Publicystyka

Ciężka zbroja kanclerza Tuska

Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Donald Tusk przez ponad cztery lata wypracował sobie status lidera, który nie jest szefem kumplem, lecz dbałym o dystans wodzem.
Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk zostanie kolejnym premierem rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Kogo zobaczymy w tej roli – ciamciaramcię czy człowieka, który wzrasta dzięki wyzwaniom? Kim stanie się lider PO? Jakie doświadczenia będą mu kulą u nogi, a jakie pomogą w rządzeniu V Rzecząpospolitą? Czy PO ma jeszcze szansę? – pytała w dramatycznym tonie publicystka „Gazety Wyborczej” Dominika Wielowieyska w swoim blogu, wieszcząc wzrost notowań PiS w sondażach i staczanie się PO. To było raptem dziesięć dni temu, 12 października. Przypominam o tym, bo w wyborczą noc zaroiło się od sondaży sugerujących, że porażka Jarosława Kaczyńskiego to spełnienie logiki historii, która od dawna predestynowała lidera PO do likwidacji horroru, jakim była IV RP.
Żartowano, że Tusk – cudowne dziecko gdańskiego liberalizmu – nie zna się na niczym konkretnym, może więc zostać albo premierem... albo nikim W debacie z Jarosławem Kaczyńskim Donald Tusk brawurowo zatarł wizerunek człowieka, który nie wierzy we własny sukces. Dziś przymierza zbroję premiera. Premiera, który jest jednocześnie wyrazistym liderem własnej partii. W Polsce taka kompilacja funkcji określana jest mianem kanclerza.
W Polsce premierami z łapanki byli: Tadeusz Mazowiecki, Jan Krzysztof Bielecki, Jan Olszewski, Hanna Suchocka czy – znacznie później – Marek Belka i Kazimierz Marcinkiewicz. W latach 90. oprócz premierów spinaczy szefami rządu byli albo liderzy partii jak Waldemar Pawlak, albo politycy, którzy do tej roli aspirowali, jak Józef Oleksy czy Włodzimierz Cimoszewicz. Jednak dopiero Leszek Miller wykreował model zwany kanclerskim. Potem doskonale się weń wpasował Jarosław Kaczyński. Na ich tle początek lat 90., gdy szefowie rządu ciągle musieli lepić pękające koalicje i ugłaskiwać bojowych ministrów – koalicyjnych liderów co rusz grożących opuszczeniem gabinetu, jawią się jak prehistoria. Kanclerze nie są spinaczami – to twardzi bossowie, którzy od swoich ministrów egzekwują maksymalny wysiłek. Kanclerze muszą być twardzi, bo na ich barkach spoczywają zadania godne herosów – muszą czuwać zarówno nad tym, by rząd odnosił sukcesy, jak i nad tym, by nikt nie zagroził ich dominacji w partii. Zdobywają uznanie wyborców swoim zdecydowaniem, ale wymaga to od nich żelaznych nerwów do wychodzenia z kolejnych kryzysów i skóry nosorożca. Muszą mieć też ogromne pokłady cierpliwości do agresywnych górników, męczących pielęgniarek i pazernych koalicjantów. Teraz w ten kostium wpasowuje się Donald Tusk. Z wykształcenia jest historykiem i jak dotąd nie miał żadnego doświadczenia w sprawowaniu władzy. Na początku lat 90. nie wszedł do rządu liberałów Jan Krzysztofa Bieleckiego ani do gabinetu Hanny Suchockiej. Koniec lat 90. przezimował na funkcji wicemarszałka Senatu. Od lat dworowano sobie z jego pracowitości. Żartowano, że cudowne dziecko gdańskiego liberalizmu nie zna się na niczym konkretnym, może więc zostać albo premierem... albo nikim. W tym sensie Tusk bardziej przypominał publicystę wydającego albumy o starym Gdańsku niż na przykład Jarosława Kaczyńskiego, sejmowego wygę znającego na wylot konstytucyjne kruczki, który w tamtym czasie z mozołem budował struktury PC. Teraz Tusk wkroczy do zamczyska władzy w Alejach Ujazdowskich. Zwalą się na niego setki spraw dużych i małych. Będzie musiał rozstrzygać konflikty kompetencyjne i reagować na kiksy swoich ministrów. To wszystko jest jak fala, która może go zwalić z nóg. To prawda, w ciągu ostatnich lat zarządzanie dużą partią, jaką jest Platforma Obywatelska, było dobrą szkołą. Jednak Tusk ma jeszcze przed sobą odkrywanie granic władzy rządu w Polsce. Jak trudno kontrolować pracę ministrów i jak wiele czasu zżerają wypady w teren. Jan Maria Rokita, Leszek Miller czy nawet Jerzy Buzek mogliby spróbować mu to opowiedzieć, ale logikę sprawowania władzy można zrozumieć dopiero wtedy, gdy się tego narowistego rumaka dosiądzie. Kto będzie tworzył najbliższe otoczenie nowego premiera? Dotąd za plecami Tuska najczęściej widać trio: Grzegorz Schetyna, Sławomir Nowak i Mirosław Drzewiecki. Czasem miga jeszcze Rafał Grupiński. Bronisław Komorowski ma osobną, silną pozycję i nie musi stawać na paluszkach za Tuskiem. Na odpowiednią do swoich aspiracji funkcję czekają też: Radosław Sikorski, Zbigniew Chlebowski i Julia Pitera. W interesie Tuska może być wciągnięcie do rządu Kazimierza Marcinkiewicza i znalezienie roli dla Jana Rokity. Rozparcelowanie potencjalnych rywali po ministerstwach to dla każdego premiera gwarancja spokoju na pewien czas. Donald Tusk przez ponad cztery lata wypracował sobie status lidera, który przestał być szefem kumplem, a stał się dbałym o dystans wodzem. Każdy, kto pamięta Tuska brata łatę z lat 90. – widzi, jak wiele determinacji i samodyscypliny wymagała ta metamorfoza. Lider PO płaci za nią ciągłym spięciem rysów twarzy, częstym przybieraniem marsowej miny. Teraz funkcja premiera zmusi go do jeszcze większej pracy, większej twardości i siły do znoszenia napięć. Premier Tusk nie ma zbyt wielu ludzi, którym może się zwierzyć z lęków i wahania. Bo ten, kto okazuje wahanie – szybko może paść ofiarą ambicji rywali. Dziś już widać, że nie obejdzie się bez koalicji z PSL. A ludowcy okazują się pupilami nawet Leszka Kołakowskiego i obiektem zachwytów wielu publicystów o krótkiej pamięci. Jednak politycy SLD mogą platformersom opowiedzieć, jak w latach 90. klęli na pazerność ludowców żądających coraz to nowych stanowisk w ministerstwach, agencjach rolnych i mediach. Tusk stoi też przed innym wyborem: ile zachować z programów reformy państwa, jaką niegdyś wiązano z ideą IV RP? Lider PO zapowiada rządy spokoju i zerwanie z niepotrzebnymi konfliktami. Problem w tym, że o spokoju będą decydować surowi recenzenci: Jacek Żakowski z „Polityki” czy Piotr Pacewicz z „Gazety Wyborczej” dziś komplementują Tuska. Ale gdy tylko będzie chciał wrócić do idei IV RP, mogą stracić cierpliwość. „»Gazeta« – jestem z tego dumny – współtworzyła odruchy buntu, broniąc doliny Rospudy, walcząc z wszechlustracją, demaskując edukację a la Giertych i równość płci a la Lepper” – pisze na łamach „GW” (22.10.2007) Piotr Pacewicz. Publicystyczny klub pogromców IV RP przygląda się liderowi PO z uwagą. Jeszcze parę tygodni temu na wielu łamach rugano szefa PO za słabość i brak zdecydowania. Teraz spływają na niego podziękowania za odsunięcie Kaczorów od władzy. Ale czy ton rozdrażnienia nie może wrócić? Nie wiadomo przecież, który Tusk jest prawdziwy. Czy ten, który wiosną komplementował „Wyborczą” jako najbardziej liberalną gazetę w Polsce, czy ten, który w rozmowie z „Dziennikiem” wyznawał, że „zawsze czuł się obco w KOR-owskim salonie”. Czy Tusk wróci do kwestii lustracji? Jaką ma wizję CBA? Czy ruszy z miejsca ciągnące się latami procesy Jaruzelskiego i Kiszczaka? Jak będzie wyglądać polityka historyczna PO? Równie dolegliwi jak dziennikarze mogą się okazać ci, którzy na serio wzięli klipy, w których Tusk obiecywał pensje godne hasła „By żyło się lepiej – wszystkim”. Młodzi, którzy poparli PO, bo drażniły ich Kaczory i ojciec Rydzyk, szybko mogą wskrzesić stereotypy o liberałach, których nie obchodzi los szarego człowieka. Pielęgniarki, które okupowały gabinety w URM, mogą być równie irytujące jak te, które wyprowadzały z równowagi premiera Kaczyńskiego. I wreszcie ostatni dylemat – jaki kształt przybiorą komisje w sprawie śmierci Barbary Blidy, zeznań Janusza Kaczmarka i afery posłanki Beaty Sawickiej. Posłowie LiD nie kryją, że będą chcieli krwawej dintojry na Zbigniewie Ziobrze. A im bardziej komisje będą dyszały chęcią politycznej zemsty, a nie starały się obiektywnie wyjaśnić wątpliwości, tym większy będzie konflikt rządu z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Im ostrzejszy będzie spór z Pałacem Prezydenckim, tym bardziej PO będzie uzależniona od Lewicy i Demokratów. Odporność Tuska Każda władza się zużywa. W jakim tempie będzie się zużywać władza Platformy? PO dostała dobry wynik – 43 proc. 209 mandatów w Sejmie gwarantuje tej partii rządy w znacznie bardziej komfortowej atmosferze niż poprzednikom. Także PSL jest bardziej przewidywalnym partnerem niż Samoobrona i LPR. Ale pamiętajmy, że Platforma doszła do władzy nie tylko dzięki swoim atutom, ale także ukłonom w stronę populizmu. Na dodatek Tusk skorzystał z totalnej kampanii obozu liberalnego przeciw PiS. Ile było w tej grupie wiernych i lojalnych wyborców Platformy? Ilu z nich zostanie przy niej za pół roku? A ilu za dwa lata? Masz ty odporność Kaczyńskiego? – wypada dziś spytać szefa PO. Jeśli tak, Platforma może zachować poparcie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL