fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Z Kaczyńskim wróciła ideologia

Fotorzepa, Marcin Łobaczewski MŁ Marcin Łobaczewski
Dobry wynik prezesa PiS nie tyle mnie martwi, ile niepokoi, stanowi bowiem zagrożenie dla tej wersji demokracji, jaka dominuje obecnie w świecie zachodnim – twierdzi filozof w rozmowie z Marcelim Sommerem
[b]Rz: Kandydat Polski A wygrał wybory? Czy dokonywane przez Polaków wybory naprawdę da się wyjaśnić podziałem na Polskę A i B? [/b]
To na pewno jakaś część prawdy: wyborcy Prawa i Sprawiedliwości to częściej ludzie biedniejsi, starsi, gorzej wykształceni. Nie przypadkiem również Jarosław Kaczyński najwięcej głosów dostaje na wsi i w małych miejscowościach. To wszystko nie tłumaczy jednak podziałów w stopniu zadowalającym. Do tych parametrów należy dodać ocenę poczynań rządu Donalda Tuska – w jakiejś mierze wybory były plebiscytem w tej sprawie. I te wyniki premier powinien potraktować jako poważne ostrzeżenie. 47 proc. głosów Jarosława Kaczyńskiego to dobry wynik. Dotychczasowe sondażowe sukcesy Platformy – w porównaniu z poprzednimi rządami – zdają się w znacznym stopniu wynikać z tego, że tak niewiele robiła, nie przeprowadzała trudnych reform, nie zmuszała do wyrzeczeń. Ale w sytuacji wyborów czy w kontekście globalnego kryzysu finansowego ludziom to nicnierobienie będzie coraz bardziej przeszkadzać. Ostatnim, ale chyba najważniejszym zjawiskiem, o którym chciałbym powiedzieć, jest powrót ideologii.
[b]To chyba obserwowaliśmy dwie różne kampanie. Bronisław Komorowski odżegnywał się od liberalizmu, a nawet od programu swojej partii (chociażby w sprawie likwidacji KRUS). Jarosław Kaczyński z kolei stosował ideologiczny miszmasz. [/b]
Może zamiast ideologia ( bo rzeczywiście, nie chodzi tu o to, że słowa prezesa Kaczyńskiego da się łatwo określić jako prawicę, lewicę czy centrum) nazwijmy to pewnym syndromem ideologicznym. Polega on na przeciwstawianiu sobie tych różnych grup społecznych: bogatych i biednych, beneficjentów i poszkodowanych transformacji ustrojowej, Polski młodej, wielkomiejskiej i tej bardziej tradycyjnej, przywiązanej do Kościoła – na napędzaniu i pogłębianiu konfliktów między nimi.
[b]Ale czy nie na tym właśnie polega polityka – na definiowaniu i artykułowaniu społecznych konfliktów? Czy konflikt pomiędzy wartościami albo konflikt między interesami różnych grup społecznych nie jest wpisany w demokrację?[/b]
Dzisiaj polityka polega przede wszystkim na rozwiązywaniu konkretnych problemów. Współczesna walka ideologiczna z perspektywy filozofii polityki jest śmieszna. Weźmy na przykład wybory w Wielkiej Brytanii, gdzie każda z głównych partii zgłosiła tak naprawdę po jednym konkretnym pomyśle. We Francji trudno mówić nawet o tym. Zwycięstwo Sarkozy’ego sprzed paru lat to efekt tylko i wyłącznie skutecznej, dynamicznej – zwłaszcza na tle konkurentów z Partii Socjalistycznej – polityki wizerunkowej.
[b]To przykład, za którym mamy podążać? Brzmi dość ponuro.
Teatralizacja polityki, oderwanie jej od wartości i od konfliktów to zjawiska pozytywne?[/b]
Rzecz w tym, że nieuniknione. Ideologiczność to w dzisiejszych czasach anachronizm, choćby nie wiem jak nam się to nie podobało. Konflikty interesów nie są we współczesnych demokracjach rozstrzygane metodami stricte politycznymi, ale instytucjonalnymi, na zasadzie technokratycznej racjonalności, a nie woli ludu. Dziwię się, że moja koleżanka Jadwiga Staniszkis tak łatwo odwróciła się od swoich poglądów na ten temat i uwierzyła w sukces spersonalizowanej polityki, w rolę charyzmatycznej jednostki – Jarosława Kaczyńskiego. Ja obstaję przy poglądzie, że najważniejsza dla rangi i modernizacji państwa jest dziś sprawność w administrowaniu, a walory osobowościowe i przywódcze są przydatne, ale drugorzędne. Dlatego też dzisiejsza czołówka europejskiej polityki – włącznie z najwyrazistszymi, jak Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk – sprawia wrażenie o parę klas słabszej od tej sprzed kilkudziesięciu lat. Nawet prezydent Obama okazuje się nie być politykiem tak wybitnym, jakim zdawał się przed amerykańskimi wyborami. Można się spodziewać, że w najbliższych latach wyrazistość polityczna zyska nieco na znaczeniu ze względu na kryzys, który budzi na nowo społeczne nadzieje na polityczne przywództwo i przewodnictwo. Nie zmieni to jednak istoty współczesnej władzy, która sprowadza się do administrowania. Dlatego Kaczyński z jego przedwojennymi politycznymi ambicjami jest politykiem anachronicznym i w pewien sposób niebezpiecznym.
[b]Dlaczego?[/b]
Dawniej w demokracjach ideologia pełniła funkcję oręża politycznego danej grupy społecznej, a raczej jej reprezentantów. Innymi słowy, nie aspirowała do wyjaśniania i organizowania całej rzeczywistości dla wszystkich. Do tego ideologia się po prostu nie nadaje. Chyba że jest populizmem nastawionym na tani poklask.
[b]Kaczyński to populista? [/b]
Taką przynajmniej ma taktykę. Moim zdaniem właśnie przywracając do łask ideologię jako całościowy projekt, dzieli społeczeństwo. A demokracja bez głębokich konfliktów nie tylko może istnieć, ale wręcz doskonale sobie radzi. Najlepsza demokracja to taka, która najbliższa jest ideału interesu wspólnego. Interes ogółu wydaje się w wielu sprawach realnie osiągalny, to nie pusty slogan. Na przykład ułatwienie działania przedsiębiorcom niewątpliwie służy dobru ogółu…
[b]Doprawdy?[/b]
Tak właśnie jest. Tymczasem ideologizowanie debaty i zaostrzanie konfliktów zazwyczaj mija się z celem, to znaczy prowadzi do zastąpienia merytorycznego sporu o rozwiązania czystą, irracjonalną walką polityczną. To z kolei stoi w sprzeczności z jednym z największych osiągnięć demokracji, czyli ucywilizowaniem konfliktów, odrzuceniem metod politycznej walki na śmierć i życie. A w tym właśnie kierunku podąża teraz Polska.
[b]Cała odpowiedzialność spoczywa na Kaczyńskim? A co z intelektualnymi elitami, które od początku demokratycznych przemian piętnowały całe grupy społeczne – te, które poniosły największe szkody w wyniku reform rynkowych – jako „roszczeniowców” czy „ludzi sowieckich”? [/b]
To prawda. Od Okrągłego Stołu poczynając, z różnych powodów, różnym siłom politycznym nie udało się stworzyć w Polsce wspólnoty politycznej z prawdziwego zdarzenia. Dzisiaj zbieramy owoce minionych błędów. To, co nastąpi teraz – obawiam się – pogłębi jednak ten stan rzeczy: utrudni, a nie ułatwi organizowanie się we wspólnotę polityczną.
[b]Przecież obie strony deklarują zgodę narodową i ucywilizowanie sporu.
To tylko wyborcza gra? [/b]
Tak. Przed nami wybory parlamentarne. PiS, chcąc przejąć władzę, będzie się odwoływał do brutalnych metod. PO zrobi wszystko, żeby władzę zachować. Być może nie będą padać takie słowa, jak w minionych latach: o ZOMO, kamaszach itd., ale logika walki o władzę się nie zmienia, a ona w Polsce wymusza ostry konflikt. Jedyną możliwością i jedyną prawdziwą okazją do budowy wspólnoty mógłby być powrót PO – PiS, ale na polską wielką koalicję szans nie widać żadnych. Faktem jest natomiast, że ludzie mają dzisiejszej konwencji politycznego sporu powyżej uszu i świadczy o tym nie tylko zaskakujący wynik Grzegorza Napieralskiego w pierwszej turze, ale i druzgocząca porażka PO w Lublinie, będąca w dużej mierze rezultatem zabiegów Janusza Palikota.
[b]A wysokie poparcie dla PiS i Kaczyńskiego to powód do zmartwienia? Tak twierdzą choćby Adam Michnik czy Janusz Majcherek.[/b]
Dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego nie tyle mnie martwi, ile niepokoi, stanowi bowiem zagrożenie dla tej wersji demokracji, jaka dominuje obecnie w świecie zachodnim. Nie dla demokracji w ogóle, bo czegoś takiego po prostu nie ma.
[b]Czym tak naprawdę różni się Jarosław Kaczyński od Bronisława Komorowskiego?[/b]
Przede wszystkim reprezentują oni dwa odrębne style uprawiania walki politycznej i konkurencji o władzę. Łączy je dominacja „walki negatywnej” i oddziaływania na emocje. Zamiast dwóch projektów dla Polski, mieliśmy walkę strachu przed IV RP z niechęcią do liberałów. Dużo trudniej zidentyfikować realne różnice merytoryczne między kandydatami. Jedynym bodajże prawdziwym politycznym sporem, jaki został wyartykułowany podczas tej kampanii, była kwestia Białorusi – problem w polskiej polityce zdecydowanie niepierwszorzędny. Nie zbliżono się też do realnego politycznego kompromisu w żadnej konkretnej sprawie. Znowu skończyło się na sloganach.
[i]Marcin Król jest filozofem i historykiem idei, publicystą. W 1978 r. założył i pełnił funkcję redaktora naczelnego opozycyjnego, liberalnego pisma „Res Publica” (obecnie „Res Publica Nowa”), współpracownik „Tygodnika Powszechnego” oraz „Dziennika”, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, dziekan Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA