fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Tadeusz Dominik nagrodzony w Gdańsku mówi: Patrzę obrazam

Tadeusz Dominik przed swym domem w Łomiankach
Fotorzepa, Jerzy Gumowski Jerzy Gumowski
Malarz Tadeusz Dominik, tegoroczny laureat Nagrody im. Kazimierza Ostrowskiego
[b]Jak się panu maluje? [/b]
[b]Tadeusz Dominik:[/b] Mnie się zawsze dobrze maluje, bo ja tę robotę kocham. Zajmuję się tym od czasu dłuższego, niż jestem w stanie spamiętać. Jest to jedyna czynność, jaka mnie nie nudzi, którą wykonuję z przyjemnością, bo w innych dziedzinach jestem raczej leniwy. Co prawda, jako młody człowiek uwielbiałem rzemiosło. Gdy miałem 10 lat, postanowiłem zbudować sobie sanki. Owszem, zrobiłem jedną płozę, ale drugiej już mi się nie chciało, no bo przecież byłaby taka sama. Zaczynałem kajak, samolot, ale nigdy mi nie starczało cierpliwości. Z malowaniem jest inaczej.
[b]A kiedy zaczęła się pana przygoda ze sztuką? [/b]
Starsi bracia opowiadali mi, że rysowałem już, gdy miałem trzy lata. Używałem ścieżek. Wydeptana powierzchnia była jasna, gładka, gdy się ją zadrapało patykiem pojawiało się ciemne. Zarysowywałem dziesiątki metrów tych ścieżek.
[b]Co najczęściej było tematem tych rysunków? [/b]
Sceny batalistyczne. Sąsiedzi rozmawiali o wojnie, o I wojnie światowej, o wojnie dwudziestego roku. Słuchałem, a potem starałem się to wszystko narysować, po dziecięcemu oczywiście, ale ja ich sobie nie przypominam. Trudno pamiętać, jak się ma 82 lata, a wtedy miało się trzy.
[b]Czyli bardzo wcześnie ujawniły się pana talenty? [/b]
Tak, moi rówieśnicy bawili się inaczej, a ja miałem potrzebę rysowania. Ale malowałem też w inny sposób: kładłem się na trawie na łące i patrzyłem, co malują chmury. Wpatrywałem się w te kształty i dokomponowywałem swoje. Uwielbiałem te mgliste, zmienne formy, wciąż w ruchu. To była moja artystyczna gra, z czego wtedy kompletnie nie zdawałem sobie sprawy.
[b]Czy malarstwo to jest spotkanie z naturą? [/b]
W dzieciństwie, w młodości zawsze tak było. Teraz też podstawą inspiracji jest natura. Ja już nie umiem patrzeć na nią tak jak patrzą zwyczajni ludzie: drzewo, gałąź, liść. Patrzę obrazami. To jest u mnie automatyczne. Natura pozostaje podstawą mojej malarskiej wyobraźni. O obrazach abstrakcyjnych nie można mówić, że są kompletnie wyabstrahowane z tego, w czym człowiek żyje, to jest niemożliwe. Nigdy nie wyrwiemy się z naszej fizyczności.
[b]Jakie było pańskie przygotowanie do studiów na akademii? [/b]
Już znakomicie rysowałem, dlatego że od dziecka się tym zajmowałem. Podczas okupacji poznałem grafika Wacława Waśkowskiego. Bardzo mi pomógł, opiekując się mną, dając mi szkicowniki i zachęcając do pracy. Mówił: "Idź na targ i rysuj wszystko, co zobaczysz. Jak się rusza, to się nie przejmuj i zaczynaj od nowa. Obserwuj i szybko notuj najważniejsze rzeczy". Dzięki temu już wkrótce mogłem portret narysować w minutę. Więc gdy zdawałem do akademii, egzamin to był dla mnie "mały Pikuś". Studium aktu robiłem dosłownie w jednej chwili, bez modelunku oczywiście. Starsi koledzy podglądali, jak pracuję, tak miałem wyćwiczoną rękę i umiejętność obserwacji. To mi zostało do dziś. Nadal szybko rysuję, szybko maluję.
[b]Czemu pan wybrał pracownię Jana Cybisa? [/b]
Właściwie nie pamiętam. Miał mocny męski głos, taką też posturę, podobał mi się po prostu, ale nic o nim nie wiedziałem. Nie znałem jego twórczości. To samo dotyczyło innych profesorów z akademii. Przecież na wsi czy nawet potem w Warszawie, gdzie mieszkałem, nie było mowy o żadnych reprodukcjach. Znałem tylko ilustracje w podręcznikach szkolnych.
[b]Zostając na akademii u Cybisa, opowiedział się pan za pewną wizją sztuki i malarstwa…[/b]
Cybis zapraszał mnie do siebie, pokazywał obrazy, wiele rozmawialiśmy. Tak samo Artek Nacht-Samborski, który nikomu nie pokazywał swoich prac, a mnie tak. Byłem jakoś uprzywilejowany, ale też miałem szczęście. Lubiłem ich malarstwo i rozumiałem. W tym czasie moje malarstwo należało do rodziny kapistowskiej, ale największy wpływ miały na mnie wyjazdy. Pierwsze było Biennale w Wenecji, w którym brałem udział w 1956 roku i kontakt z wielkim malarstwem. Potem pojechałem do Francji i Stanów Zjednoczonych. Tam zobaczyłem obrazy Pollocka, co miało dla mnie gigantyczne znaczenie.
[b]A jak powstaje obraz? [/b]
Formy, które konstruują moje obrazy, mogą się zmieniać podczas malowania, ale przecież przed przystąpieniem do pracy mam już w głowie gotowy obraz. Gdy jednak zaczynam malować, sporo rzeczy się zmienia. Kształty może mniej, bo od nich zależy kompozycja, ale kolory bardzo często, bo okazuje się, że choć zamarzył mi się jakiś, to gdy go położę obok innych, nagle widzę, że niemożliwe, bym go użył.
[b]Co pan dziś myśli o swoim życiu? [/b]
Wszystkim mówię, że gdyby nie to, że miałem szczęście, to doprawdy nie wiem, co by ze mną było. To nie talent, nie praca, tylko szczęście pomogło mi w życiu.
[i]rozmawiał Bogusław Deptuła[/i]
[ramka][srodtytul]Tadeusz Dominik[/srodtytul]
W poniedziałek w Pałacu Opatów w Gdańsku-Oliwie wręczona zostanie Nagroda im. Kazimierza Ostrowskiego. Jej dziewiąty w historii laureat Tadeusz Dominik (ur. w 1928 r.) rozpoczynał studia zaraz po II wojnie w pracowni Jana Cybisa, malarza kolorysty. Przez kilkadziesiąt lat był związany z warszawską Akademią Sztuk Pięknych. Nauczyciel kilku pokoleń artystów.
Podstawą jego artystycznej inspiracji nieodmiennie pozostaje natura. Traktowana jako pretekst w jego płótnach, grafikach, wycinankach czy własnoręcznie tkanych gobelinach przemienia się w system uproszczonych brył, malarskich znaków. Jego obrazy mają w sobie lekkość i swobodę, balansując między konkretem i abstrakcją. Przyciągają spojrzenia widzów prostymi kompozycjami i olśniewającymi barwami.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA