało się politykom powstrzymać przed podporządkowaniem sobie mediów publicznych. Mało tego, proces ten w ostatnim czasie wyraźnie przybrał na sile. System okazał się zbyt wrażliwy, a politycy zbyt krótkowzroczni, by nie obrać drogi na skróty i nie ulec pokusie uprawiania propagandy. To źle się kończy dla demokracji, polityków i mediów. Jedynym gwarantem niezależności mediów jest ich prywatna własność. Telewizję publiczną należy w części lub całości sprywatyzować. Postulat ten jest zasadny także ze względów ekonomicznych. TVP jest tworem chronicznie niewydolnym. Mimo finansowania z abonamentu i reklamy, mimo boomu na rynku reklamowym, który powoduje, że nadawcy komercyjni biją międzynarodowe rekordy zyskowności, telewizja publiczna ledwo wiąże koniec z końcem. Utrzymywanie TVP w dotychczasowym kształcie to monstrualne marnotrawstwo.Po trzecie TVP nie realizuje celów, dla których została powołana. Publiczny nadawca nie jest w stanie wskazać programów wypełniających postulaty „misji publicznej” oraz precyzyjnie wskazać źródeł finansowania produkcji „misyjnej” i komercyjnej. Gołym okiem widać, że propozycja programowa publicznego nadawcy nie różni się w istotny sposób od propozycji jego komercyjnych konkurentów. Te same show, seriale, relacje sportowe i polityczne. Udziały poszczególnych formatów w propozycjach wszystkich nadawców są zbliżone. Deklaracje decydentów stoją w jawnej sprzeczności z praktyką. Podstawowy postulat Bronisława Wildsteina jako prezesa TVP to przywrócenie misyjnej roli tej stacji. Jak ma się do niego bezprecedensowe zwiększenie komercyjnej oferty TVP? W ciągu tego roku publiczny nadawca zwiększył ilość reklam na swoich antenach o 36,5 proc. (trzy kwartały 2007 do trzech kwartałów 2006), prowadząc zażartą wojnę o widownię z komercyjną konkurencją. Gdzie podziała się misja? Czy ktoś o niej jeszcze pamięta?Państwo nie umie zarządzać realizacją swoich zadań w tym zakresie. Nie jest to problem tej czy innej ekipy, lecz problem strukturalny i jako taki powinien być radykalnie rozwiązany. Zmiana „onych” na „naszych” nic nie da. Dlatego też postuluję: TVP należy sprzedać. Sądząc po stopniu realizacji zysków w tej branży, wartość każdego z jej kanałów jest olbrzymia. Rola Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powinna zostać gruntownie przedefiniowana. Jej podstawowym celem powinna być realizacja misji publicznej. Skład winien odzwierciedlać skład parlamentu. A obrady jawne. Polityka państwa w zakresie mediów realizowana w normalny sposób – przez głosowanie podziału budżetu. Tak ustala się priorytety państwa w polityce społecznej, można je podobnie ustalać w polityce medialnej. Zreformowana KRRiT powinna finansować produkcję telewizyjną, która realizuje misję publiczną przez system przetargów. W ten przecież sposób dzielone są ogromne fundusze Unii Europejskiej, w ten sposób finansowana jest polska nauka. Nie widzę powodu, dla którego nie można by było użyć podobnych instrumentów przy realizacji zadań związanych z finansowaniem misji publicznej. Programy, filmy, relacje i sztuki teatralne powstałe w ten sposób wystawiane byłyby na przetarg o prawa do emisji przez prywatnych nadawców. Pieniądze pozyskane tą drogą finansowałyby dalsze funkcjonowanie Krajowej Rady. Środki z prywatyzacji TVP mogłyby stanowić jej „kapitał założycielski”. Prawa do emisji programów z zasobów archiwalnych TVP, które są przedmiotem sporu z nadawcami komercyjnymi, mogą być dodatkowym źródłem przychodów. Ponadto należy znieść podatek „filmowy”, czyli obowiązkową składkę płaconą od wpływów reklamowych na rzecz produkcji filmowej, i co najważniejsze – abonament. Nie ma powodu, by to obywatele z jednej strony płacili za monstrualną skalę marnotrawstwa w mediach publicznych, z drugiej narażeni byli na porównywalną do komercyjnych konkurentów dawkę przekazów reklamowych. Kolejnym istotnym źródłem przychodów dla realizacji misji publicznej powinny być przetargi na koncesje telewizyjne. Dziś obie stacje prywatne (TVN i Polsat) przynoszą zyski. Jedną z podstawowych przyczyn zyskowności biznesu telewizyjnego w Polsce jest to, że podobnie do rynku telekomunikacji jest to rynek z technicznych powodów (ograniczona liczba dostępnych częstotliwości) reglamentowany. Nie rozumiem, dlaczego państwo oddaje prawa do używania częstotliwości telewizyjnych praktycznie bezpłatnie, podczas gdy częstotliwości o innym zakresie, wykorzystywane przez równie zyskowny sektor telefonii komórkowej, sprzedawane są na przetargach za grube pieniądze. Opłaty, pobierane za koncesje sprzedawane na wolnym rynku według reguły „kto da więcej”, powinny być podstawowym źródłem finansowania misji publicznej. Wiem, że to odważny program. Mam jednak wrażenie, że media publiczne wymagają gruntownej terapii. W imię demokracji, misji społecznej i zdrowych ekonomicznych relacji najwyższy czas je sprzedać.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL