Wywiady i rozmowy

Chcemy zarażać miłością do kina

Roman Gutek i Geraldine Chaplin na premierze filmu "Porozmawiaj z nią", 2003 r.
Gutek Film
Roman Gutek opowiada o swoich spotkaniach z wielkimi i interesującymi twórcami oraz poszukiwaniach artystycznego, wartościowego kina
Rz: Jak poleciłby pan czytelnikom "Rzeczpospolitej" naszą wspólną kolekcję filmową?
Roman Gutek : Mam wrażenie, że udało nam się zrobić coś oryginalnego. Ten zestaw jest chyba odważny i szlachetny - proponujemy tytuły o bardzo wysokim poziomie artystycznym. Skupiamy się na kinie Starego Kontynentu, bo w ostatnich latach właśnie w kinematografiach europejskich dzieje się wiele ciekawych rzeczy. I możemy pochwalić się kilkoma klasycznymi już tytułami - od "Dogville" aż po "Klimaty". Nie obawia się pan, że wybór jest zbyt elitarny? Firma Gutek Film kojarzy się z kinem ambitnym, ale trudnym i nie dla każdego.
Ambitnym - zgoda. Jednak z tą elitarnością nie przesadzajmy. My też musimy przetrwać na rynku. "Życie jest snem" Emira Kusturicy cieszyło się w kinach dużym powodzeniem. "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" Petera Zelenki to film, którego obejrzenie wielu widzom sprawi przyjemność. I pewnie zaciekawi, bo z humorem opowiada o tym, jak zwyczajni ludzie z naszych postkomunistycznych krajów odnajdują się po transformacji. Ja sam gorąco polecam "Historie kuchenne" osadzone w skandynawskiej rzeczywistości, trochę surrealistyczne, ale sympatyczne i ludzkie. Chciałbym, żeby czytelnicy "Rzeczpospolitej" polubili te obrazy, tak jak my je lubimy. Jak pan wyszukuje swoje filmy? Ja i moi współpracownicy uczestniczymy we wszystkich ważnych imprezach filmowych. Jeździmy do Cannes, Berlina, Wenecji, Karlowych Warów, Toronto, ale bierzemy też udział w festiwalach mniejszych, takich jak w Rotterdamie czy Salonikach, gdzie jest dużo kina bałkańskiego. Co rok jesteśmy w Pussan, w Korei. Jeszcze tej jesieni będziemy w Tallinie, Rzymie, Wiedniu, Turynie. Marzy mi się, żeby polecieć do Nowej Zelandii, bo kino nowozelandzkie chcemy zaprezentować w lipcu przyszłego roku na festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Poza tym uważnie czytamy, co piszą krytycy. Ciągle szukamy nowych twórców i interesujących zjawisk. Na niektóre tytuły, takie jak na przykład zwycięzcę canneńskiej Złotej Palmy, przepiękny "Pokój syna" Nanni Morettiego, musieliśmy czekać dość długo. Czasem musimy przeczekać pofestiwalową gorączkę. Negocjujemy dopiero wtedy, gdy właściciele praw decydują się nieco opuścić ceny. Są twórcy, z którymi związujecie się na dłużej. Przez lata wprowadzał pan na polskie ekrany filmy Pedro Almodóvara, Larsa von Triera, Kena Loacha, Nanni Morettiego czy Mike'a Leigha. Przywiązujemy się. Na przykład "Element zbrodni" Larsa vonTriera oglądałem w połowie lat 80. na przeglądzie filmów duńskich. Nie miałem wtedy jeszcze firmy dystrybucyjnej. Kiedy powstał Gutek Film, sprowadziłem ten obraz do Polski. W 1986 roku na festiwalu warszawskim pokazywaliśmy 50-minutową etiudęszkolną Triera. I staramy się być mu wierni. Czy przyjaźnicie się z "waszymi" twórcami? Trier na przykład uchodzi za nieco nieobliczalnego dziwaka. Gdy kończył "Tańcząc w ciemnościach", zaprosił mnie i mojego współpracownika Jakuba Duszyńskiego do Kopenhagi. Robił pokazy dla ekipy, chciał i nam przedstawić swój film. Byliśmy w jego studiu Zentropa mieszczącym się w starych koszarach. Na tym dawnym wojskowym poligonie, za wzgórzem, on sam też ma swój dom. Trier część zdjęćdo "Europy" kręcił w Polsce, od jego producenta dowiedzieliśmy się, że bardzo polubił żubrówkę. Zabraliśmy ze sobą butelkę. Rozkleił się, zaczął wspominać Polskę. Potem spotykaliśmy się w innych okolicznościach, na festiwalach. Z niektórymi twórcami, takimi jak Ioselliani czy Peter Zelenka, utrzymujemy kontakt. Czasem też zdarzają nam się zabawne sytuacje. Tony Gatliff przyjechał doWarszawy na promocję "Transylwanii". Chciał obejrzeć warszawski folklor i zabraliśmy go do jednego z praskich klubów, gdzie usłyszał koncert zespołu Maćko Korba. Tego samego wieczoru Gatliff, który obchodził wtedy urodziny, przyprowadził tych muzyków do kina Muranów, gdzie zagrali dla zgromadzonej na pokazie publiczności. Impreza skończyła się nad ranem. A potem zaprosił ich do Paryża na francuską premierę filmu. Wprowadza pan dzieła mistrzów, ale mam wrażenie, że gdy stają się oni sławni, zaczyna się pan rozglądać za debiutantami. Albo za takimi artystami jak Tsai Ming-liang czy Nuri Bilge Ceylan, bardzo cenionymi przez krytyków i dyrektorów festiwali, ale nieznanych szerszej widowni. To prawda, lubię szukać nowych twarzy, dokonywać odkryć. Odczuwam satysfakcję, gdy mogę polskim widzom pokazać taki film jak "Klimaty". Zachwycam się czymś i swoim zachwytem chcę podzielić się z innymi. To właśnie jest najfajniejsze w naszej pracy. Przez lata zyskaliśmy dla artystycznego kina wierną publiczność. Na festiwalu Era Nowe Horyzonty mieliśmy w tym roku 123 tysiące widzów. Dla nich jest ta kolekcja? Tak. Ale nie tylko. Mam nadzieję, że naszą miłością do artystycznego kina zarazimy następnych widzów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL