fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Katastrofa smoleńska

Zaremba: Jarosław Kaczyński i antypisowska propaganda

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Po Smoleńsku obecna polityka nie powinna wyglądać tak, jak wygląda. Ale tym bardziej nie może być całkiem normalna, ustabilizowana, podobna do holenderskiej czy szwajcarskiej – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
O łódzkiej tragedii dowiedziałem się w Krakowie. Kolega rzucił przez telefon: a w Warszawie Waldemar Kuczyński już pisze tekst obciążający Jarosława Kaczyńskiego całą winą za zdarzenie. Był to żart, ale taki tekst się rzeczywiście pojawił – następnego dnia – w "Gazecie Wyborczej".
[srodtytul]Kuczyński kontra nienawiść [/srodtytul]
Czy Kuczyński jest najlepszym sędzią cudzej nienawiści? W swojej biografii Jarosława Kaczyńskiego opisuję charakterystyczne zdarzenie: w saloniku dla gości w telewizji TVN ów dawny polityk przedzierzgnięty w publicystę zobaczył kiedyś na ekranie któregoś z braci Kaczyńskich. Zaczął się trząść na całym ciele i wygrażać pięściami. Ekranowi. Mamrotał, że Kaczory powinny zniknąć z życia publicznego.
Waldemar Kuczyński, ongiś ekonomista o wyważonych poglądach, pisze od pięciu lat jeden i ten sam tekst, który można by z łatwością zastąpić owym wygrażaniem. O tym, że Kaczyńscy szykują dyktaturę, wiedział na drugi dzień po wyborach 2005 roku. To człowiek nieszczęśliwy, nawet jego co bardziej trzeźwi sojusznicy podśmiewają się z niego po kątach. Zadam jednak pytanie bardzo w duchu socjologizujących rozważań, jakich mnóstwo pojawiło się po łódzkim zdarzeniu. Jak ocenić ludzi, a w istocie "system", w tym przypadku medialny, który jego emocje wykorzystuje? Który czyni nienawistnika ekspertem od nienawiści? W końcu ktoś w redakcji "Wyborczej" wie, że przy okazji takiego zdarzenia trzeba zadzwonić właśnie do "Pana Waldemara". Nikt nie przywali tak jak on. A takich panów Waldemarów jest sporo.
[srodtytul]Diagnoza jak cep [/srodtytul]
W efekcie system pracuje bezbłędnie. Gdy po wydarzeniach w Łodzi tak zwani prawicowi publicyści, łącznie z rzekomymi "radykałami" w typie Bronisława Wildsteina, dzielili włos na czworo, druga strona nie miała od pierwszych chwil wątpliwości. Reagując instynktownie zmasowanym ostrzałem, który trwa do dziś.
Z tej wrzawy wyzierają nawet różne recepty. Miłosierna Dominika Wielowieyska proponowała w "Wyborczej" stworzenie wokół prezesa PiS "strefy ciszy". Na co odpowiedział bardziej miarodajny dla gazety Michnika Marek Beylin: nie ma mowy, Kaczyński musi być rozliczony do końca.
Wszakże oboje łączy jedno: prostota diagnozy. Oczywistej jak cep. Winny jest po pierwsze jeden człowiek, po drugie jedna partia, po trzecie, widać to wyraźnie w tekście Beylina, wszyscy ci, którzy nie chcą zaakceptować logiki systemu. Cokolwiek to pojęcie "system" nie oznacza, sam Beylin go chętnie używa. Niby przedrzeźniając Kaczyńskiego. Tak naprawdę zaś z tym niedookreślonym "systemem" się utożsamiając.
[srodtytul]Kaczyński skłonny do bitki, ale… [/srodtytul]
Nie jestem entuzjastą obecnej taktyki lidera głównej partii opozycyjnej, a strategii, jak wielu, do końca nie rozumiem. Myślę, że po smoleńskiej katastrofie bardziej się miota, niż uprawia przemyślaną politykę, choć jego zwolennicy gotowi są przypisać każdej jego odzywce czy decyzji ukryty sens.
Nie przyjmuję też jego wykładni najnowszej historii, według której PiS jest jedynie i w każdej sytuacji bezbronną ofiarą. Jest z pewnością stroną społecznie słabszą, ale to jednak co innego. W latach 2005–2006, w których prezes dopatruje się początków nagonki, ja pamiętam twardą obopólną rozgrywkę głównych partyjnych graczy: PiS i PO. Słowom Tuska o moherowej koalicji, a co ważniejsze, jego decyzji, aby uprawiać wobec PiS-owskiego rządu opozycję totalną, towarzyszył wielki atak na Platformę jako "partię układu", zarządzony z sejmowej trybuny przez samego Kaczyńskiego.
Atak, który przyniósł wtedy prawicy taktyczne straty. Kto wie, czy gdyby nie jego skala, zwycięskiemu liderowi PiS nie udałoby się doprowadzić do rozłamu w głównej partii opozycyjnej. Słysząc jednak krzyki, że są emanacją oligarchii, platformersi zostali dodatkowo zintegrowani. Skazani na przywództwo Tuska, który poprowadził ich do udanego kontrataku.
Tyle że to kontekst czysto partyjny, a jest przecież coś jeszcze. Choćby to, że Jarosław Kaczyński toczy od 20 lat stale jakieś boje. Stale czemuś się sprzeciwia. Kwestionuje na przykład wszechwładzę postkomunistycznej nomenklatury albo arogancję prawniczej korporacji. Rzekomo niezmienne zasady prowadzenia polityki zagranicznej. Lub wpływy najróżniejszych oligarchicznych lobbies. W tym sensie również obóz jego przeciwników pozostaje w jakiejś mierze niezmienny, podobnie jak ich taktyka: przedstawiać wszystkie jego roszczenia i pretensje jako mieszaninę warcholstwa i psychicznej choroby.
W roku 1990 nikt nie myślał o polskiej polityce jako o morderczym starciu Kaczyńskiego z Tuskiem. A już wtedy jego inicjatywę przyśpieszenia politycznych przemian kwitowano zarzutami najcięższymi, formułowanymi również i na użytek zagranicy: o populizm, o awanturnictwo, ba, o wskrzeszanie demona nacjonalizmu.
Więc o ile dzisiejszy Kaczyński mocno się zagubił i bije na oślep, o tyle trudno nie opisywać jego obecnej wojny z całym światem (a tak naprawdę z prawie całym establishmentem) w oderwaniu od przeszłych zdarzeń. Stąd gotowość wciąż tak wielu ludzi, aby usprawiedliwiać jego nawet najgwałtowniejsze, szkodzące jemu samemu, zachowania – łącznie z faktycznym odmawianiem prezydentowi i premierowi prawomocności.
Gdy dodać do tego kontekst smoleńskiej katastrofy, trzeba sobie powiedzieć szczerze: obecna polityka nie powinna wyglądać tak, jak wygląda, ale tym bardziej nie może być całkiem normalna, ustabilizowana, podobna do holenderskiej czy szwajcarskiej. A takie oczekiwania jako lek na całe zło formułują przedstawiciele polityczno-medialnego frontu, którzy po łódzkiej masakrze po raz kolejny zabrali się do uwalniania Polski od jedynej plagi – od Kaczyńskiego.
[srodtytul]Sympatyczny Tusk – co z tego? [/srodtytul]
Można zresztą skądinąd wątpić, czy tak zwana druga strona jest naprawdę zainteresowana powrotem do normalności a la Szwajcaria. Dopóki elementem sceny politycznej pozostanie Kaczyński, chyba niespecjalnie. Wróćmy znów na moment do kontekstu partyjnego. Próbując udzielić cząstkowych odpowiedzi na pytania o winnego agresji, tworzy się ad hoc kulawe teorie. Na przykład komentatorzy "Wyborczej" na czele z Dominiką Wielowieyską zderzają agresję samego lidera partii, czyli Kaczyńskiego, z agresją "ludzi z pogranicza folkloru politycznego", takich jak Palikot, Niesiołowski czy Kutz.
A przecież z faktu, że Donald Tusk wzywa do spokoju i jest mile uśmiechnięty, gdy bliscy mu politycy, którzy z łatwością mogliby być uciszeni, strzykają śliną, nie wynika nic poza różnicą taktyk. Można by życzyć Kaczyńskiemu silniejszych nerwów i sprawniejszego PR. Ale to nie ma nic wspólnego z osądem. Zarówno z socjologiczną próbą oceny przyczyn agresji, jak i z oceną moralną.
Skądinąd sprowadzanie czegoś, co nazwałem kiedyś "przemysłem pogardy" ([link=http://www.rp.pl/artykul/471389.html]"Rz", 6 maja 2010[/link]), wyłącznie do strategii speców od partyjnego PR byłoby błędem. Nie zaliczam do niego każdego wojowniczego antypisowskiego wystąpienia (co robi sam prezes PiS), akurat w tej dziedzinie rachunki krzywd bywają po różnych stronach barykad względnie wyrównane. Zaliczam natomiast najróżniejsze przypadki zohydzania przeciwnika – zarówno tego najbardziej konkretnego, choćby lidera, jak i zbiorowego: partii, a nawet elektoratu.
W tym sensie twórcą "przemysłu pogardy" był zarówno Janusz Palikot snujący dywagacje o patroszeniu Kaczyńskiego albo porównujący go do szatana, jak i – przykładowo, bo podobnych przypadków było sporo – sławny rockowy artysta krzyczący na swoim koncercie, do nikogo konkretnego: pisowcy, wyp…! Czy Palikot i ów rockman, niemający po drugiej stronie stosownych odpowiedników, byli produktami platformerskiego marketingu? Raczej jego sojusznikami.
Wiele tu improwizacji, inicjatywy ludzi, którzy chcą się dowartościować poprzez odpowiednią identyfikację. Tyle że to zabójczy, trujący rodzaj identyfikacji. Nie wiem, pod wpływem czego działał dawny cinkciarz i taksówkarz Ryszard C. Ale twierdzenie, że podobne historie są bez związku z temperaturą społecznych nastrojów w Polsce, zakrawa na ślepotę lub drwinę z rozsądku.
[srodtytul]Agresja przeciw przegranym [/srodtytul]
Na obrzeżach tej dyskusji pojawiały się głosy zdumiewające. Oto Wojciech Maziarski dowodził na łamach "Newsweeka", że ze strony przeciwników PiS nie może być mowy o agresji, bo przecież są to środowiska lepiej sytuowane, pewne swej społecznej przewagi, posługują się więc raczej drwiną niż wgniataniem przeciwnika w ziemię.
Nie jestem przekonany, czy cały obóz antypisowski składa się z profitentów transformacji. Zapewne również z ludzi aspirujących do takiej roli, a to jednak różnica. Ale co ważniejsze, z historii znamy setki przypadków czegoś, co Sławomir Mrożek nazwał malowniczo "buntem góry przeciwko dołom".
Od chłopców z dobrych domów zabijających bezdomnych po kampanię nienawiści przeciw Gabrielowi Narutowiczowi w 1922 roku. Endeckie manifestacje nie składały się, jak myśli dziś przeciętny wykształciuch, z ubogich "moherów". Składały się z ludzi aspirujących do klasy średniej lub inteligencji. To raczej PPS, ludowcy i politycy mniejszości narodowych byli reprezentacją gorzej się mających. Nie uchroniło ich to od zmasowanej nagonki.
Współczesny paradoks agresji zwróconej przeciw obozowi, który przegrał kolejne wybory (PiS), i przeciw ludziom, których historia wypycha na rozmaite marginesy (modlący się przy krzyżu), jest dojmujący. Tak dojmujący, że Rafał Ziemkiewicz szukał w programie "Warto rozmawiać" atrakcyjnego wytłumaczenia: to obóz rządzący z przyległościami prowokuje tę falę, aby pokrywać własną pustkę programową. Aby rządzić z jak najmniejszą liczbą realnych kłopotów.
Nie jest to wizja księżycowa. I dawne szaleństwa Palikota, i ekscesy antyklerykalnej młódzi spotykały się z mniej lub bardziej dyskretnymi zachętami lub ułatwieniami ze strony Platformy. Ale przecież to nie tłumaczy wszystkiego.
[srodtytul]Poczucie boskości [/srodtytul]
Z pewnością ludzie decydujący kolejnego dnia, że trzeba wydrukować trzy następne teksty pełne antypisowskiej stężonej propagandy, kierują się także obawą. Niby ten Kaczyński zapędzony w ślepy zaułek, niby pogubiony, niby dopuszcza się kiksu za kiksem, a jednak w przeszłości bywał politykiem zręcznym, przywódcą nieraz skutecznym. Zbyt wiele interesów i sentymentów zostało przezeń zaatakowanych, aby pozostawiać sprawy swojemu biegowi. Stąd dmucha się na zimne, nawet jeśli wystarczyłaby walka na otwartym polu. Komercyjna telewizja, która trzy lata temu przerzuciła się z pilnowania rządu na pilnowanie opozycji, musi zmienić swój główny program informacyjny w narzędzie totalnej mobilizacji nastrojów.
Pierwszego dnia po łódzkim zdarzeniu czołowa reporterka TVN-owskich "Faktów" potrafiła spośród wielu przypadków ostrych wystąpień w polityce wymienić jeden: wygłup posła PiS Adama Hofmana o "suchej gałęzi". Palikot, Kutz, Niesiołowski zostali taktownie zapomniani. Może nie do końca – ten pierwszy bowiem został przywołany… jako ofiara Hofmana. Czy można sobie wyobrazić, że we współczesnej otwartej Polsce, gdzie informacja jest zdawałoby się ogólnie dostępna, ktoś będzie próbował tak topornych sztuczek? A jednak…
Ale nie sprowadzałbym wszystkiego do strategii tego czy innego ośrodka władzy albo środowiska. Znaczna część naszych elit taka już po prostu jest. Antypisowska fobia daje okazje do odreagowania tylu kompleksów, do przeżywania tyle razy własnej wyższości – że dlaczego sobie tego odmawiać?
Nie wiem, czy profesor Marcin Król naprawdę wierzy, że za polityczne wystąpienie przed Sejmem można kogoś postawić przed Trybunałem Stanu. I nie wiem, czy pisarz Eustachy Rylski naprawdę gustuje w politykach, którzy dla własnej korzyści zabawiają się trupami. Ważne, że to mówią. A dlaczego się mają ograniczać?
To poczucie wszechwładzy graniczącej z boskością, do którego sam Palikot przyznawał się otwarcie, nawiedza zapewne od czasu do czasu każdego. Być może nawiedziło Ryszarda C., tyle że on nie miał dostępu do modnych telewizyjnych programów. Musiał mu wystarczyć pistolet typu Walter.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA