fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Prawo autorskie przeszkadza kulturze

Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Socjolog Alek Tarkowski o tym, jak zarobić, rozdając kulturę za darmo, i dlaczego prawo autorskie jest archaiczne
[b]Rz: Jest pan jedną z osób działających na rzecz uwolnienia polskiej kultury. Co ją blokuje?[/b]
[b]Alek Tarkowski:[/b] Barierą jest system prawa autorskiego, który uważam za kluczową instytucję kultury – równie ważną jak biblioteki czy muzea. Obowiązujący system powstał jako regulacja technologii analogowych, był związany z masowymi mediami, określał, kto może tworzyć, dystrybuować, kto ma dostęp do utworów. Technologie cyfrowe otworzyły wrota kultury i teraz dróg komunikacji jest więcej. Twórcy amatorscy mogą konkurować z profesjonalnymi. Nowe rodzaje aktywności, jak sampling, remiks czy mash-up, rozwinęły się na dużą skalę. W tej sytuacji stare regulacje tracą skuteczność. Dlatego prawem autorskim zainteresowali się artyści, myśliciele, nawet piraci.
[b]Ale ruch wolnej kultury i organizację Creative Commons, promującą nieodpłatne udostępnianie utworów w zgodzie z prawem autorskim, założyli prawnicy?[/b]
Zaczęło się w 2001 r. od prawników w USA, bo inni po prostu obchodzili przepisy. Artyści nie znają się na prawie, więc jeśli ono im przeszkadza, łamią je albo uzyskują zgodę na odpłatne wykorzystanie utworu. Bo przepisy nie zamykają możliwość czerpania z czyjejś twórczości, tylko wymagają zgody właściciela i niemal zawsze opłaty. To dobra zasada, ale została wykrzywiona, m.in. przez stawki, jakich żądają posiadacze praw, lub decyzje artystów i ich spadkobierców, którzy nie pozwalają udostępniać dzieł. Dziś ruch na rzecz wolnej kultury tworzy cała gama organizacji, Creative Commons jest jedną z nich. Opracowane przez CC licencje prawne umożliwiają wolny obrót kultury. Dzięki nim dostępne są m.in. artykuły Wikipedii i wiele zdjęć w serwisie Fickr.
[b]Na czym polega działalność Creative Commons?[/b]
To organizacja, która mówi, że prawo autorskie trzeba zmienić, a nie ignorować. Na świecie działa od prawie dekady, w Polsce pracujemy od pięciu lat, stworzyliśmy wersje licencji kompatybilne z naszym prawem, czyli narzędzia do udostępniania utworów. Dziś w Internecie są setki milionów dzieł w wolnym dostępnie. Trudniej określić, jak się zmienia świadomość ludzi. Współpracujemy z instytucjami kultury, placówkami naukowymi i edukacyjnymi. Te najważniejsze wdrażają dziś wolną kulturę. Narodowy Instytut Zdrowia w USA przyznaje granty badawcze, ale zaznacza, że kopię powstałej pracy naukowej trzeba umieścić w otwartym archiwum. Pracownicy Uniwersytetu Harvarda też wrzucają swoje publikacje do otwartego repozytorium.
[b]A w Polsce?[/b]
Jesteśmy do tyłu, ale mamy pozytywne przykłady. Instytut Biochemii i Biofizyki PAN wiosną tego roku otworzył dostęp do swych publikacji. Kilkadziesiąt bibliotek cyfrowych tworzy otwarte repozytoria. Trudniej jest w kulturze, nie tej stanowiącej zasoby dziedzictwa, tylko współczesnej. Nowatorską decyzję podjęła Fundacja Orange, która w program edukacji kulturalnej wpisała stosowanie licencji CC. Organizacje, które dostały granty, musiały udostępnić efekty swoich prac użytkownikom. W świecie rozrywki i sztuki od razu pojawia się pytanie: czy otwartą kulturę można powiązać z modelem biznesowym, zarabiać na niej?
[b]Nikt nie pyta, czy uwalnianie kultury ma sens?[/b]
To nie powinno budzić kontrowersji: możliwość zapożyczania i remiksowania służy twórczości. Przychodzi mi do głowy didżej Danger Mouse, który w nowatorski sposób zmiksował „Black Album” Jaya-Z i „White Album” The Beatles. I stanął przed sądem za naruszenie praw autorskich. Rzecz zakończyła się ugodą, a proces zdziałał tyle, że o muzyku zrobiło się głośno. Nielegalność nakręca kulturę, artyści lubią gesty na granicy prawa. Ale rzadko myślą o tym, że żywotność kultury zależy od dzielenia się nią.
[b]W takim razie komu potrzebne są licencje Creative Commons?[/b]
Bardzo przydają się w sferze kultury niezależnej i amatorskiej, powstającej oddolnie. Przykładem jest serwis [link=http://Jamendo.com]Jamendo.com[/link], gdzie znajduje się 60 tys. albumów mało znanych artystów. Wiele z nich to muzyka dobrej jakości. W sieci jest już tyle piosenek, że można żyć, ignorując komercyjny obieg muzyki. W głównym nurcie kultury na razie licencje CC stosowane są rzadko.
[b]Bo znani artyści nie chcą się dzielić i wolą zarabiać?[/b]
Nie wiem, dlaczego zespół Radiohead, który wypuścił w Internecie album „In Rainbows” za darmo, nie opatrzył go licencją pozwalającą na wymianę i robienie remiksów. Nieco później zrobił to Trent Reznor z Nine Inch Nails, a mimo to odniósł sukces komercyjny – zarobił 750 tys. dolarów na limitowanej edycji Ultra Deluxe. W Polsce chętnych na takie rozwiązania nie widać – Sidney Polak umożliwił remiksowanie piosenek, ale nie dołączył do nich licencji otwartego dostępu. Leszek Możdżer opowiadał, że produkuje ogromne ilości muzyki, ale nie jest zainteresowany udostępnianiem jej.
[b]Role hamulcowych pełnią też wydawcy. [/b]
Świat biznesu nie pogodził się z rzeczywistością. Przed dekadą serwis muzyczny Napster umożliwił wymienianie się kopiami plików i chciał działać legalnie, ale wytwórnie wolały wytoczyć mu proces. Może popełniły błąd, bo gdyby u źródła wprowadziły płatności za kopiowanie, dziś czerpałyby z tego zyski? Inny przykład – polskie książki wydane pięć lat temu po wyczerpaniu nakładu zostają zapomniane.
[b]A dzięki Creative Commons zyskałyby drugie życie?[/b]
Byłyby dostępne. Nie przesadzajmy – technologie cyfrowe nie zmieniają nas automatycznie w twórców. Zwykle korzystamy z kultury biernie. Ważne, by tym nielicznym aktywnym osobom stworzyć szanse. Licencje CC to tylko jedna z metod. W Warszawie prężnie działa niezależna scena muzyczna i teatralna, ale występy nie są rejestrowane, umykają. Szkoda, bo ich archiwizacja to nieduży koszt – może miasto mogłoby pomóc? Na Węgrzech Narodowe Archiwum Audiowizualne NAVA udostępniło serwis Gramofon z węgierską muzyką z lat 40., 50. i 60. Teraz można spędzić wieczór, słuchając węgierskich tang i czardaszy. U nas jest wielkie święto, jeśli Trójka zrobi transmisję na żywo koncertu w sieci, mimo że nie można go ściągnąć. Liczę, że w końcu choć jedna instytucja zrozumie, jaką szansą dla kultury są nowe media w połączeniu z otwartymi modelami prawa.
[ramka][b]CV[/b]
Alek Tarkowski (ur. 1977 r.) – doktor socjologii, pracuje w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego na Uniwersytecie Warszawskim. Koordynator projektu Creative Commons Polska. Członek Zespołu Doradców Strategicznych przy Prezesie Rady Ministrów. Specjalizuje się m.in. w cyfrowej kulturze popularnej i socjologii nowych mediów. Prowadzi blog Kultura 2.0, cyfrowy wymiar przyszłości (kultura20.blog.polityka.pl)
[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA