Styl życia

Cztery kółka dla taty

Zaczęło się niewinnie. Holender Max Barenburg kończył studia w szkole wzornictwa w Eindhoven. W ramach pracy dyplomowej zaprojektował dziecięcy wózek. Funkcjonalny‚ nowoczesny‚ solidny miał zachwycać nie tylko matki‚ ale także ojców.
Skończywszy studia (z wyróżnieniem) chciał swym pomysłem zainteresować producentów. Ci pukali się w czoło – wózek był zbyt rewolucyjny. Zdesperowany Barenburg poprosił w końcu o pomoc szwagra i własnym sumptem wybudowali pierwszy model. Był rok 1999. Bugaboo wyjechał na ulice Amsterdamu.
Pięć lat później‚ wkrótce po narodzinach naszej córki‚ mój mąż otrzymał towarzysko-marketingowy e-mail od znajomego z niedużej agencji reklamowej w Amsterdamie. Donosił o fantastycznym wózku‚ którym można wybrać się na wyprawę i – w ramach przewodnika – zawierał trasy spacerowe po kilku europejskich miastach. Pojawiały się na nich kawiarnie (bo cafe latte to jak wiadomo podstawowa potrzeba matek borykających się z laktacją) oraz parki. Bugaboo był wózkiem i miejskim, i terenowym. Zaledwie kilka tygodni później – mieszkaliśmy wówczas w Londynie – w jednej z modnych i zasobnych dzielnic‚ namierzyłam pierwsze pomarańczowe bugaboo. Błyskawicznie‚ pojawiły się następnie. Jaskrawe‚ wesołe kolory‚ aluminiowa konstrukcja i minimalistyczny design robiły wrażenie. Wózek‚ choć bardzo lekki‚ był solidny. Można było regulować długość rączki‚ a nawet zmieniać jej położenie‚ tak by dziecko zwrócone było przodem lub tyłem do kierunku jazdy. Miał dwa malutkie kółka z przodu (łatwość manewrowania) i dwa duże z tyłu (stabilność).
Pan Rittenhouse dostał amoku. Od sprzętów i gadżetów‚ które ofiarowano naszej córce (lub nam?) w ciągu kilku zaledwie miesięcy jej życia‚ nasze małe mieszkanie pękało już w szwach. Ale żadna marka samochodu nie wzbudzała takiej ekstazy jak bugaboo. Okazało się‚ że wózek‚ który na e-Bayu kosztował około 1000 funtów, musimy kupić natychmiast. Zagroziłam strajkiem i perfidnymi sankcjami. Jakoś rozeszło się po kościach. Ale do dziś – córka ma już prawie cztery lata – mąż na widok bugaboo wzdycha z zachwytem. Delikwentów‚ którzy cierpią na podobną przypadłość‚ znam jeszcze kilku. Gdy pod koniec 2004 roku przenieśliśmy się do Nowego Jorku‚ wózki Bugaboo jeszcze tam nie dotarły. Ale najwyraźniej musiały już chyba przyjść jakieś e-maile z doniesieniami. Jeździłam z córką do Central Parku innym‚ także trochę egzotycznym‚ wózkiem wyprodukowanym przez nieznaną angielską firmę (nabytym za ułamek sumy, którą trzeba było wysupłać na bugaboo). I pierwszy raz w życiu nie mogłam się opędzić od przystojnych mężczyzn (tak zdecydowanie przeważali mężczyźni!)‚ którzy bezpardonowo pytali czy to bugaboo‚ gdzie go zdobyłam i za ile. Na ogromne‚ niebieskie oczy mojej córki nikt nie zwracał uwagi. Dziś w Central Parku wózków Bugaboo jest już tyle‚ że często się zastanawiam‚ jak tym wszystkim hip rodzicom z Manhattanu‚ udaje się unikać korków. Raz po raz robię mały statystyczno-socjologiczny eksperyment: ile uda mi się ich namierzyć w ciągu kwadransa. Przyjmuję zakłady na najbliższy weekend.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL