fbTrack

Sport

Jarosław Hampel: chcę tytułu mistrza świata

Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Jarosław Hampel, wicelider mistrzostw świata na żużlu, o ryzyku, podróżach i nurkowaniu
[b]Żużlowcy często słyszą od rodzin: zwolnij, sprzedaj motocykle, to jest zbyt niebezpieczne?[/b]
[b]Jarosław Hampel:[/b] Moja żona wie, że to nie miałoby sensu. Rozstanie z torem nie wchodzi w grę. Kocham żużel. Nie jest całym moim światem, nie oddycham metanolem. Ale zależy mi na wyniku i chcę mieć radość ze ścigania. Kilka lat temu Tony Rickardsson, sześciokrotny mistrz świata, powiedział mi w Cardiff, że chęć zwyciężania trzeba mieć zakodowaną w sercu. Namalować sobie cel na tarczy, takiej jak do rzutków, i starać się trafić w dziesiątkę. Pilnuję każdego szczegółu, nie chcę zarzucić sobie kiedyś, że nie zostałem mistrzem świata, bo zaniedbałem jakiś drobiazg. Ale w tym zwariowanym świecie to rodzina daje mi poczucie, że warto robić coś poza sportem. [b]Wielu mistrzów, nie tylko sportów motorowych, bo również tenisiści, jak John McEnroe, uważało że obecność bliskich na zawodach nie służy sportowcowi. Zaprosiłby pan rodzinę, gdyby stawką był tytuł mistrza świata?[/b]
Nie paraliżuje mnie świadomość, że oni są na trybunach. Ale potrzebuję samotności przed zawodami. Pół godziny przed meczem mógłbym zamknąć się w ciemni. Czuję się wtedy jak wojownik. Nikt nie wkracza na terytorium mojego państewka. Moi mechanicy wyczuwają ten moment, kiedy powinni zamilknąć. Nie muszę im nic mówić. [b]A jest pan ostrożniejszy, od kiedy żona i córka czekają w domu?[/b] Potrafię być i ryzykancki, i spokojny, rozważny i pochopny. Nie opiszę siebie tak łatwo. To jak z jazdą autem. Z żoną i córką jadę spokojnie, sam prowadzę troszeczkę nieprzepisowo. [b]Mówią, że jest pan bardzo wrażliwy. To nie jest pierwsza cecha, która się kojarzy z jazdą na żużlu. [/b] Wielu z nas angażuje się w akcje charytatywne. Pomagamy ludziom przykutym do wózka inwalidzkiego, domom dziecka. Ryzykujemy na torze, lądujemy w szpitalu, ocieramy się o śmierć. Może dlatego jesteśmy wrażliwi na nieszczęścia, ale nigdy się nad tym głęboko nie zastanawiałem. [b]Uważa się pan za szczęściarza?[/b] Nie zamieniłbym się z nikim na życie. Zawodowo jeszcze nic wielkiego nie osiągnąłem, ale jestem zdeterminowany, by mieć to złoto. Potrafię na torze wyłączyć się ze wszystkiego, poświęcić się, ale tęsknię za domowym spokojem i ciszą. Moja sześcioletnia córka Nadia rozbraja mnie, prowadząc filozoficzne dyskusje z dorosłymi. Gdy ona chce dowiedzieć się czegoś o świecie, uświadamiam sobie, że za nią nie nadążam. Nasza mała to oczko w głowie babci i ciotek. Lubi błysnąć w towarzystwie. Żona chce, żeby została lekarką. Ja wolę, żeby była aktorką albo piosenkarką. Zaprosi rodziców do Hollywood. Imię Nadia dla córki wymyśliła żona. Patrycja pochodzi z Piły, ale jej przodkowie wywodzą się z Kresów Wschodnich. Stąd nasze zamiłowanie do rosyjskiej kultury. [b]Nie tylko do rosyjskiej kultury. Mówi pan świetnie po angielsku, nurkuje, podróżuje. A Amerykanin Greg Hancock twierdzi, że polscy zawodnicy bez przerwy myślą o żużlu...[/b] Wiem, że istnieje świat poza torem. Rozglądam się, czytam. Zawsze lubiłem geografię i przedmioty ścisłe. Lubię dużo wiedzieć: dlaczego splajtował bank w USA, skąd krach na giełdzie, co się dzieje w Afganistanie. Lubię dotykać innego piękna. Zanurzyć się pod wodą, przyglądać się roślinom, amebom, koralowcom. Świat podwodny jest czarodziejski. Jesienią motocykle wędrują do warsztatu, a ja już dwa dni po ostatnim turnieju lecę do Egiptu w poszukiwaniu słońca. Potrzebuję adrenaliny. Schodzę pod wodę, widzę piękne barwy. Wszystkie cuda mam na wyciągnięcie ręki. Odpływam od rafy, pode mną podwodna skarpa, 100 metrów w dół. Rozprostowuję ręce jak ptak podczas lotu. 30 metrów pod wodą mam wrażenie, że narodziłem się na nowo. Podczas urlopu na Karaibach rosyjski instruktor zabrał mnie na wrak starego, zatopionego transportowca. Schodzę 40 metrów pod wodę, widoczność sięga 20 metrów, wyłania się wrak statku. Poruszam się jak po komnatach króla. Jestem na dnie, robię 4 głębsze wdechy i płynę 5 metrów wyżej. Czuję się, jakbym latał w wodzie. Na lądzie tego nie zrobię, nie podskoczę. Mogę się wspiąć na linie. Pod wodą płynę bez wysiłku. [b]Sprzęt wynajmuje pan na miejscu?[/b] Mam własny i certyfikat nurka. Pociągają mnie wyzwania. Ekstremalne sytuacje wyzwalają kreatywność, zachęcają do szukania wyjścia z labiryntu. Myślę, że dałbym sobie radę w najprymitywniejszych warunkach. Czasami, leżąc w łóżku, zastanawiam się, co byłoby najbardziej ekstremalnym przeżyciem. Myślę, że ciekawy byłby połów krabów na Morzu Beringa. Oglądałem o tym program. Wichry, pogoda nieprzyjazna człowiekowi, niska temperatura. Bajka. Albo inny obraz: wiszę w skalnej ścianie, ze skromnym prowiantem, bez picia, pod Cerro Torre w Patagonii. [b]Nie potrzebuje pan wygód? [/b] Każdy z nas jest trochę zmanierowany. Ja też nie mieszkam w szałasie. Choć wolę górskie ostępy i nocleg w bungalowie niż pięciogwiazdkowy hotel. Najważniejsze jest odkrywanie nowego. Nie należę do osób, które mówią, że w Polsce jest super, bo są pierogi i ziemniaki. Mógłbym zawędrować nawet do obcej galaktyki. Tam dopiero byłoby co oglądać. Gdy skończę jeździć na żużlu, ruszę na antypody. Fascynuje mnie połączenie dziczy i metropolii. Piękne kurorty, a parę kilometrów od morza piękna natura. Chciałbym się nauczyć malować opuszkami palców, jak Aborygeni. Bez farb: nacina się łodygę i maluje sokiem. [sub]Smaki świata też pan kolekcjonuje?[/sub] Pamiętam noc na pustyni w okolicach Dubaju. Odludzie, taniec, sokoły, wielbłądy. Arabowie serwowali frykasy na dywanach. Bez sztućców. To była uczta. Dla mnie nie musi być złotych widelców i białej serwetki na kolanach. Jeśli lokalny obyczaj każe jeść palcami, będę się czuł równie swobodnie. Nie pogardziłbym burritos przyrządzanym na przedmieściach Acapulco i makaronem z przyprawami w Bangkoku. [b]Wtedy w Dubaju był pan na zaproszenie Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Przyjechały gwiazdy, m.in. wielki Valentino Rossi i król motocrossu Stefan Everts. Nie rozczarowali w bezpośrednim kontakcie? [/b] Za mało było czasu, żeby ich dobrze poznać, ale wydali mi się swobodni i otwarci. Rozmawiałem ze Stefanem Evertsem i nie mogłem uwierzyć, że jest taki skromny. Rossi z rozmysłem spóźnił się na galę, żeby wszyscy zauważyli jego nadejście i elegancki strój. Na szczęście potem, podczas zamkniętego przyjęcia, pokazał inną twarz. Wszedł za stół didżeja i przejął stery. Zrobiło się bardzo kameralnie. Jeszcze raz się okazało że my, ze świata motocykli, jesteśmy specyficzną subkulturą. Szaleni na torze i bardzo normalni poza nim. [i]-rozmawiał Tomasz Lorek[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL