fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Fikcja zarządzania kryzysowego

Panująca w Polsce moda preferuje organizowanie nie ćwiczeń, lecz pokazów. Pokaz zaś ma to do siebie, że zawsze ładnie wychodzi i pozwala władzy przekonać ludzi, jak to gospodarska ręka odsuwa od nich wszystkie zagrożenia – pisze ekspert
Podobno kiedy w jednym z miast pewien niosący skrzypce przyjezdny zapytał pijanego miejscowego: „Jak trafić do filharmonii?”, w odpowiedzi usłyszał: „Ćwiczyć, dużo ćwiczyć”. Rozwijając anegdotkę, można dodać, że samo obnoszenie się z instrumentem nie świadczy o wysokim poziomie muzycznym. I sprawę można by zamknąć, gdyby nie realia naszego kraju, w którym ćwiczenia mające przygotować polskie służby do reagowania na sytuacje kryzysowe przypominają faceta, który chodzi ze skrzypcami zamiast ćwiczyć.
[srodtytul]Zwarci i gotowi?[/srodtytul]
Na nieszczęście dla służb i obywateli przyjęto organizować – często za ciężkie pieniądze – pokazy i dla niepoznaki nazywać je ćwiczeniami.
Różnica między ćwiczeniem a pokazem jest prosta. Prawdziwe ćwiczenie zarządzania kryzysowego to praca na scenariuszu nieznanym ćwiczącym, często o charakterze otwartym – kiedy prowadzący ćwiczenie modyfikuje je w zależności od rozwoju sytuacji. Dzięki temu ćwiczący reaguje tak jak w sytuacji realnej, co pozwala nie tylko na sprawdzenie jego umiejętności, lecz również na zweryfikowanie realności i skuteczności procedur, a także wyłapanie luk w procedurach, sprzęcie, personelu etc.
Ćwiczenia tego typu, nawet jeśli mają charakter gry decyzyjnej bez działań w terenie, wpływają na poziom przygotowania służb do realnego kryzysu.
[srodtytul]Jak w „Gwiezdnych wojnach”[/srodtytul]
Niestety, panująca w Polsce moda preferuje nie ćwiczenia, ale pokazy. Pokaz zaś ma to do siebie, że zawsze ładnie wychodzi. Potwierdza założoną z góry tezę, że jesteśmy zwarci i gotowi i pozwala każdej władzy pokazać, jak to gospodarska ręka odsuwa od społeczeństwa wszystkie zagrożenia. Inną kwestią jest to, co się dzieje, gdy te zagrożenia pojawiają się rzeczywiście i trzeba reagować w realu bez uprzedniego konsultowania scenariusza.
Mentalność naszych decydentów ilustrują ogólnonarodowe ćwiczenia o scenariuszach rodem z „Gwiezdnych wojen”, na potrzeby których tworzy się – za pieniądze podatnika – fikcyjne struktury i nierealny, ale zapisany w jakimś zakurzonym planie obieg informacji. Tego typu ćwiczenia – pokazy, podczas których w ciągu doby rozbrajane są trzy brudne bomby, odbijany samolot i ewakuowane w świetle kamer metro, wyglądają ładnie w telewizji, lecz niewiele mają wspólnego z rzeczywistym sprawdzeniem stanu przygotowania służb na zagrożenie.
Wtajemniczeni wiedzą, że podczas jednego z ćwiczeń do centrum antykryzysowego zadzwoniła pewna jednostka ratownicza, pytając... czemu jeszcze nie było wypadku, skoro oni do niego już od dwóch minut powinni jechać. Zabawne, tylko dlaczego odbywa się to za pieniądze podatnika?
Po jednym z takich pokazów w 2009 roku podczas rzeczywistego zdarzenia pewna jednostka wojskowa wyjeżdżała z koszar pięć dni – bo najpierw nie było dowódcy i nie miał kto podpisać rozkazu, potem potrzebny był drugi rozkaz o wykorzystaniu samochodu służbowego, następnie rozrysowana trasa dojazdu, zmobilizowana policja do pilnowania auta, kłopoty z jedynym w jednostce kierowcą z uprawnieniami...
Organizowanie jałowych pokazów daje swobodę tym osobom, które o praktycznym zarządzaniu kryzysowym wiedzą niewiele, lecz piastują wysokie stanowiska. Bo przecież przy tak skonstruowanej zabawie nic się nie może stać, a wnioski będą pozytywne. Przerażenie natomiast wzbudzają postulaty organizowania ćwiczeń może mniej widowiskowych i kosztownych, lecz za to realnych.
Autorzy tego typu postulatów spotykają się nieraz z pytaniem: „a co będzie, jak ćwiczenie nie wyjdzie?”. Pytanie wydaje się pozbawione sensu – co to znaczy nie wyjdzie? Być może pokaże, że nic nie umiemy, mamy złe procedury, nieprzystosowany sprzęt i niekompatybilną łączność, lecz nie będzie to oznaczać, że ćwiczenie „nie wyszło”. Ono spełniło swoje zadanie, bo pokazało, co nie działa. W tej sytuacji należy się cieszyć, że słabości obnażyło ćwiczenie, a nie rzeczywistość, naprawić niedociągnięcia i za miesiąc zrobić kolejne ćwiczenie, żeby sprawdzić, czy zostały rzeczywiście naprawione.
[srodtytul]Kariera potakiwacza[/srodtytul]
To oczywiste, mogłoby się wydawać, rozumowanie jest nie do przyjęcia dla wielu decydentów. Jaskrawym przykładem może być ćwiczenie antyterrorystyczne w Pałacu Kultury w roku 2001. Przygotowane w najgłębszej tajemnicy przed ćwiczącymi służbami pokazało ich całkowite nieprzygotowanie. Od powiadamiania przez koordynację, scenariusze działania, dowodzenie na miejscu do całkowitego braku procedur w powiązaniu z nieumiejętnością improwizacji przez dowodzących. Jedynym efektem było... pozbycie się jego organizatorów, bo przecież się „nie udało”. Politycy są świetni, zarządzanie wspaniałe, tylko ci złośliwi organizatorzy ćwiczeń! Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tymi „złośliwymi” nie byli organizatorzy ćwiczeń, tylko prawdziwi terroryści.
Wkrótce podobne ćwiczenie przeprowadzono na terenie PKP w Krakowie. Ci sami organizatorzy, podobny tragikomiczny przebieg i podobna reakcja decydentów, tym razem szczebla wojewódzkiego. Notabene do pierwszego zgrzytu doszło, gdy zażądano od organizatorów doręczenia wniosków z ćwiczeń przed ich przeprowadzeniem. Argumentacja zwalała z nóg: no przecież potem będzie konferencja prasowa i muszą być gotowe wnioski.
Opisywane przykłady dotyczą okresu sprzed dziesięciu lat, lecz, niestety, niewiele się od tego czasu zmieniło. Próby zmiany podejścia do ćwiczeń, które próbowano wprowadzić jako obowiązujące w roku 2009, skończyły się tym, że rządzący pozbyli się tych, którzy próbowali je wprowadzić. Nadal większość decydentów stawia na spokój i ładną fasadę, za którą co prawda nie kryje się żadna treść, ale przynajmniej chwilowo nie trzeba podejmować żadnych decyzji.
Stawia się na „potakiwaczy”, którzy zawsze upewnią decydenta w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Zapewnianie, że władza jest genialna i nic nie należy zmieniać, „bo przecież zawsze tak się robiło”, wystarcza, by zagwarantować sobie karierę w polskiej administracji. Selekcja negatywna pozwala więc odsuwać od możliwości decyzyjnych praktyków wiedzących, co nie działa, i chcących to zmienić, na rzecz „strażaków, co nie widzieli pożaru, policjantów, co nie widzieli bandyty, czy żołnierzy, co nie widzieli poligonu”.
A kiedy przyjdzie prawdziwe zagrożenie, którego nikt realnie nie przećwiczył? To postąpimy zgodnie z obowiązująca w polskim systemie doktryną „Polski od może do może” – może coś się uda, a jak nie, to może nikt nie zauważy.
Czas najwyższy, żeby zacząć zauważać.
[i]Autor do stycznia 2010 roku był szefem Biura Ochrony Infrastruktury Krytycznej i Planowania, obecnie jest ekspertem ONZ w Demokratycznej Republice Konga[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA