Świat

Miliony Amerykanów uczą się w domu

Wielu Amerykanów chce, by ich dzieci uczyły się tego, czego oni oczekują, a nie tego, co narzuca państwo
– Na szkołę prywatną mnie nie stać, a w publicznych wiele rzeczy mi się nie podoba. Na przykład to, że uczą dzieci, że człowiek pochodzi od małpy – mówi „Rz” 45-letnia Jessica Wells z Lake Placid w stanie Nowy Jork. Ma pięcioro dzieci. Wszystkie uczy sama w domu.
Coraz więcej amerykańskich rodziców rozumuje podobnie jak ona. Nikt dokładnie nie wie, ile dzieci uczy się w domu, ale ocenia się, że może ich być około dwóch milionów. Liczba ta wzrasta o około 10 punktów procentowych rocznie. Z badań amerykańskiego Departamentu Edukacji wynika, że rodzice, którzy decydują się na takie nauczanie, kierują się najczęściej względami religijnymi. Szkoły publiczne w Ameryce są w ich ocenie antyreligijne, uczą nie tyle tolerancji, ile ateizmu. Także do szkół prywatnych mają coraz mniejsze zaufanie.
Jeszcze 30 lat temu nauczanie domowe było w Ameryce zjawiskiem marginalnym. Uważano je za dziwactwo. – Ludzie nie wiedzieli nawet, czy to jest legalne – wspomina Jessica Wells. Nie było legalne. Dopiero w latach 80. wzrost politycznej siły prawicy religijnej zaowocował potężnym lobbingiem na rzecz legalizacji tej formy nauczania. Jej zwolennikom udało się doprowadzić do sytuacji, w której rodzice mają pełną swobodę decyzji jak Ameryka długa i szeroka. W niektórych stanach przepisy są tak liberalne, że rodzice nie mają nawet obowiązku informowania o tym, że będą sami uczyć dzieci. Po prostu nie zapisują ich do szkoły. – Są setki powodów, by odrzucać rządowy system szkolnictwa: społeczne, polityczne, etyczne. Ale chrześcijaninowi wystarczy jeden: słowa samego Boga – uważa Brandon Staggs, autor niezwykle popularnego programu „SwordSearcher” służącego do domowego nauczania Biblii. – Bóg powierzył nam w Piśmie Świętym obowiązek wychowywania naszych dzieci. Mając je w domu, jestem przez okrągłą dobę zarówno matką, jak i nauczycielką – przekonuje Jessica Wells. Bycie tą ostatnią stało się w dobie Internetu znacznie łatwiejsze. Nauczanie domowe to dziś ogromny sieciowy biznes. Rodzice nie muszą już żmudnie opracowywać programu nauczania. Wystarczy, że wejdą na stronę internetową, wskażą klasę i przedmiot, po czym wybiorą spośród gotowych pakietów to, co najbardziej im odpowiada. Jedno kliknięcie myszką – i mają wszystko we własnym komputerze. Jak pisze jeden z głównych krytyków nauczania domowego profesor Michael Apple z Uniwersytetu Wisconsin, rozwój tego zjawiska, także w przypadku rodziców, którzy kierują się względami innymi niż religijne (na przykład uważają szkoły za miejsca zbyt niebezpieczne dla ich dzieci), to element szerszego problemu. Chodzi o tworzenie stref bezpieczeństwa oddzielających jednostkę od społeczeństwa – zarówno fizycznie, jak i ideologicznie. Zdaniem Apple’a szkoła jest jedną z fundamentalnych instytucji społecznych, spadek jej znaczenia doprowadzi do dalszego osłabienia więzów społecznych w Stanach Zjednoczonych. Zwolennicy nauczania domowego odpowiadają, że dzieci uczone w domu nie są przecież izolowane od społeczeństwa. Dzięki Internetowi tworzą się grupy rodziców, którzy organizują domowym uczniom wspólne zajęcia, wycieczki oraz zabawy. Wskazują też na świetne, ich zdaniem, rezultaty takiego nauczania. Jak wynika z danych Narodowego Instytutu Badań nad Nauczaniem Domowym, dzieci uczące się w domu osiągają w testach wyniki o jedną trzecią lepsze od rówieśników chodzących do tradycyjnej szkoły. Krytycy odpowiadają, że niemal wszystkie tego rodzaju badania przeprowadzano na zamówienie grup promujących nauczanie domowe. W dodatku prowadzono je na niereprezentatywnej grupie dzieci. Rodzice, którym zależy na odizolowaniu dziecka od zewnętrznych wpływów, na ogół odmawiają udziału w takich badaniach. Stanowczo nie zgadzam się z argumentami, jakich najczęściej używają przeciwnicy nauczania domowego. Efekty są znacznie lepsze niż w przypadku edukacji szkolnej. Co prawda nie ma standardowych, obowiązkowych testów, dzięki którym można by porównać wyniki wszystkich uczniów, bo oznaczałoby to przymus wprowadzenia jednego programu nauczania dla wszystkich dzieci, także uczonych w domu. Ale ze wszystkich badań wynika, że w warunkach domowych dzieci zwykle uczą się lepiej. Nie zgadzam się z argumentacją, że nauczanie domowe źle wpływa na ich rozwój, że uniemożliwia wykształcenie dobrych obywateli. Nauczanie domowe nie oznacza, że dziecko cały dzień siedzi przykute do stołu w kuchni. Ono uczestniczy w normalnym, codziennym życiu rodzinnym i społecznym. To szkoła jest nienaturalnym środowiskiem, każe dzieciom przebywać przez lata w grupach rówieśniczych. Z nauczaniem domowym wiąże się pewne niebezpieczeństwo. Dla wielu rodziców głównym powodem jego wyboru jest potrzeba całkowitej kontroli nad tym, czego uczy się dziecko. Istnieje ryzyko, że będzie ono wzrastało w niemal całkowitej izolacji od ludzi o innym wyznaniu czy poglądach. A nauczenie się współżycia z takimi ludźmi i traktowania ich jako równorzędnych obywateli jest istotnym elementem edukacji społecznej. Poza tym dziecko musi się nauczyć samodzielności, co trudno osiągnąć pod nieustanną kontrolą rodziców. Innym problemem jest to, że nad rodzicami nie ma nadzoru. Nie da się nawet sprawdzić, czy w ogóle potrafią czegoś dziecko nauczyć. Chodzi o to, by chronić dzieci. Jedni będą sobie radzić świetnie, a ich dzieci zyskają więcej niż w szkole, ale inni wyrządzą im krzywdę, kiepsko je kształcąc. I nikt nie będzie nawet o tym wiedział.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL