fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Muzycy nie zawsze bardzo poważni

Pianiści mają do wyboru jeden z czterech fortepianów. W przerwie między występami pracownicy filharmonii zmieniają instrumenty
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Adrenalina, strach i trema – oto emocje, które towarzyszą młodym pianistom grającym kompozycje Chopina. Komplementują publiczność, atmosferę konkursu. Nieraz dobrze się bawią
Pojawiają się w Filharmonii Narodowej półtorej godziny przed występem. Zwyczajnie ubrani wchodzą od ulicy Jasnej. Wejściem dla artystów. Niektórych z tłumu przechodniów wyróżniają tylko egzotyczne rysy twarzy. Instrumenty, podobnie jak stres, czekają wewnątrz.
[srodtytul]Talent kontra nerwy[/srodtytul]
Jacek Kortus, 22-letni student poznańskiej Akademii Muzycznej, przyznaje, że udział w konkursie jest dużo trudniejszy niż jakikolwiek koncert.
[wyimek][link=http://www.rp.pl/temat/543035_Konkurs-Chopinowski.html]Czytaj więcej o Konkursie Chopinowskim[/link] [/wyimek]
– Sama świadomość, że kandydat jest oceniany przez jury złożone z najwybitniejszych pedagogów i pianistów, bywa deprymująca. Wzmaga napięcie i tym trudniej wyjść na scenę – mówi. Pięć lat temu w Konkursie Chopinowskim dotarł do finału. Teraz postanowił spróbować ponownie. Dlaczego? Twierdzi, że dojrzał jako artysta, poza tym potrzebuje adrenaliny i nowych wyzwań.
Prowadzący koncerty Andrzej Krusiewicz przed każdym występem gawędzi z uczestnikami, próbuje dodać im otuchy.
– W tym roku nie spotkałem jeszcze osoby kompletnie sparaliżowanej strachem – opowiada. – Ale z poprzednich edycji pamiętam pewną francuską pianistkę, piękną kobietę o kamiennej twarzy. Patrzyła na mnie jak przez szybę, niewidzącym wzrokiem. Nerwy ją zjadły i odpadła, mimo że fama głosiła, iż to świetna artystka.
W ostatnich minutach przed występem trudno opanować emocje. Przestępowanie z nogi na nogę, spojrzenia błądzące po ścianach, zaciśnięte dłonie. Ktoś prosi o łyk wody i drżącą ręką chwyta podany kubek. Czy w takim stanie uda mu się trafić w odpowiednie klawisze?
Ale są też uczestnicy wyluzowani. 25-latka Juanna Iwasaki mówi, że stres jest jej obcy. Niektórzy tuż przed wejściem na scenę potrafią wygłupiać się i żartować. – Wydaje mi się, że ta nonszalancja to sposób na zakamuflowanie wewnętrznego spięcia. Przecież każdy z nich ma poczucie rangi tego wydarzenia. Dla wielu sam udział jest nobilitacją – wyjaśnia Andrzej Krusiewicz.
Znaleźć chwilę spokoju, spróbować się wyciszyć, skupić myśli – to już pierwszy klucz do sukcesu. Drugi to forma. Godzinę przed recitalem w sali prób pianiści ćwiczą program, ale przede wszystkim rozgrzewają palce. Niektórzy by nie tracić ciepła, zakładają rękawice.
20 minut przed występem – już w garniturach i sukniach wieczorowych – meldują się w niedużym pokoju, nieopodal Sali Koncertowej. To ostatni przystanek przed wejściem na scenę. Dzieli ich od niej tylko korytarz. Cztery metry – najbardziej newralgiczne miejsce w kulisach filharmonii. Koczujący tu dziennikarze mają szansę na bezpośredni kontakt z artystami. Chcą zdobyć komentarze, zapytać o wrażenia.
[srodtytul]Nie grają dla jurorów[/srodtytul]
Ludźmi, którzy na sali zachowują zawsze zimną krew, są ochroniarze. Gdy tylko rozbrzmiewają oklaski, pojawiają się znikąd w czarnych garniturach i otwierają drzwi Sali Koncertowej. Muzyk, który zakończył prezentację, szybkim krokiem przechodzi do wskazanego pokoju. Kilkanaście sekund później w korytarzu stoi już następny uczestnik. Prowadzący wywołuje jego nazwisko. Pianista znika za drzwiami, a w kulisach robi się spokojnie. Dwadzieścia minut później wraca. Szczęśliwy i rozluźniony. Albo rozdygotany i załamany.
26-letnia Amerykanka Esther Park ma błysk w oczach i uśmiech na twarzy. – Zadzwonię do mamy i powiem jej, że przetrwałam – mówi. – Trochę odpocznę i znów będę ćwiczyć.
Rosjanin Daniil Trifonov, rocznik 1991 zaznacza, że najtrudniej jest zacząć, wyczuć atmosferę i akustykę sali.
Eri Mantani, lat 28, z Osaki szeroko się uśmiecha, mimo że repertuar chopinowski ćwiczy od niedawna, a etiudy, wymagające zawrotnego tempa, sprawiły jej niemałą trudność.
– Nie grałam dla jurorów, tylko dla publiczności – mówi. – Poza tym sędziowie siedzieli tak wysoko na balkonie, że nawet ich nie widziałam.
Pozytywna energia emanuje też z Koreańczyka Hyung-Min Suha. – Nie jestem mistrzem techniki, dlatego starałem się pokazać przede wszystkim swoją muzykalność – przyznaje. Czy przyjechał tu, by wygrać? – A kto o tym nie myśli...
[link=http://www.zw.com.pl/artykul/521876_Muzycy_nie_zawsze_bardzo_powazni.html] Czytaj więcej w Życiu Warszawy[/link]
Źródło: Życie Warszawy
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA