fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Kocham duże śpiewaczki

Sam pomysł wysłania „Trojan” w kosmos można uznać za szalony, Berlioz, pisząc operę, pozostawał w świecie greckiej mitologii
Fotorzepa, Krzysztof Bieliński Krzysztof Bieliński
Carlus Padrissa, hiszpański reżyser „Trojan”, opowiada, co jest dla niego najważniejsze w operze
[b]Lubi pan bajki?[/b]
[b]Carlus Padrissa:[/b] Bardzo.
[b]Rozumiem więc, dlaczego chętnie reżyseruje pan opery. Większość z nich dzieje się w świecie mało realnym. Sądzi pan, że każda epoka ma prawo tworzyć własną wizję takich bajek?[/b]
[wyimek][link=http://www.rp.pl/temat/601183-Opera-Narodowa.html]Czytaj specjalny dodatek[/link][/wyimek]
[b]Carlus Padrissa:[/b] Oczywiście, choć musimy pamiętać o tym, że niemal każda opera opowiada o ludzkich uczuciach, pragnieniach i marzeniach, a te z reguły pozostają niezmienne.
[b]A podjąłby się pan wystawienia na wskroś realistycznej opery, jaką jest „Tosca”?[/b]
Nie, gdyż mnie interesują takie utwory, w których opowiedziana historia ma wymiar metaforyczny, symboliczny. Dlatego z dorobku Pucciniego Fura dels Baus wybiera nie „Toscę” czy „Cyganerię”, ale będziemy inscenizować „Turandot”. W najbliższej przyszłości wystawimy też „Makbeta” Verdiego.
[b]Znowu pojawią się w tych spektaklach pesymistyczne wizje świata, jak w „Trojanach” czy „Pierścieniu Nibelunga” w Walencji?[/b]
Nie jestem totalnym pesymistą. W tetralogii Wagnera chcieliśmy pokazać nie tylko upadek świata bogów, ale i wyzwolenie człowieka. Natomiast w „Trojanach” opowiadam o sprawie niesłychanie ważnej. Niektórzy lekceważyli mój pomysł z wirusem komputerowym lub uważali, że sprzeniewierzam się ideom Berlioza. Jednak w dzisiejszym świecie wirus komputerowy jest jak koń trojański. Może spowodować całkowitą zagładę. Czy to wizja pesymistyczna? Nie wiem, moim zdaniem na pewno prawdziwa.
[b]Nie ma w panu odrobiny optymizmu? Świat przecież bywa piękny.[/b]
Założyłem rodzinę, więc muszę być optymistą. Mam dwie córki, wierzę, że czeka je wspaniała przyszłość. Nie zmienia to faktu, że wirus może zainfekować również naszych bliskich.
[b]Kiedy zaczyna pan pracę nad operą, myśli pan od razu scenicznymi obrazami?[/b]
Zdecydowanie tak. Teraz, kiedy już wchodzę w świat „Turandot”, wyobrażam sobie lód, lodowisko, które będzie się topić jak serce księżniczki Turandot. Kolejny mój obraz, który kojarzy się z tą operą, to giętki bambus. Na pewno pojawi się na scenie.
[b]Czy scenograf jest tylko wykonawcą pańskich poleceń, czy ma prawo zgłaszać własne rozwiązania?[/b]
Przekazuję mu swoją wizję, wyjaśniam, ale to on nadaje konkretny kształt moim pomysłom.
[b]A kim jest dla pana dyrygent? W którym momencie zaczyna pan z nim rozmawiać?[/b]
Od początku, tak też wyglądały kontakty z Valerym Gergievem przy „Trojanach”. Bardzo mi pomógł, nie tylko jako znakomity muzyk, ale i Rosjanin, a więc obywatel kraju, który jest potęgą kosmiczną. Właśnie w trakcie wspólnych rozmów zrodził się pomysł, że Eneasz nie powinien szukać swojego miejsca w Italii, ale poza Ziemią, na Marsie, gdzie mogłyby się rozpocząć dzieje nowej cywilizacji. Muszę też dodać, że w początkowej fazie projektowania posługiwałem się koncertowym nagraniem „Trojan” pod batutą Gergieva. Od razu urzekły mnie intensywność muzyki i silne kontrasty w niej obecne. Dlatego chętnie zdecydowałem siępracować z tym dyrygentem.
[b]Łatwo pana przekonać w dyskusji, czy też broni pan swojego zdania do ostatka?[/b]
Kiedy reżyseruję operę, muzyka ma znaczenie decydujące. Jest jakby nicią, na którą nawlekamy wszystkie inne elementy przedstawienia operowego. Moim zadaniem jest znalezienie takich rozwiązań scenicznych, by dźwięk był jak najlepszy. Jeśli dyrygent mówi mi, że chór czy soliści powinni zostać inaczej rozmieszczeni na scenie, podporządkowuję się temu bez sprzeciwu. Tak było nie tylko z Valerym Gergievem, ale i z Zubinem Mehtą w przypadku „Pierścienia Nibelunga” w Walencji. Chyba dobrze się nam pracowało, bo chce uczestniczyć w kolejnych projektach La Fura dels Baus.
[b]Niewielu współczesnych reżyserów operowych z takim respektem traktuje muzykę.[/b]
Ona ich po prostu nie interesuje. Jestem wyjątkiem, kocham muzykę, która mnie inspiruje.
[b]Śpiewaków też pan kocha? Miewają trudne charaktery.[/b]
Kocham. I dla mnie śpiewaczka nie musi być smukłą, wiotką kobietą, czego żądają dziś inni reżyserzy. Uwielbiam ogromne, puszyste soprany, są dla mnie jak królowe, jak boginie, silne psychicznie i fizycznie. Z instrumentów też od delikatnych skrzypiec wolę potężne wiolonczele o wspaniałym brzmieniu. Najważniejszy jest głos.
[b]Jest jakiś tytuł, o którego wystawieniu marzy pan od dawna?[/b]
„Parsifal” Richarda Wagnera.
[b]Życzę więc, by mógł pan to marzenie zrealizować w Operze Narodowej.[/b]
Nie miałbym nic przeciwko temu. Jestem pod wrażeniem nie tylko ogromu sceny, ale i absolutnego profesjonalizmu wszystkich zespołów tego teatru.
[i]rozmawiał Jacek Marczyński[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA