Świat

Najważniejsze decyzje zapadają za kulisami

Minxin Pei, politolog, dyrektor programu chińskiego w Fundacji Carnegie w Waszyngtonie
Rz: Ten zjazd wyznacza prawdopodobnie półmetek władzy Hu Jintao. Jak sobie radzi Hu?
Minxin Pei: Znacznie lepiej, niż przewidywała większość obserwatorów. Okazał się bardzo twardym, skutecznym politykiem. Czy będzie jeszcze silniejszy, zależy w dużej mierze od wyniku tego zjazdu. Jeśli uda mu się przeforsować na swego następcę kogoś, kto jest powszechnie uważany za „jego” człowieka, a także zmniejszyć liczbę członków stałego komitetu politbiura, będzie to znak, że rola Hu jest niepodważalna, że skonsolidował władzę w swoich rękach. Dlaczego liczba członków stałego komitetu, czyli wierchuszki, ma takie znaczenie?
Mówi się, że Hu Jintao woli pracować z mniejszą liczbą osób, ale inni się temu sprzeciwiają. Dlatego ostateczny wynik tego sporu – siedem czy dziewięć – będzie jednym ze wskaźników jego wpływów. Obserwując kolejne zjazdy, można odnieść wrażenie, że mimo braku mechanizmów demokratycznych w państwie partii udało się wypracować coś w rodzaju demokracji wewnątrzpartyjnej. To iluzja. Jedyne, co się udało, to likwidacja stałych posad, dożywotnich foteli przywódczych. Dziś zasada kadencyjności wydaje się niepodważalna. Ale już jeśli chodzi o wybór następców, zasad nie ma. Wszystko polega na zakulisowych rozgrywkach, na budowaniu koalicji interesów, na targowaniu wpływami. Jeśli ty poprzesz mojego kandydata na to stanowisko, ja poprę twojego na inne. Wszystko odbywa się niejako w ukryciu, jest niedostępne dla świata zewnętrznego. Nie wiadomo nawet, jacy są kandydaci na nowych przywódców? Wedle pogłosek faworytem Hu jest Li Keqiang. Nikt z zewnątrz nie wie tego na pewno. Wiadomo jedynie, że istnieje paru innych równie silnych kandydatów. Inaczej było z Hu Jintao. Gdy nadeszła jego chwila, było jasne, że nie ma silnych rywali. Ale jego namaścił sam Deng Xiaoping. Czasy się jednak zmieniły i dziś w Chinach nie ma nikogo, kto miałby choć pół tego autorytetu i wpływów, jakie miał Deng. Właśnie. To sprawia, że gra polityczna jest nieporówny- walnie bardziej skomplikowana. I wymaga znacznie więcej wewnętrznych negocjacji i handlu wpływami. Oczywiście nie między kandydatami, lecz ich patronami. Kandydaci zachowują się bardzo ostrożnie. Na samej górze lobbing we własnej sprawie stanowi tabu, jest bardzo źle widziany. Każdy, kto by się go podjął, zadałby sam sobie poważny cios. By dojść do władzy w Chinach, trzeba dokonać rzeczy niemal niemożliwej – wygrać wyścig, udając, że się w nim nie startuje. Kto więc prowadzi ten lobbing? Zwolennicy poszczególnych kandydatów. Na przykład ich podwładni. Im jak najbardziej wypada. Najskuteczniejsi w lobbingu są jednak przywódcy poszczególnych prowincji, którzy nie ubiegają się o stanowisko w rządzie centralnym. Jeśli uda im się obstawić zwycięskiego konia, mogą oczywiście liczyć na uprzywilejowane traktowanie w przyszłości. Jak Pekin odbierze to, że dokładnie w czasie zjazdu prezydent USA odznaczy Dalajlamę? Pekin bez wątpienia będzie bardzo niezadowolony. Ale jestem przekonany, że to przypadkowa zbieżność dat. Wizytę Dalajlamy w USA przygotowano na kilka tygodni przed ogłoszeniem daty zjazdu KPCh. Jeśli jednak amerykański prezydent rzeczywiście chce wysłać Pekinowi jakiś sygnał polityczny, uczestnicząc w tej uroczystości, to nie jest do końca jasne jaki. Przecież dopiero co ogłosił, że pojedzie do Pekinu podczas igrzysk olimpijskich. Może chce zrównoważyć to, co zrobił dla Pekinu, tym, co robi Pekinowi. Chińczycy odbiorą to jako ruch obliczony na potrzeby wewnętrzne Busha. Nie będą specjalnie krzyczeć, bo a nuż Bush powie: – Jak tak, to ja nie pojadę do Pekinu. To byłoby znacznie gorsze. Zresztą partia ma pełną kontrolę nad problemem tybetańskim. Nie jest tak drażliwy jak kwestia tajwańska. Nikt w Pekinie nie myśli poważnie o groźbie utraty Tybetu. Natomiast Tajwan pozostaje poza kontrolą i może zostać stracony na zawsze.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL