fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wildstein: Kaczyński nie jest winny zabójstwa w Łodzi

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jarosław Kaczyński często używa i nadużywa ostrego języka. Można mieć rozliczne zastrzeżenia do jego linii politycznej. Ale to nie on prowadzi kampanię nienawiści – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Wydawało się, że polityczne morderstwo jest zdarzeniem, które większość ludzi zajmujących się polityką powinno zmusić do refleksji. Zwłaszcza jeśli działanie zabójcy powodowane jest nienawiścią do partii i jej lidera, obiektu stałej i bezprecedensowej nagonki ze strony najbardziej opiniotwórczych środowisk w kraju.
Co jednak myśleć o stanie rzeczy, w którym morderstwo staje się pretekstem do kontynuacji, a nawet wzmożenia kampanii nienawiści wymierzonej w ugrupowanie, które padło jej ofiarą? Co sądzić o rzeczywistości, w której intelektualiści, dziennikarze, politycy stosują łamańce umysłowe, aby odwrócić sens zdarzeń i uznać ofiary za sprawców?
Spora ich część nie czuje się zresztą w obowiązku podejmować takich wysiłków. Wystarczy powtórzyć wszystkie dotychczasowe zarzuty i pomówienia, dodając do nich: "a nie ostrzegaliśmy?". Brakuje tylko wskazania, że "ostrzegaliśmy" przed aktami terroru ze strony PiS, a okazało się, że właśnie to ugrupowanie padło jego ofiarą.
Jak się okazuje, w tej wojnie nawet najbardziej drastyczne i elementarne fakty nie mają znaczenia. Brakuje namysłu nad tym, że jeśli oskarża się bez końca (i uzasadnienia) o wszystko, co najgorsze, określoną formację, to nie powinno dziwić, gdy pojawi się ktoś, kto wyciągnie z tego wnioski i postanowi położyć kres zagrożeniu.
W wychwalanym przemówieniu premier Tusk apelował, aby morderstwo nie stało się przyczyną złych emocji. Ani on, ani komentatorzy z dominujących mediów nie zauważyli, że akt terroru już jest wynikiem skrajnego stężenia złych namiętności, a więc warto przyjrzeć się temu stanowi rzeczy, aby go rozładować. Tylko że namysł taki byłby niewygodny dla partii rządzącej i jej propagandowego zaplecza: dominujących mediów i środowisk intelektualnych. Nawołując do politycznego niewykorzystywania łódzkiej tragedii, Donald Tusk zastosował tę samą strategię co w wypadku katastrofy smoleńskiej. Nie wykorzystywać politycznie, czyli nie rozliczać z niczego rządzących. Atrakcyjny to program dla nich i wspierających ich środowisk.
[srodtytul]Po zabójstwie, czyli róbmy swoje [/srodtytul]
Wicemarszałek Sejmu z PO Stefan Niesiołowski, komentując łódzką tragedię, ubliża szefowi PiS; jego słowa o politycznej odpowiedzialności Platformy nazywa "niezwykle podłymi i nikczemnymi" oraz uznaje za "problem psychiatryczny". Zdaniem Niesiołowskiego Kaczyński twierdzi, że każda krytyka PiS to podżeganie do morderstwa.
To, że polityk PO ostentacyjnie manipuluje wypowiedzią swojego adwersarza, nie dziwi. Powinno zdumiewać, że robi to większość komentatorów i dziennikarzy. Najbardziej ponure jest, że nie budzi to nawet zdziwienia. Prawdopodobnie znaczna część obserwatorów powtarza dziś manipulację w dobrej wierze. Przecież wiadomo… Kaczyński. TVN często przytacza część jego wypowiedzi, która mogłaby sugerować taką interpretację. W rzeczywistości powiedział on, że dalsze kontynuowanie kampanii nienawiści jest wezwaniem do morderstw.
Niesiołowski karierę zawdzięcza obelgom i insynuacjom. Kieruje je przeciw wszystkim krytykom swojej partii, ale głównie PiS. Za to nagrodzony został prestiżowym stanowiskiem. Większość dziennikarzy nie uznaje za stosowne zaliczenie jego ekscesów na konto jego ugrupowania, co byłoby oczywiste w normalnie funkcjonującej demokracji. Tak jak oczywistym byłoby wykluczenie takiego osobnika z życia politycznego choćby za jego reakcję na łódzką tragedię. W Polsce jednak Niesiołowski jest pupilem mediów, mimo że nie ma do powiedzenia nic oprócz inwektyw.
Inny ulubieniec polskich dziennikarzy Janusz Palikot, który sukces w PO odniósł dzięki temu samemu co Niesiołowski, a zachwyt salonów tak bardzo uderzył mu do głowy, że próbuje dziś robić indywidualną karierę polityczną, uznaje, iż zabójstwo działacza PiS jest doskonałym pretekstem dla wylania kolejnego kubła pomyj na Jarosława Kaczyńskiego i jego partię. I znowu trudno oczekiwać, aby wpłynęło to na spadek jego popularności w "kulturalnym" establishmencie.
Politycy nie tylko PO, ale i SLD nie zajmują się morderstwem, które najwyraźniej traktują jako wypadek przy pracy. Obiektem ich oburzenia jest wystąpienie lidera PiS.
[srodtytul]Atak Kaczyńskiego jest groźniejszy[/srodtytul]
"Gazeta Wyborcza", która ma istotny udział w kreowaniu kampanii nienawiści, zareagowała na łódzką tragedię kilkoma komentarzami. Paweł Wroński ogólnikowo obciąża odpowiedzialnością całą klasę polityczną, choć w Łodzi został zabity członek PiS za to, że do tej partii należał, a nie jakiś polityk za bycie politykiem. Oczywiście, Wroński nie pominął okazji do zaatakowania Kaczyńskiego za ewentualne prowokowanie potencjalnej zbrodni, która zresztą interesuje autora bardziej niż realna. Jego kolega redakcyjny Marek Beylin nie ma już tej wstrzemięźliwości. To PiS jest odpowiedzialny za zabójstwo, gdyż "PiS wniósł wątek morderstwa do współczesnej polityki. W tej partii głosi się, że PO zamordowała Lecha Kaczyńskiego".
Wprawdzie żaden przedstawiciel PiS nigdy nic takiego nie ogłosił, ale dzięki powtarzaniu wszyscy czytelnicy "Wyborczej", a w konsekwencji znaczna część polskiej opinii publicznej, będą wiedzieli, że taka jest oficjalna linia partii Kaczyńskiego. Artykuł nosi tytuł "PiS znów fałszuje" i aż się nie chce tego komentować. Wcześniej Beylin pisze, że: "Obciążanie odpowiedzialnością za mord polityczny najostrzejszych nawet dyskutantów – to poważne nadużycie". Problem w tym, że nie byli to dyskutanci, podobnie jak fałszując fakty, nie jest nim Beylin i nie chodzi o odpowiedzialność prawną.
Waldemar Kuczyński z kolei pisze to co zawsze, czyli że Kaczyńscy i ich partia są źródłem wszelkiego zła w Polsce i to oni są winni zabójstwa działacza własnej partii. "To oni normalny spór demokratyczny przekształcili w wojnę z ustrojem państwa i jego konstytucją, a swoją partię ukształtowali jako partię ustrojowego przewrotu". Zatem zdaniem Kuczyńskiego, jeśli ktoś uznaje konstytucję za wadliwą, a system panujący w danym kraju za ułomny i próbuje to zmienić demokratycznymi metodami, winien być wykluczony z życia publicznego. Innymi słowy, prawo do działania w III RP winni mieć wyłącznie jej apologeci. Chyba nie ma sensu tłumaczyć, że z wolnością i demokracją nie ma to nic wspólnego. Kuczyński odsłania realne przyczyny nagonki na PiS. Nie są nimi wypowiedzi prezesa tej partii, to tylko preteksty. Powodem jest jej polityczny program.
I jeszcze wydawałoby się drobny, ale wymowny przykład, na który zwrócił już uwagę portal Wpolityce. pl. Dziennikarka TVN Justyna Pochanke tak prezentuje materiał informacyjny: "Jarosław Kaczyński po ataku na biuro poselskie zwołuje konferencję prasową i... sam atakuje". Wynika z tego, że w obu wypadkach mamy do czynienia z identycznym atakiem. Dopiero za chwilę zrozumiemy, że jednak atak Kaczyńskiego jest groźniejszy.
[srodtytul]Debata i nagonka [/srodtytul]
Jarosław Kaczyński często używa i nadużywa ostrego języka. Można mieć rozliczne zastrzeżenia do jego linii politycznej. Jednak to nie on prowadzi kampanię nienawiści, ale jest jej ofiarą. Uczestniczą w niej najbardziej wpływowe ośrodki w naszym kraju – od wielkich gazet i telewizji począwszy, a na wynajętych wesołkach medialnych skończywszy. To w rękach antypisowskiego establishmentu znajduje się gros kanałów komunikacji, ogromna większość mediów, w tym prawie wszystkie już media elektroniczne. Można uznać, że lider PiS zbyt ostro rozlicza rządzących z ich rzeczywistych grzechów: przekazania Rosji smoleńskiego śledztwa, wyprzedawania realnych interesów naszego kraju za pozory. Jednak w całym demokratycznym świecie opozycji wolno więcej. W III RP – że przypomnę Kuczyńskiego – realna opozycja nie ma prawa bytu.
Zresztą to nie lider PiS porównuje PO do nazistów i komunistów, nie on nawołuje do rozwiązania tej partii. Nie stworzył "przemysłu pogardy", który służy poniżaniu przeciwników.
W ostatnim tygodniu mieliśmy do czynienia z przeinaczeniem wypowiedzi Kaczyńskiego w TVN, co dało asumpt do zestawienia jego formacji z faszyzmem. Udowodnienie, że była to medialna manipulacja, nie wywołało skruchy u jej sprawców ani wyciągających z niej najdalej idących wniosków komentatorów. Okazało się, że wprawdzie Kaczyński mówił co innego, ale i tak zasłużył na to, co go spotkało. Wezwania do delegalizacji partii Kaczyńskiego stały się chlebem powszednim. Głoszą je tak znani intelektualiści jak Marcin Król, za podstawę uznając najbardziej konwencjonalne zachowania partii opozycyjnej w demokratycznym systemie – jak choćby organizowanie wieców i przemawianie na nich. To tylko ostatnie dni, a kampania trwa przecież lata.
[srodtytul]Świat odwrócony[/srodtytul]
Najbardziej dobitnym jej przykładem była zorganizowana nagonka na obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Mogli się oni nie podobać. Można przyznawać rację tym, którzy oburzali się na fakt zablokowania przez nich przeniesienia krzyża do kościoła (chociaż nie wolno zapominać, że cała sprawa sprowokowana została przez prezydenta i orkiestrowana przez "GW"), żadne jednak zarzuty wobec obrońców krzyża nie usprawiedliwiały skrajnych przejawów wymierzonej w nich – również fizycznej – agresji. I nie ma żadnej symetrii pomiędzy organizowanymi przeciw nim akcjami a pojawiającymi się niekiedy, i nagłaśnianymi przez media, spontanicznymi aktami samoobrony.
Wszystko to działo się na oczach niereagujących "stróżów porządku". Czy ta lekcja realnego przyzwolenia na poniżanie i atakowanie "gorszych" nie była zasadniczym aktem brutalizacji naszego życia publicznego? Kto zaczął dzielić Polaków na gorszych, moherowych zwolenników PiS i podobno lepszych "młodych, wykształconych z dużych miast"?
Tydzień temu w artykule "Przemoc w służbie postępu" wskazywałem, jak bardzo zafałszowana jest rysowana przez dominujące ośrodki opiniotwórcze mapa politycznych zagrożeń w Polsce. Często jest ona odwrotnością realnych niebezpieczeństw, którym musimy stawić czoło. Nie przyszło mi jednak do głowy, jak szybko moje tezy zostaną potwierdzone. Łódzka tragedia, a zwłaszcza reakcja na nią, pokazuje, jak bardzo III RP jest światem odwróconym i zakłamanym (nb. za artykuł ten zostałem nazwany przez pałkarza "Wyborczej" Bartosza Wielińskiego obrońcą Hitlera zafascynowanym jego metodami. W tekście nie było żadnych uzasadnień do tego typu insynuacji, ale chodzi o to, aby ostatecznie zdezawuować swojego przeciwnika. Wobec "hitlerowców" wszystkie metody ze strony przeciwników "języka nienawiści" są dobre).
Partia, która prezentowana była jako zagrożenie społecznego porządku i podłoże terrorystycznych ekscesów, pada ofiarą politycznej zbrodni. Okazuje się, że to przeciw niej mobilizują się i są mobilizowani polityczni szaleńcy i radykałowie. Ci, którzy ostrzegali, że Jarosław Kaczyński szykuje grunt dla zabójstwa kolejnego Narutowicza, powinni zmierzyć się z faktem, że dziś Narutowicz jest posłem PiS. Powinni, ale tego nie zrobili.
[srodtytul]Narutowicz raz jeszcze[/srodtytul]
Zabójca Gabriela Narutowicza Eligiusz Niewiadomski był człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Tym łatwiej uległ kampanii nienawiści przeciwko prezydentowi II RP.
Do 19 października odpowiedzialność organizatorów tej kampanii za zbrodnię popełnioną przez Niewiadomskiego dla dominujących ośrodków opiniotwórczych w Polsce była oczywista. Adam Michnik czynił z niej mord, który na sumieniu całej prawicy będzie ciążył do końca jej dni. A gdzie dzisiaj są ci, którzy jeszcze wczoraj straszyli nas widmem Narutowicza? Rozliczają Jarosława Kaczyńskiego za to, że morderca z Łodzi chciał go zabić.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA