fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Prawda o tragedii wyborców

Spektakl Luka Percevala zakończył poznański festiwal, którego bohaterami byli flamandzcy artyści
ARMIN SMAILOVIC/THALIA THEATER
Malta Festival. Flamandzki mistrz Luk Perceval pokazał kulisy zamachu na JFK i sam wykonał wyrok na demokracji
Gdyby polityczny thriller "The Truth about Kennedys" pokazano w sobotni wieczór na wszystkich kanałach polskiej telewizji, frekwencja w wyborach prezydenckich mogłaby spaść o kilkadziesiąt procent.
Nie chodzi wcale o to, że Luk Perceval wraz z aktorami Thalia Theather z Hamburga naruszyli ciszę wyborczą, przedstawiając szokujące informacje o naszych kandydatach. Przedstawienie jest uniwersalne i radykalne, bowiem przerywa milczenie w sprawie demokracji, która staje się największym tabu naszych czasów: nietykalnym bóstwem.
Flamand nie uznaje żadnych świętości i wytoczył mu proces, wściekły, że wcześniejsze umarzano w podejrzanych okolicznościach – z powodu braku dowodów albo "niewielkiej szkodliwości społecznej". Posłużył się zasadą sądownictwa amerykańskiego, w którym precedensowe orzeczenie staje się prawem. Skoro na czele największego mocarstwa mogły stać męty, jaką można mieć pewność, że w innych krajach ludzie są w stanie kontrolować polityków.
W roli świadków występują aktorzy, a drobiazgowo zgromadzone dowody, w tym przecieki i raporty CIA i FBI, są nie do podważenia: rządy JFK, naj-popularniejszego prezydenta XX wieku, były konsekwencją przestępstw giełdowych, gigantycznej korupcji, układów z mafią, morderstw i sfingowanych procesów.
[srodtytul]Polityczny celebryta [/srodtytul]
Perceval prześledził losy Kennedych od połowy XIX wieku, gdy protoplasta rodu przyjechał do Ameryki z biednej, wyniszczonej głodem Irlandii. Jego potomkowie szybko pojęli zasady gry o władzę i stali się pionierami politycznego marketingu. Pozwalał on rodzinie związanej z demokratami tuszować takie wpadki, jak forsowanie umów z Hitlerem czy zwalczanie socjalistów w Hollywood. Familia miała na usługach redaktora naczelnego "New York Timesa". Inwestowała w przemysł rozrywkowy, zyskując poparcie opiniotwórczych środowisk. Związek JFK z Marilyn Monroe był kopią romansu jego ojca związanego z Glorią Swanson. To jednak John Fitzgerald zdecydował się na rolę gwiazdy, pierwszego politycznego celebryty z piękną żoną Jackie u boku. Był ciężko chory, ciągle na prochach, romansował z setkami kobiet. A mimo to publikatory budowały jego legendę.
Gardząc radiem, występował tylko w telewizji, przewidując, że polityczne uśmiechy będą miały podczas wyborów większe znaczenie od prawdy.
Perceval uczynił wszystko, by jego spektakl nie robił wrażenia bajeczki o złym wieku XX zakończonej happy endem. Doprowadził opowieść do współczesności. Po morderstwach JFK i jego brata Roberta, którzy uwikłali się w brudną grę z mafią i CIA, głową dynastii został najmniej utalentowany Ted, zamieszany w liczne afery i odpowiedzialny za śmierć narzeczonej. Nie przeszkodziło mu to jednak namaścić Baracka Obamę na nowego prezydenta i guru demokratów.
Ale nie o polityczną opcję chodzi. Perceval nie para się doraźną publicystyką. Unaocznia procesy, które rozgrywają się w naszej podświadomości, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nawet jeśli mamy wiedzę o najgorszych sprawkach ludzi ze świecznika władzy, nie chcemy zrobić z niej użytku. Pozwalamy sobą manipulować, bo potrzebujemy mitu porządkującego świat. Łatwiej żyć w politycznej iluzji niż z poczuciem chaosu. Oto jak na dłoni irracjonalność demokracji, tej świeckiej religii, której kapłani nigdy nie przestrzegają dekalogu, a mimo to, w ostateczności, zawsze decydujemy się im zaufać.
[srodtytul]Dynastia śmierci[/srodtytul]
Reżyser, który do tej pory obrazował mechanizmy władzy, sięgając po tragedie antyczne i szekspirowskie, tym razem udowodnił, że historie na miarę "Orestei" czy "Ryszarda III" rozgrywają się dziś. Żeby się o tym przekonać, wystarczy śledzić media. Dlatego z gazet i prasowych wycinków zbudował główny scenograficzny motyw: zamykające perspektywę sceny gigantyczne archiwum, a jednocześnie ekran, na którym oglądamy fotosy bohaterów.
Kto wie, czy nie bardziej wstrząsający od tajemnic wielkiej polityki jest los rodziny ze szczytów władzy. Z dziewięciorga rodzeństwa Kennedych tylko kilkoro nie zginęło i nie uciekało przed szaleństwem w objęcia śmierci. Ofiarą chorób i nałogów padały dzieci i wnukowie. Jakby władza była wyniszczającą chorobą genetyczną. Albo karą zesłaną na tych, którzy chcieli być bogami na ziemi.
Wadą spektaklu jest jego ateatralność. Aktorzy przez trzy i pół godziny podają tekst w rytmie karabinu maszynowego, wirując na obrotówce. Myślę jednak, że Perceval działał świadomie. Chciał podkreślił z całą mocą, że to, co pokazuje, nie jest historią ani teatrem, tylko naszym współczesnym życiem.
Dlatego ktokolwiek byłby prezydentem, jednego możemy być pewni: całą prawdę o nim poznamy wtedy, kiedy będzie już za późno.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA