Publicystyka

Wyborcy PiS zostali w domu

Wygrana Platformy nie oznacza, że polskie społeczeństwo odwróciło się od prawicy. W wielu sprawach PO jest bowiem równie prawicowa jak PiS – pisze psycholog społeczny Janusz Czapiński
Kiedy kilkanaście dni temu, jeszcze w trakcie kampanii wyborczej, twierdziłem z przekonaniem, że wybory wygra raczej PiS, nie brałem pod uwagę kilku wydarzeń, które miały miejsce nieco później, w samej końcówce kampanii, a które przesądziły o wyniku wyborów.
Do pewnego momentu większość publikowanych sondaży wyraźnie wskazywała na większą bądź mniejszą przewagę PiS. Momentem tym były zaś przedwyborcze debaty z udziałem lidera PO Donalda Tuska, które nie tylko okazały się jego wielkim sukcesem jako lidera, ale przede wszystkim bardzo wzmocniły jego partię, podnosząc zarazem jej notowania u wyborców. Tusk niezwykle umiejętnie przekazał rodakom swój wizerunek człowieka statecznego, rozsądnego, dbającego o losy wszystkich Polaków. Znamienne, że podczas debaty z Aleksandrem Kwaśniewskim liberał Tusk odpowiedź na pytanie, co Platforma zamierza zrobić w gospodarce, zaczął od pochylenia się nad sferą budżetową. W moim przekonaniu była to świadoma próba osłabienia wizerunku liberała po to właśnie, by ułatwić przeciwnikom PiS będącym jednocześnie zwolennikami egalitaryzmu oddanie głosu na PO. Same debaty w efekcie przesądziły jednak tylko o tym, że Platforma ostro podgoniła PiS. A wydarzenia ostatnich niemal dni kampanii wyborczej zdecydowały, że spora część tych, którzy mieli głosować na PiS, nie wzięła w ogóle udziału w wyborach, co ostatecznie pogrążyło rządzącą partię. Mam tutaj na myśli dwa samobóje PiS, które już całkiem bezpośrednio zaczęły wyrzucać poza potencjalny elektorat tej partii coraz większą liczbę Polaków, którzy w dzień wyborów postanowili zostać w domu. Bo przy takiej atmosferze plebiscytowej frekwencja nieco ponad 50 proc. nie jest oszałamiająca. Co więcej, biorąc pod uwagę, że w Europie średnia idących na wybory wynosi ok. 70 proc., nasz wynik jest żenująco słaby. Pierwszym wspomnianym samobójem była sprawa posłanki Sawickiej. Trzeba przyznać, że był to mocny obrazek, który ukazał PiS jako partię bezwzględną, cyniczną, która jest w stanie niszczyć ludzi, w dodatku za pomocą tajnej policji, której Polacy, bardzo dobrze pamiętający PRL, po prostu nie akceptują.Drugim samobójem było zaś, w moim odczuciu, piątkowe wyborcze orędzie premiera. Dlaczego? Otóż Polacy zobaczyli, że jedni mają większe prawa od innych. Premier skorzystał bowiem z prawnej możliwości dostępu do największej stacji telewizyjnej z racji tego, że jest premierem, a nie z racji kandydowania jego ugrupowania w wyborach. Moim zdaniem przez wielu ludzi zostało to odebrane jako jawne nadużycie władzy, co stanowiło jednocześnie sygnał, że w przyszłości, jeśli PiS wygra, może być pod tym względem jeszcze gorzej.Podsumowując: w ciągu ostatnich dwóch tygodni poprzedzających dzień wyborów Tusk zyskał, a PiS strzeliło sobie w stopę i nie tylko straciło poparcie tych, którzy byli zdegustowani stylem sprawowania władzy i głosowali przeciwko tej partii, ale co gorsza sprawiło, że jego dotychczasowi zwolennicy – osoby w podeszłym wieku, wierzące, mieszkańcy wsi i małych miasteczek – w większości zostali w domach. Jest jednak jeszcze trzeci powód tej bardzo radykalnej zmiany pozycji PO i PiS w wyborach, który tłumaczy także, dlaczego SLD nie osiągnął zdecydowanie lepszego wyniku niż w wyborach w 2005 r. I bynajmniej nie przywiązywałbym tutaj zbyt wielkiej wagi do słynnych wpadek z trzeźwością Aleksandra Kwaśniewskiego, bo według mnie to dosyć słabo podziałało na sympatie wyborców. Sprawa posłanki Sawickiej ukazała PiS jako partię bezwzględną, cyniczną, która jest w stanie niszczyć ludzi Przyczyny, że SLD nie osiągnął lepszego niż dwa lata temu wyniku, należy upatrywać w tym, że w pewnym momencie dla zwolenników LiD (będących z założenia zdecydowanymi wrogami PiS) stało się wręcz oczywiste, że jedynie najsilniejsza partia jest w stanie całkowicie odsunąć od władzy Kaczyńskiego i PiS. Choćby dlatego, że tylko silny zwycięzca będzie miał możliwość uchylania weta prezydenckiego, będącego przecież ciągle częścią władzy PiS. W związku z tym ci, którzy zazwyczaj w wyborach parlamentarnych kierują się zgodnością pomiędzy interesem własnym oraz własnej grupy a programem ugrupowania politycznego, a więc część potencjalnych zwolenników LiD, postawiła krzyżyk przy kandydacie PO. Ważniejsze od programu stało się odsunięcie PiS od władzy. To okazało się celem naczelnym dla większości osób, które wzięły w niedzielę udział w wyborach. Tusk, apelując, by wyborcy LiD nie marnowali swojego głosu, głosując na partię słabszą, bo tylko głos oddany na Platformę zwiększa szansę na odsunięcie od władzy PiS, utwierdził ich w przekonaniu, że to PO jest jedynym gwarantem pozbycia się rządu Kaczyńskiego. Chciałbym jednak wyraźnie zaznaczyć, że wygrana Platformy nie oznacza bynajmniej zwrotu w tendencjach wyborczych Polaków. Bo kiedy podsumujemy liczbę mandatów, jakie uzyskała Platforma Obywatelska – partia, która w wymiarze ideologii państwowotwórczej jest równie prawicowa jak PiS – to mamy ogromny przechył składu parlamentu na prawą stronę. I nawet jeśli do lewicy zaliczymy PSL (co jest trochę naciągane) i dodamy do tego liczbę mandatów LiD, to i tak jest to ogromna mniejszość w parlamencie. Polacy poświęcili swoje egalitarne oczekiwania, aby wyjść ze ślepej uliczki, która prowadzi do państwa policyjnego Nie wycofuję się zatem z postawionej przed wyborami tezy, że polskie społeczeństwo zdryfowało bardzo ostro w prawo i prawicy oddało zdecydowaną większość w parlamencie. I jeśli przypuszczałem, że bardziej prawdopodobne będą rządy PiS, to dlatego, że sugerowałem się dotychczasową stabilną równowagą dwóch postaw: jednej związanej z wizją państwa silnego, homogenicznego pod względem systemu wartości i drugiej dotyczącej interesów ekonomicznych, która wyraża się przez egalitaryzm. Okazało się jednak, że ta pierwsza postawa jest ważniejsza. Postawa egalitaryzmu została zatem przelicytowana przez niechęć i nienawiść do tego, co i w jakim stylu robi PiS. Innymi słowy, okazało się, że zwolenników spiskowej teorii dziejów jest zdecydowanie mniej niż zwolenników prawicowej orientacji w wymiarze państwowotwórczym. Duża część Polaków pogwałciła swoje egalitarne oczekiwania na rzecz zmiany stylu sprawowania władzy i wyjścia ze ślepej uliczki, która mogłaby prowadzić do państwa policyjnego. Janusz Czapiński jest psychologiem społecznym, profesorem pracującym na Uniwersytecie Warszawskim
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL