fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kryminalne zagadki Tudorów

C. J. Sansom „Komisarz”, Albatros 2010, 480 str.
Archiwum
Czy człowiek może coś poradzić na całe zło świata? Może przynajmniej wyjaśniać zagadki, które są jego własnym dziełem – twierdzi Matthew Shardlake, komisarz królewski, wysłannik lorda Cromwella, bystry detektyw, wzięty prawnik i nieszczęśliwy garbus. Jest rok pański 1537: król Henryk VIII zdążył już zerwać z Rzymem, zdekapitować Tomasza Morusa i pozbyć się Anny Boleyn. Jako szczęśliwy mąż Jane Seymour ma teraz więcej czasu na tępienie papistów i przejmowanie dóbr rozwiązywanych klasztorów. Do jednego z nich, w nadmorskim Scarnsea, przybywa ze specjalną misją detektywistyczną Shardlake. Zginął tu człek króla – niejaki Singleton, który szukał dowodów na nieprawości mnichów. Nie pierwsza to, jak się okaże, i nie ostatnia nagła śmierć w klasztorze św. Donatusa.
Skojarzenia z „Imieniem Róży” narzucają się same, sam autor zresztą kpi z nich dyskretnie w scenie, gdzie główny bohater natyka się w bibliotece na egzemplarz dzieła Arystotelesa o komedii – tego samego, które odgrywało tak ważną rolę w powieści Umberta Eco. Jednak książka C. J. Sansoma to nie erudycyjna gra literacka, lecz klasyczny kryminał, zręcznie zresztą napisany, dobrze wymyślony i obfitujący w smakowite historyczne detale. Brytyjski pisarz (znany w Polsce z „Zimy w Madrycie”) konstruuje opowieść (o Shardlake'u napisał dotąd pięć tomów) w sposób podobny do tego, jak Steven Saylor budował książki o rzymskim Gordianusie Poszukiwaczu – to prawdziwe wypadki historyczne wprawiają w ruch fabułę, postaci historyczne mieszają się z fikcyjnymi, ale same intrygi kryminalne to już owoc bogatej imaginacji autora.
Umiejscowienie cyklu w czasie pozwala także na osadzenie kryminalnych zagadek w szerszym kontekście – Anglia Henryka VIII to przecież świat w momencie zwrotnym, w chwili przełomowej. Deliberacje o zaletach i wadach starego katolickiego porządku oraz nowego (czy lepszego?) świata reformacji są zresztą obecne w „Komisarzu” od początku do końca. I bywają nazbyt poprawne politycznie – tak jakby autor, nie chcąc urazić żadnej ze stron, postanowił po aptekarsku ważyć racje, a całość pointował refleksją, że ludzie nazbyt ogarnięci religijnym zapałem zdolni są do rzeczy niemiłych. A stąd już blisko do wniosku, że wszelka wiara jest podejrzana, bo nigdy nie wiadomo, co też z niej złego wyniknie. Gdzie te czasy, w których pisarze pytali także o to, co może z niej wyniknąć dobrego?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA