fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Libijski dyktator wcale nie musi ponieść klęski

Karabin libijskiego rebelianta
AFP
Piotr Kowalczuk
Rozmowa z włoskim profesorem Vittoriem Emanuelem Parsim, znawcą Bliskiego Wschodu
Wszyscy próbują zrozumieć, kim są i czego chcą libijscy rebelianci. Czy mają związki z al Kaidą, czy to walka o wolność i demokrację, a może chodzi o wojnę plemienną?
Vittorio Emanuele Parsi: To jest anarchiczna rewolucja, w której można znaleźć wszystkie te elementy. Z jednej strony rebelianci domagają się demokracji, z drugiej to jest też walka Cyrenajki o uniezależnienie od Trypolitanii. Trudno również lekceważyć wpływy islamskich integrystów, ale proszę zwrócić uwagę, że w Bengazi nikt na razie nie pali flag Izraela czy USA. Jeśli natomiast Kaddafi utrzyma się przy władzy, wówczas rebelianci – w poczuciu własnej klęski i zdrady Zachodu – mogą faktycznie dać się wciągnąć w orbitę al Kaidy i z tych pozycji atakować i Kaddafiego, i Zachód. W tym konflikcie al Kaida byłaby prawdziwym zagrożeniem, gdyby Kaddafi pozostał przy władzy, a nie odwrotnie.
Czym pana zdaniem skończy się ten konflikt? Obaleniem czy zwycięstwem Kaddafiego, a może podziałem kraju?
Scenariusza rozwoju wypadków nie sposób przewidzieć i w tej chwili wszystko jest możliwe. Chciałbym tylko podkreślić, że wbrew pozorom Kaddafi wcale nie znajduje się w beznadziejnym położeniu. Zachodnia koalicja jest niezdecydowana i coraz bardziej skłócona. Amerykanie ze zrozumiałych względów (Irak, Afganistan) nie chcą się zbyt mocno angażować. Na to nakłada się francuska mania wielkości. Francuzi chcą zdyskontować niezdecydowanie Waszyngtonu. Z kolei państwa europejskie nie chcą działać pod dyktando Francji. Sarkozy to nie de Gaulle, a dzisiejsza Francja nie jest Francją sprzed pół wieku. Co więcej, Europejczycy, głównie z powodu negatywnego stanowiska Niemiec, nie mogą się zorganizować pod flagą Unii. Znów okazuje się, że wspólna polityka zagraniczna Unii de facto nie istnieje. Jest natomiast szereg sprzecznych politycznych i gospodarczych interesów. Nie ma wyznaczonego wspólnego celu. To wszystko działa na korzyść Kaddafiego. Nadal cieszy się on sporym poparciem i nie słychać o jakichkolwiek konfliktach w jego obozie. Kaddafi ma w ręku i ten atut, że zawsze może przerwać działania wobec rebeliantów, zaprzestać ataków na ludność cywilną i wówczas interwencja koalicji straci mandat ONZ, czyli jedyną podstawę, a i ewentualne obiekty ataku. Jeśli Kaddafi rozegra te karty sprytnie, wcale nie musi ponieść klęski.
Wtorkowe włoskie gazety alarmują, że doszło do wojny w wojnie, czyli do ostrego konfliktu między Francją a Włochami na tle Libii. Dzienniki piszą nawet, że Francja chce przejąć włoskie interesy w Libii, a Włochom zostawić miliony uchodźców z północnej Afryki.
Włochy mają, a właściwie miały, w Libii ogromne interesy. Francja i Wielka Brytania niemal żadnych. Włochy muszą działać ostrożniej, bo mają o wiele więcej do stracenia. Stąd widoczna od początku różnica stanowisk. Sarkozy na użytek polityki wewnętrznej chce być bohaterem tej wojny, a Włochy próbują ratować co się da ze swoich interesów w Libii. Inne państwa też nie chcą działać pod dyktando Paryża. Dlatego niemal wszyscy poza Francją pragną, by działania koordynowało NATO. Włochy nawet zagroziły, że w przeciwnym razie zamkną swoje udostępnione koalicji siedem baz. Ale teoria, że Francja chce przejąć włoskie interesy w Libii, idzie za daleko. Z pewnością bez względu na to, czym się to wszystko skończy, dojdzie do nowego rozdania. Ale nie ma żadnych przesłanek, by myśleć, że wygra na tym Francja. Nie lekceważyłbym natomiast groźby wysokiej fali uchodźców. Jeśli Kaddafi odkręci kurek z imigrantami, może to być dla Europy czynnik o wiele bardziej destabilizujący niż zakręcenie kurka z libijską ropą i gazem.
Z tego wynika, że jeśli chodzi o Włochy, bez względu na rozwój sytuacji wyjdą z kryzysu libijskiego przegrane.
Włochy utraciły uprzywilejowaną pozycję w Libii, gdy zaczął się ten konflikt. Z chwilą gdy uznały, że Kaddafi przestał być partnerem, i przystąpiły do koalicji. Ale inaczej z oczywistych powodów postąpić nie mogły. Przecież nie mogły poprzeć Kaddafiego. Teraz jednak w żywotnym interesie Włoch jest to, by jak najszybciej upadł. Nie chodzi tylko o falę uchodźców. Jeśli Kaddafi postanowi wziąć odwet na Zachodzie, Włochy są najbliższym i najłatwiejszym celem ataku. Dlatego Włochy z jednej strony działają ostrożnie, a z drugiej przygotowują się do ery po Kaddafim.
Jak Włochy są w tej chwili postrzegane w Libii? Czy myśli pan, że jeśli Kaddafi upadnie, Włochy i Włosi znajdą się tam w gorszej sytuacji w porównaniu z innymi nacjami z powodu kolonialnych zaszłości?
Nie. Proszę pamiętać, że w 2009 roku podpisany został układ o przyjaźni włosko-libijskiej. Włochy pokajały się za kolonialną przeszłość, zgodziły się wypłacić odszkodowanie, czego żaden inny dawny kraj kolonialny w tym regionie nie zrobił. I właśnie na to największą uwagę zwracała propaganda Kaddafiego. Poza tym w tym konflikcie włoski rząd podkreślał wielokrotnie, że jego lotnictwo nie bierze udziału w bombardowaniach, ale jedynie w patrolach. No i to głównie Włosi zajmują się akcją pomocy humanitarnej.
Jak pan ocenia politykę Silvia Berlusconiego wobec Libii i uściski z Kaddafim?
Berlusconi nie prowadził wobec Libii polityki, ale robił z nią interesy. On w ogóle traktuje politykę zagraniczną w kategoriach biznesu, a włoski biznes z Libią właśnie upadł.
— rozmawiał w Rzymie Piotr Kowalczuk
Profesor Vittorio Emanuele Parsi z katolickiego uniwersytetu Sacro Cuore w Mediolanie. Politolog, wykładał w na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, w Bejrucie i Rosji. Znawca Bliskiego Wschodu. Jest komentatorem dzienników „La Stampa" i „Avvenire". Częsty gość politycznych programów włoskich telewizji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA