Kraj

TVN – stacja, która jest gwiazdą

Rzeczpospolita
TVN dla wielu jest symbolem medium niezależnego i obiektywnego. Ale ów obiektywizm jest umiarkowany, a i niezależność ma granice – pisze dziennikarz „Rzeczpospolitej” Piotr Gociek
Żeby objaśnić fenomen TVN, nie trzeba wcale sięgać po teorie spiskowe, wystarczy pamiętać o prostych zasadach wolnego rynku (powiedzmy: częściowo wolnego, bo rozwój mediów elektronicznych w Polsce od początku był wykoślawiony przez ułomny system koncesyjny).Jak każda prywatna gazeta, radio czy telewizja także TVN jest oczywiście medium zależnym – od woli właścicieli i pieniędzy reklamodawców. Nie ma się co śmiać z przytaczanego często dowcipu, że programy telewizyjne to te nieciekawe rzeczy emitowane między blokami reklamowymi. Każdy biznes ma przynosić wpływy. Bardzo kosztowny biznes ma przynieść bardzo duże wpływy.
Jaki jest portret widzów TVN? Stacja nigdy nie ukrywała, że chce trafić raczej do bogatszych niż biedniejszych, raczej mieszkańców większych miast niż mniejszych, raczej do młodszych niż do starszych. Siłą rzeczy prezentowany przez nią obraz świata musi pasować do wyobrażeń i oczekiwań takiego właśnie odbiorcy. Głupotą byłoby mieć do TVN pretensje o to, że nie próbuje dotrzeć do widzów telewizji Trwam, tak samo jak głupotą byłoby atakowanie Radia Maryja za to, że nic nie robi, by pozyskać słuchaczy Radia RMF FM.
TVN nie była pierwszą próbą stworzenia w Polsce profesjonalnej, komercyjnej konkurencji dla Polsatu. W 1996 roku nadawać zaczęła zapomniana dziś stacja RTL 7 należąca do niemieckiej RTL Group. To właśnie w RTL 7 powrócił na wizję Wojciech Reszczyński, tam pierwsze kroki jako prowadzący talk-show stawiali m.in. Rafał Ziemkiewicz i Cezary Michalski. Stacja pięła się w górę w rankingach oglądalności, ale zmagała się z dwoma problemami – słabym zasięgiem i brakiem odpowiedniego wsparcia w Polsce. Twórcy systemu koncesyjnego nie kryli przecież, że układając nowy ład medialny, zamierzają premiować nadawców związanych z polskim kapitałem. Kiedy do akcji przystąpiła TVN, czyli kolejny po Polsacie duży polski gracz, RTL 7 nie mogła sprostać tej konkurencji. ITI było w Polsce firmą dobrze znaną, a jej współzałożyciel i późniejszy prezes TVN Mariusz Walter cieszył się sławą speca od telewizji i szerokimi koneksjami. Jego projekt telewizyjny opierał się na wywalczonej w KRRiT sieci nadajników naziemnych, a RTL tylko na dystrybucji satelitarnej. Wojna była przegrana już na starcie, a jej symbolicznym końcem było wchłonięcie przez koncern ITI kanału RTL 7 i przemianowanie go w 2002 roku na TVN 7. O RTL 7 warto jednak pamiętać, bo tak naprawdę ta stacja pokazała w Polsce, jak może wyglądać dobrze zrobiony komercyjny kanał telewizyjny. Że można go robić bez prezenterów mizdrzących się między programami, bez festiwali nudnych gadających głów, słowem bez zadęcia charakterystycznego dla telewizji publicznej. Jednocześnie program komercyjny – nie znaczy tandetny i przaśny. A przecież w tamtych czasach symbolem prywatnej telewizji były disco-polo w Polsacie i wyczyny Polonii 1, której znakiem rozpoznawczym były argentyńskie telenowele i amerykańskie seriale z włoskim albo francuskim dubbingiem. RTL 7 udowodniła, że można inaczej, wskazała w Polsce drogę, którą powinna iść telewizja, by dorównać zachodnim standardom. Ale dalej tą drogą podążyła już inna stacja – właśnie TVN. TVN reklamuje się przede wszystkim jako medium nowoczesne, wprowadzające do telewizji nową jakość techniczną i programową. Oto cytaty z oficjalnych komunikatów firmy: „TVN jest pionierem na polskim rynku medialnym we wprowadzaniu nowych rozwiązań programowych”, „Nie boimy się ryzykować; jako pierwsi pokazaliśmy to, co właśnie oglądali widzowie w całej Europie (»Milionerzy«, »Agent«, »Big Brother«)”. Ma być efektownie, rozrywkowo, światowo. I tak właśnie jest, a skandale w rodzaju seksu uprawianego przed kamerami przez uczestników „Big Brothera” tylko stacji pomagają. TVN stosuje metodę perfekcyjnie dopieszczoną przez MTV – to nie pojedyncze programy czy ich gospodarze są najważniejsi, to sama stacja jest gwiazdą. Mniej ważne jest to, co się pokazuje, ważniejsze jest jak. Ale warto pamiętać, że nie tylko oprawa programów ma być nowoczesna, idzie także o „postępowe idee”. W jednym z wydań „Superniani” prowadząca wyrusza z pomocą parze lesbijek wychowujących dziecko. Równie „postępowe” jest podejście do polityki prezentowane przez dwóch głównych showmanów TVN. Dla Szymona Majewskiego to absurd, a dla Kuby Wojewódzkiego – szambo. Od samego początku stacja Mariusza Waltera stawiała nie tylko na rozrywkę, ale i na informację. Budowanie silnego zespołu „Faktów” i walkę o ich jak największą oglądalność łatwo wytłumaczyć sobie ambicjami Tomasza Lisa czy jego prezesów pragnących udowodnić telewizji publicznej, że można z nią konkurować także na tym polu. To jednak wyrachowana, spójna strategia, ponieważ chętnie oglądany program informacyjny w prime-time jest kopalnią złota. Walka na tym polu była ryzykowna i bardzo kosztowna, ale się opłaciła. Dziś „Fakty” są jedną z lokomotyw oglądalności TVN a pasma reklamowe zaś między częścią informacyjną a sportem i pogodą nigdy nie narzekają na brak chętnych. „Fakty” przeszły sporą ewolucję, na początku były bardziej kolorową, ciekawszą wersją „Wiadomości” TVP. Od czasu powstania informacyjnego kanału TVN 24 coraz bardziej skręcają w stronę skrzyżowania informacji i rozrywki, zjawiska określanego na świecie mianem infotainmentu. Wciąż nie brakuje w „Faktach” politycznych newsów dnia, ale zajmują one coraz mniej miejsca, ustępując pola tzw. human stories (najczęściej wzruszającym historiom ludzi dotkniętych różnego rodzaju losowymi nieszczęściami) oraz materiałom czysto rozrywkowym, gdzie do rangi obszernie potraktowanych tematów zaczynają urastać historyjki niegdyś podawane w dwóch zdaniach na koniec serwisów informacyjnych jako tzw. michałki. Wbrew swej nazwie TVN-owskie „Fakty” wcale nie koncentrują się na faktach, tylko na emocjach, bo ten towar się sprzedaje najlepiej. Taka jest natura komercyjnej telewizji Dzisiejsze „Fakty” to mieszanka poważnego dziennikarstwa z reportażami wyciskającymi łzy i zabawnymi montażami wyśmiewającymi głupotę polityków albo pokazującymi życiowe pasje różnego rodzaju świrów. Nie wymyślili tego ani TVN, ani Tomasz Lis, ani Kamil Durczok. Taka jest natura komercyjnego medium. Neil Postman celnie pisze w książce „Zabawić się na śmierć”: „Widowisko informacyjne jest formatem, który sprzyja rozrywce, a nie edukacji, zadumie czy katharsis”. Prowadzi to czasem do zbitek jednocześnie absurdalnych i niesmacznych. Kilka dni temu w głównym wydaniu „Faktów” wyemitowano tuż obok siebie materiał o rodzicach tęskniących za utraconymi dziećmi (zmarłymi na raka) i opowiastkę o „becikowym dla owiec”. Wbrew swej nazwie TVN-owskie „Fakty” wcale nie koncentrują się na faktach, tylko na emocjach, bo ten towar się sprzedaje najlepiej. Taka jest natura komercyjnej telewizji. W podobną stronę żegluje program publicystyczny „Teraz my”, który coraz częściej posługuje się chwytami godnymi brukowców: a to przedstawia wyznania prostytutki sypiającej ze znanym politykiem, a to zgrabny montaż informacji o kwotach wydawanych przez Kancelarię Prezydenta RP na alkohol i obrazków głodujących dzieci z wiejskich wiosek. Podczas gdy główny kanał TVN od spraw poważniejszych ucieka, jego młodszy brat, informacyjny TVN 24, wręcz przeciwnie: stara się przekonać widza, że rzeczy niesłychanie ważne dzieją się całą dobę. A już najważniejsze jest obserwowanie ich na żywo i nieustannie. Każdy komentarz jest „gorący”, każde wydarzenie relacjonowane „na bieżąco”, jak ktoś coś przegapił, to nich się nie martwi, bo „będziemy jeszcze wracać do tego tematu”. Fetyszem jest obecność reportera „na miejscu zdarzenia”, zupełnie jakby fakt wysłania dziennikarza do lasu czynił z niego automatycznie doskonałego dendrologa. Najczęściej powtarzane słowo brzmi „tu”. Każdy autor najdrobniejszej choćby relacji musi koniecznie podkreślić, że jest „tu, w Częstochowie” albo „właśnie tu, gdzie za pół godziny mają rozpocząć się negocjacje”. Na ekranie panuje stan permanentnego kryzysu, co chwilę bici jesteśmy po oczach czerwonymi paskami, które wieszczą apokaliptyczne zdarzenia: „tragedię na drogach”, „kryzys w szpitalach”, „polityczne przesilenie” itp. Wszystko to pozostaje w zgodzie z teorią jednego z dyrektorów BBC, który głośno twierdził, że wiadomości to tylko kolejna forma rozrywki, ale żeby były oglądane, muszą być ekscytujące i angażować emocjonalnie. Tak też się dzieje w TVN 24, gdzie najważniejsze jest nie to, co się przez pół godziny na żywo transmitowało, lecz to, jak potem w dwóch gładkich zdaniach się to podsumuje. A w podsumowaniu ma być efektownie albo przynajmniej zabawnie. Stąd w TVN 24 (ale też w „Faktach” TVN) zadziwiająca kariera medialna trzeciorzędnych wydarzeń w rodzaju pies Saba i meble w ministerstwie czy kto komu chce schować beret. Jeśli popatrzymy na całodobowy kanał informacyjny jak na to, czym jest w rzeczywistości, czyli kolejny rodzaj produktu rozrywkowego, to jasne się stanie, dlaczego jego najchętniej oglądanym programem TVN 24 jest prześmiewcze „Szkło kontaktowe”. To prowadzi nas z powrotem do abecadła biznesu, o którym tak łatwo się zapomina, tocząc dyskusje o prywatnych mediach: ich celem jest zarabianie pieniędzy. Umiejętne zabawianie odbiorców jest tylko środkiem, który wiedzie do tego celu. Dlatego nie do końca prawdziwe jest zdanie powtarzane przy różnych okazjach, że „prywatna telewizja może pokazywać, co chce, i popierać kogo chce”. Prywatna telewizja może, owszem, robić to wszystko, ale tylko w tym zakresie, na jaki pozwoli jej widz. Jeśli będzie pokazywała to, czego widz nie lubi, i popierała tych, których widz nie cierpi, szybko sięgnie on po pilota i zmieni kanał. Jeśli o tym pamiętać, łatwo przyjdzie odpowiedzieć na pytanie o granice obiektywizmu, dociekliwości i niezależności każdej komercyjnej telewizji, nie tylko TVN. To po prostu granica opłacalności.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL