Dane gospodarcze

Życie w Stanach coraz droższe. Gdzie ta deflacja?

Nowy Jork
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Amerykanie czują, że życie podrożało. Za podstawowe usługi płacą więcej niż rok temu. Nie rozumieją, dlaczego tyle mówi się o groźbie deflacji...
W każdym wystąpieniu sekretarza skarbu, Timothy Geithnera i prezesa Rezerwy Federalnej, Bena Bernanke słychać obawę przed deflacją. Towarzyszą temu ekonomiści. Przeciętni Amerykanie myślą, że to za żart.
Rzeczywiście oficjalne dane dotyczące inflacji wskazują, że jest ona na poziomie 1,1 proc. rok do roku. Z drugiej strony konsumenci przyznają, że rzeczywiście starają się wydawać coraz mniej, bo obawiają się, że chwili gdy stracą pracę będzie im jeszcze trudniej. — Żadnej deflacji w moim życiu nie widzę — zżyma się udzielająca wywiadu w CNN Money Terri Huggins z Brunshwicku. — Cały czas widzę, jak wszystko drożeje, więc wyspecjalizowałam się w wyszukiwaniu okazji.
W centrach handlowych właściciele sklepów prześcigają się w promocjach: Kup jeden, a drugi dostaniesz za połowę ceny/Kup dwa, trzeci będzie za darmo. Mnóstwo jest promocji, z których rabaty przelewane są na karty lojalnościowe i możne je wykorzystać nawet w zakupach on-line. - Jesteś z Polski? Słyszę w sklepie odzieżowej firmy GAP w Rochester. - Nie macie tam GAPa? No to kupisz sobie on-line. O zobacz, dostaniesz kupon na 40 proc. zniżki przy następnym zakupie na stronie internetowej. Amerykanie doświadczają drastycznych oszczędności. Kiedy rosną stawki transportowe, podróżują mniej. A właśnie transport publiczny podrożał o 6,6 proc. tylko od początku tego roku. Podrożały taksówki, bo benzyna jest o 7 proc. droższa niż na początku roku i kosztuje już 2,72 dolarów za galon. Koszty życia ciągną w dół nadal spadające ceny nieruchomości. W każdej dzielnicy Nowego Jorku i Waszyngtonu aż roi się od tabliczek z napisami „For Sale” — na sprzedaż. Tylko sprzedający są różni, najczęściej są to banki, które przejęły domy, bo ich właściciele nie byli w stanie spłacać kredytów hipotecznych, agencje, albo sami właściciele, którzy przenoszą się do tańszych lokalizacji. Kryzys przy tym drastycznie ograniczył mobilność Amerykanów, którzy wcześniej przenosili się za pracą z jednego stanu do drugiego, czasami wręcz z jednego krańca kraju na drugi. Teraz - kiedy ceny ich nieruchomości spadły drastycznie, często nawet do jednej trzeciej, czy jednej piątej ceny jaką za nie zapłacili - takie przeprowadzki są znacznie rzadsze. - Ceny domów spadły, ale tylko w 2009 r. koszty ich utrzymania, opłaty za wodę, kanalizację i wywóz śmieci wzrosły o przynajmniej 6 proc. - mówi Dean Baker z Center for Economic and Policy Research. Według danych centrum wzrosły rachunki za opiekę zdrowotną i pobyty w szpitalach (6,3 proc.), za korzystanie ze żłobka, czy przedszkola o 4,4 proc. Podrożała także nauka. To oczywiście wydatek ekstremalny, ale kryzys nie zmienił marzeń Amerykanów o wysyłaniu dzieci na najlepsze uczelnie. Jeśli komuś zamarzy się Harvard, to w tym roku za rok nauki i mieszkanie w akademiku trzeba zapłacić 50 724 dolarów rocznie. O dwa tysiące więcej niż rok temu. Droższa jest kawa, bo wzrosły ceny surowców. W sieciach takich jak Dunkin'Donuts, Millstone jest drożej o 10 proc. niż przed miesiącem, a Starbucks właśnie poinformował, że podrożały wszystkie napoje, które są sprzedawane w większych porcjach i wymagają większego wkładu pracy. Producenci już informują, że podrożeje odzież, bo trzykrotnie wzrosły ceny bawełny i są dziś najwyższe od 15 lat. Zwyczajny podkoszulek, który spokojnie można było kupić za mniej niż 10 dolarów, teraz kosztuje kilkanaście, a jego jakość jest niekoniecznie taka sama. Trudno znaleźć typowe amerykańskie T-shirty z grubej mięsistej bawełny, które wytrzymywały lata intensywnego używania. Coraz droższe są wakacje, bo linie lotnicze podniosły ceny przelotów. Tylko w tym roku przewoźnicy podnieśli ceny biletów lotniczych średnio o 17 proc., a dodatkowo jeszcze dorzucają najróżniejsze dopłaty, które po podsumowaniu, zdarza się, że sięgają ceny netto biletu. Więcej trzeba zapłacić za wejście np. do Disneylandu, jednej z najpopularniejszych rozrywek w USA. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 82 dolary, a nie 79 jak jeszcze w styczniu. Jeśli ktoś jest kibicem, też musi liczyć się z większymi wydatkami. Na stronie internetowej NFL, gdzie można odsprzedawać bilety na mecze wyszukiwarka pokazuje, że ceny biletów w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy wzrosły aż o 64 proc. Pójście na mecz lidera Super Bowl, New Orleans Saints, to koszt 404 dolarów - 264 proc. drożej niż rok temu. W przypadku meczu Dallas Cowboys wydatek wzrósł o 35 proc. Obejrzenie tego samego meczu w domu przy telewizorze też podrożało. Za paczkę 30 puszek piwa Bud Light trzeba zapłacić o dolara więcej niż miesiąc temu. Średnia cena biletu do kina — według Association of Theatre Owners wynosi dzisiaj 7,91 dolara (o 5,5 proc więcej niż rok temu). [srodtytul]Amerykanie płaczą i płacą, ale i oszczędzają na czym się tylko da[/srodtytul] Pod nóż poszły rozrywki, np. kursy tańca — ze 115 do 135 dolarów od nowego sezonu (w nowojorskim Queensie, który nie należy do najbardziej luksusowych dzielnic tej metropolii). Przy tym jest ona zamieszkana głównie przez Latynosów, gdzie na naukę dzieci nie żałuje się pieniędzy, jeśli tylko jakieś są. Drożeją wszystkie usługi, a dodatkowo świadczący je wyraźnie mają niższe pensje, bo bardzo energicznie domagają się napiwków. Taksówkarze, kelnerzy, fryzjerzy pytają otwarcie: ile napiwku mam doliczyć do ceny. — Z tego teraz głównie żyjemy — tłumaczą. I naprawdę nie rozumieją, co mówią Geithner i Bernanke o deflacji. — Takie słowo w ogóle istnieje? Nigdy go nie słyszałam, a ni nie widziałem spadających cen. No może w czasie wyprzedaży — dziwi się Anne Taylor z agencji public relations obsługującej dużą firmę finansową. [i]Danuta Walewska z Nowego Jorku[/i]
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL