Publicystyka

Wołek: Chodzi o Komorowskiego, nie Jaruzelskiego

Tomasz Wołek
Rzeczpospolita
Zaproszenie generała na spotkanie RBN nie było żadną rehabilitacją ani tym bardziej nobilitacją. Za to niewykorzystanie jego wiedzy byłoby błędem i zaniedbaniem – pisze publicysta
Burzliwa dyskusja, która rozgorzała wokół gen. Jaruzelskiego, pomija pewien znamienny epizod. Warto go dziś przywołać. Otóż gdyby nie tragiczna katastrofa pod Smoleńskiem, prezydent Lech Kaczyński 9 maja 2010 r. spędziłby prawdopodobnie w Moskwie, uczestnicząc w obchodach zakończenia II wojny światowej. Ponieważ zaproszenie na owe uroczystości dostał również gen. Jaruzelski, prezydent początkowo się wahał, czy do Moskwy w ogóle wyruszyć. Jednak niebawem wyboru dokonał.
[srodtytul]Zaproszenie od Kaczyńskiego [/srodtytul] 30 marca minister Paweł Wypych poinformował opinię publiczną, że w ramach "pomocy logistycznej" prezydent zaprasza gen. Jaruzelskiego na pokład samolotu. "Lech Kaczyński – wyjaśniał tę decyzję Wypych – bardzo negatywnie ocenia działalność Jaruzelskiego w latach PRL, zwłaszcza w okresie stanu wojennego. Jednak należy pamiętać, że gen. Jaruzelski, oprócz udziału w II wojnie światowej był również demokratycznie wybranym prezydentem Polski. W związku z powyższym ten szacunek ze względu na wiek, ale także na mandat prezydencki, wydaje się oczywisty". Nie rozległy się wówczas głosy oburzenia. Ten uprzejmy gest został dobrze przyjęty. Nikt nie kwestionował tego, iż urzędująca głowa państwa – przy twardo wyłożonych zastrzeżeniach natury historycznej – żywi szacunek dla jednego ze swoich poprzedników, że pozostaje z rewerencją dla podeszłego wieku, że docenia wojenne trudy. W ówczesnej argumentacji Lecha Kaczyńskiego jeszcze jeden aspekt zasługuje na podkreślenie. Mianowicie fakt, że nie podważał on demokratycznej legitymacji Jaruzelskiego do sprawowania prezydenckiego urzędu. A przecież okoliczności wyboru Jaruzelskiego nie były jednoznaczne i po dziś dzień tamtemu aktowi tu i ówdzie odmawia się zarówno prawnej, jak i zwłaszcza moralnej prawomocności. Warto zatem owe okoliczności przypomnieć. [srodtytul]Roztropny kompromis [/srodtytul] 19 lipca 1989 r. Wojciech Jaruzelski był jedynym kandydatem na prezydenta. O jego wyborze decydowało całe Zgromadzenie Narodowe. Na Jaruzelskiego głosowało 270 parlamentarzystów, przeciw było 233, 36 zaś wstrzymało się od głosu. Przy takiej akurat frekwencji kandydatowi wystarczało właśnie 270 aprobujących głosów. Upraszczając sprawę, chodziło o obniżenie quorum do poziomu gwarantującego wybór. Los generała leżał głównie w rękach posłów i senatorów Klubu OKP reprezentującego opozycję solidarnościową. Absolutna większość głosowała przeciw. Jednakże siedmiu członków OKP oddało głosy nieważne: Wiktor Kulerski, Andrzej Miłkowski, Aleksander Paszyński, Andrzej Stelmachowski, Stanisław Stomma, Witold Trzeciakowski i Andrzej Wielowieyski. W głosowaniu nie uczestniczyło 11: Marek Jurek, Henryk Wujec, Andrzej Szczepkowski, Adela Dankowska, Paweł Chrupek, Lech Kozaczko, Jerzy Pietkiewicz, Maria Stępniak, Zdzisław Nowicki, Krzysztof Pawłowski i Mieczysław Ustasiak. Senator Stanisław Bernatowicz głosował na Jaruzelskiego. Tych 19 ludzi przesądziło o tym, iż komunistyczny generał został prezydentem odradzającej się Polski. Gdyby otrzymał choćby jeden głos mniej, do wyboru by nie doszło. Ci, którzy w praktyce to umożliwili, narazili się na krytykę. Padały nawet zarzuty – jeśli nie zdrady, to niejasnej intrygi, nieczystej gry, odstąpienia od ideałów. A przecież owi politycy nie sprzeniewierzyli się wyznawanym wartościom. Uznali, że wybór Jaruzelskiego jest kompromisem godziwym i roztropnym. Że w obliczu skomplikowanej gry sił (nadal istniał ZSRR, Układ Warszawski) rozwiązanie to zapewnia względną stabilizację i w jakiejś mierze wytrąca argumenty z ręki wcale nie marginalnym frakcjom "twardogłowych" zarówno w Rosji, jak i w Polsce. Zresztą pucz Janajewa, który nastąpił jakiś czas później, potwierdził, że siły starego porządku nie godzą się łatwo z historycznymi przemianami. [srodtytul]Rosja od podszewki[/srodtytul] Jaruzelski okazał się prezydentem niekonfliktowym i lojalnym wobec odzyskującej niepodległość Polski. Nie tylko nie blokował, lecz wspierał tyleż trudne, ile konieczne reformy rządu Tadeusza Mazowieckiego. Sam skrócił swoją kadencję, rozumiejąc, że czas jego politycznej aktywności się wypełnił i dobiega już kresu. Krytycy zaproszenia generała na prezydencką naradę potępili tę decyzję w czambuł. Padły zarzuty: obelga, wstyd, hańba, zdrada. Jarosław Kaczyński posunął się do insynuacji, iż dawny dyktator najwyraźniej trzyma w zanadrzu haki na rządzącą dziś ekipę. Przecież już kiedyś przestrzegał, że "pospadają aureole". Tym tłumaczyłyby się żałosne umizgi mające udobruchać groźnego szantażystę i zyskać jego przychylność. Pojawiła się też krytyka nieco bardziej zniuansowana. Jakimż to ekspertem od Rosji może być sędziwy generał? Sowieckie czasy i obyczaje dawno minęły. Nową Rosją rządzi już młode pokolenie, którego Jaruzelski nie zna i nie rozumie. Uważam te zastrzeżenia za powierzchowne albo wręcz bałamutne. Trudno bowiem wyobrazić sobie kogoś, kto Rosję i Rosjan poznałby tak dogłębnie, od podszewki, i tak wielostronnie, zarówno z perspektywy syberyjskiego zesłańca, jak i z pozycji komunistycznego dygnitarza tyle lat gorliwie służącego faktycznym mocodawcom z Moskwy. Nikt nie przeniknął wnikliwiej sposobu myślenia i mentalności kremlowskich genseków, strategicznych planistów, marszałków wojska i dowódców KGB – bo też nikt inny nie spotykał się z nimi tak długo, tak często, na szczeblu tak wysokim (zazwyczaj najwyższym) i w okolicznościach najrozmaitszych. [srodtytul]Wysłuchać i docenić[/srodtytul] Jest to wiedza bezcenna i bynajmniej nie tylko archiwalna. Przecież ci sami krytycy ostrzegają co rusz, że odradzają się imperialne aspiracje Rosji. Skoro tak, to nie ma lepszego znawcy imperialnych interesów, mechanizmów, zamiarów, metod. Ponadto sowieckie relikty – zwłaszcza w myśleniu – nadal są żywe w dzisiejszej Rosji. Sam premier Putin był wysokim oficerem KGB. I on, i nawet młodszy prezydent Miedwiediew wychowywali się w ZSRR. Wielu wciąż czynnych polityków rosyjskich, jeśli nawet nie wzdycha do tamtych czasów, to mentalnie i kulturowo ma je we krwi. Ewolucja współczesnej Rosji przebiega powoli i nie bez oporów. Pomijam inne aspekty zaproszenia Jaruzelskiego: ludzkie, chrześcijańskie bądź czysto formalne (nie wykluczamy nikogo z byłych prezydentów i premierów). Nie lekceważę tych względów. Jednak za najważniejsze uważam kryterium pragmatyczne. Udział Jaruzelskiego w dyskusji nie był, wbrew sugestiom krytyków, żadną rehabilitacją ani tym bardziej nobilitacją. Za to niewykorzystanie jego wiedzy i ogromu doświadczenia byłoby błędem i zaniedbaniem. Tym bardziej że było to zaproszenie jednorazowe, dotyczące aktualnej, konkretnej kwestii. W wolnym, demokratycznym kraju każdy głos mogący przysłużyć się polskim sprawom winien zostać wysłuchany i – stosownie do jego wagi – doceniony. Głos generała w odniesieniu do relacji polsko-rosyjskich tę wagę posiada. [srodtytul]Chodzi o Komorowskiego [/srodtytul] Zarazem wszystko to nie unieważnia ni na jotę oceny historycznego bilansu Wojciecha Jaruzelskiego. Bilansu nierównego, choć ja sam – podobnie jak Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski oraz duża część opinii publicznej – jego działalność w okresie PRL oceniam nader krytycznie, a nawet surowo. W stanie wojennym uważałem go za wroga i darzyłem szczerym uczuciem nienawiści. To na szczęście mijało z czasem. Oczywiście, obracałem w myślach frazę Zbigniewa Herberta ("Nie przebaczaj w imieniu tych, których zdradzono o świcie"), ale też coraz lepiej rozumiałem sens przestróg naszych śpiewających bardów: Czesława Niemena ("Nienawiść zniszczyć w sobie") i Jana Krzysztofa Kelusa ("Mój przyjaciel Jacek, co tyle wymyślił, mówi, że się muszę ustrzec nienawiści"). Nienawiść niszczy bowiem przede wszystkim samego nienawistnika. Od stanu wojennego minęło już niemal 30 lat. Niczego nie należy zapominać, wszelako niepodobna w nieskończoność uprawiać martyrologię jałową. Bronisław Wildstein wyraził ostatnio skruchę, że dotychczas nie chadzał protestować pod dom generała. Gdy próbuję dociec, co przywiodło go w tym roku w to miejsce, znajduję tylko jedną odpowiedź. Przecież nie osoba samego generała, gdyż Wildsteina (a i moja także) opinia o Jaruzelskim nie zmieniła się przez ostatnich 20 lat. Generał jest zaledwie postacią zastępczą, pretekstem. Naprawdę chodzi o Bronisława Komorowskiego. To przeciw niemu protestowali uczestnicy manifestacji. Krzysztof Czabański proponował bez ogródek: "a najlepiej przejść od Jaruzela do Komorowskiego". Zatem pokazać kompromitującą więź, nawet zależność. Czyli potwierdzić opinię prezesa Kaczyńskiego o "przypadkowym prezydencie", nieprawym, niegodnym tego urzędu. W istocie to kolejny rozdział toczonej od 2005 roku bitwy o właściwe odczytanie współczesnej historii Polski. Przewlekłej, zaciętej bitwy o pamięć. Jestem pewien, że niegardzący insynuacją, potwarzą i kłamstwem nienawistnicy batalię tę przegrają. [i]Autor jest publicystą, był m.in. redaktorem naczelnym "Życia Warszawy" i "Życia"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL