fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Co śmierć Lecha Kaczyńskiego zmieniła w polskiej polityce?

V Debata Klubu Ekspertów "Rz"
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Debata Klubu Ekspertów "Rz"
[wyimek][b][link=http://www.rp.pl/artykul/493088.html" "target=_blank]Obejrzyj relację filmową z debaty[/link][/b] [/wyimek] [srodtytul]Czesław Bielecki[/srodtytul]
Emocje lub ich brak emocji określają sposób, w jaki oceniamy, czy śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego coś może zmienić w polskiej polityce. Czy widzimy w tym, co się stało, rezultat pewnego rozumienia polityki, pewnego jej prowadzenia czy po prostu wywołujący niesłychane emocje zbieg okoliczności. Przypomina mi się tu ulubiona konkluzja Kisiela: to nie kryzys, to rezultat. Tylko jeżeli rezultat, to czego? Jaką kumulacją błędów była ta katastrofa? Jakie były jej rzeczywiste przyczyny? Te ostatnie, przedostatnie i przedprzedostatnie.
Powiem o trzech rzeczach, które chciałbym, żeby ta śmierć zmieniła w Polsce na lepsze. Zacznę od operacjonalizacji wizji Polski. Tutaj jedna strona – myślę o PO – wykonuje piruety na zalanej powodzią podłodze. A druga z kolei nie przechodzi z poziomu abstrakcyjnych symboli na poziom rzeczywistości, rozwiązywania realnych problemów. Nie było jeszcze w Polsce przez ostatnich 20 lat rządu, który w ciągu pierwszych 100 dni powiedziałby, co zamierza zrobić, a przez następne 100 dni zaczął to wdrażać. W związku z tym wszyscy rządzący poddają się tyranii status quo. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby którykolwiek z rządów, czy to PO czy PiS, czy którakolwiek koalicja pilnowały przyjętego reżimu czasowego. Jeżeli coś się udawało, to nie dzięki strukturom, a na przekór ich oporowi, na ręcznym sterowaniu. Było to zawsze stosunkowo małe zadanie, choćby miało wielki, jak Muzeum Powstania Warszawskiego, wymiar symboliczny. Zadanie absolutnie nieporównywalne do wielkich projektów, takich jak port i miasto Gdynia, COP czy choćby odbudowa Starówki gdańskiej lub warszawskiej w czasie powojennej biedy.
Na pewien czas nastąpiło porozumienie w żałobie. Nie widzę jednak szansy na ekstrapolowanie tej pozytywnej emocji, które powodowałoby, że politycy będą przed nami odpowiedzialni. Na pewno bardzo złym znakiem jest to, że nie doczekaliśmy się – po licznych spektakularnych dymisjach członków rządu PO – dymisji ministra Klicha. Zgodnie z zasadami cywilnej kontroli nad armią, które obowiązują w NATO, minister odpowiada za to, co działo się w jego wojskowym pułku specjalnym.
Punkt drugi wiąże się z bezpieczeństwem. Uważam, że i w sprawie wypadku smoleńskiego, i powodzi żadna ze stron w konflikcie wewnątrz kartelu PO – PiS nie chce, nie może, nie umie powiedzieć, że ktokolwiek rządziłby Polską, niestety, do tych błędów by doszło. Przebieg wydarzeń z przeszłości pokazuje, że czy rządzili ci, czy tamci, to od 11 lat polskie siły zbrojne nie przeszły rzeczywistej transformacji. Wciąż wewnętrzne lobby, beton wojskowy decyduje o tym, jak wyglądają siły zbrojne, czy rządzi nimi Sikorski, czy Szczygło, czy Komorowski. Rezultaty w końcu się skumulowały.
Jeżeli ostatniej tragedii, mówiąc słowami Piłsudskiego, nie przepracujemy w sobie, to nie będziemy w stanie budować polityki zagranicznej z prawdziwego zdarzenia. Państwo tak słabe, że nie potrafi nawet ochronić własnej elity władzy przed absurdem jej postępowania, nie może pretendować do poważnej roli, licytować serio na arenie międzynarodowej. Od tej konkluzji elity władzy w Polsce uciekają. Ten dramat na własne życzenie jest także kompromitacją. Popisem niekompetencji władzy.
Właśnie w momentach kryzysów widać, że przejęliśmy po Peerelu atrapę państwa i nie umieliśmy jej przebudować. To, co zależało od przedsiębiorczości obywateli, zmieniło się kolosalnie i funkcjonuje. Ale niewielu polityków umie pozytywnie ukierunkować emocje obywateli, wygrać zalety przeciw wadom tak, jak w swoim czasie zrobił to Owsiak, rozkręcając Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Nasze twórcze napięcie, za pomocą którego próbujemy promować Polskę w świecie, zupełnie nie przekłada się na siłę państwa i na jego dynamikę.
Trzecią rzeczą, do której wciąż wracam, jest relacja państwo – obywatel, która moim zdaniem rodzi tylko złe emocje. Niech nie myli nas poczucie obywatelskiej wspólnoty ostatnich tygodni. Państwo okazało się sprawne w organizowaniu pogrzebów. Pozostało niesprawne jednak w sytuacjach normalnych, gdy chodzi o normalne kryzysy. Przy okazji powodzi okazało się, jak zaniedbany jest problem stałego utrzymania ruchu w strukturach naszego państwa. Istotne projekty w naturalny sposób nie przechodzą z samorządu na samorząd, z rządu na rząd. Tylko tak zapewnić można ciągłość obsługi społeczeństwa przez państwo w dziedzinach, w których z natury rzeczy tylko na państwo można liczyć. Widać to wyraźnie w dyskusjach na temat powodzi. Mamy prawodawstwo, które przewiduje wywłaszczanie za rekompensatą i mamy prawodawstwo pozwalające realizować cele publiczne. Ale nie mamy minimum zdrowego rozsądku w administracji, który nie zezwalałby budów na terenach zalewowych. Taka decyzja nie wymaga jakichś ekstrarozwiązań legislacyjnych, wymaga pewnego minimum potencji władzy. Jeżeli władza jest impotentna, to jest to problem.
Myślę, że śmierć prezydenta Kaczyńskiego zmieni coś w polskiej polityce tylko wtedy, jeżeli te trzy dziedziny zostaną kompletnie zrewidowane. Jeżeli wyznaczymy tu normalne standardy i dokonamy w elitach władzy tego, co psychologowie nazywają uwewnętrznieniem zasad. Moim zdaniem do tej internalizacji zdrowych standardów myślenia i działania nie doszło. W debatach po smoleńskim dramacie próbuje się zbudować coś nowego na emocjach patriotycznych. Ale nie ma w tym żadnego racjonalnego jądra, które zbliżałoby nas do przemiany, która tak jest Polsce potrzebna.
[ramka]Czesław Bielecki jest architektem, publicystą, działaczem społecznym. Działał w opozycji demokratycznej. Współzakładał Ruch Stu, w Sejmie III kadencji był przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych. Zainicjował powołanie Muzeum Komunizmu w Warszawie[/ramka]
[srodtytul]Zbigniew Stawrowski[/srodtytul]
Mój przedmówca mówił o prawach i obyczajach. Ja natomiast chciałbym tutaj na początku przywołać kategorię moralności, którą posługiwał się Immanuel Kant. Odróżniał on, mianowicie, dwa jej wymiary – wewnętrzny i zewnętrzny. Jest coś takiego jak moralność w sensie ścisłym, która dotyczy intencji naszych działań. Rzecz w tym, że ta wewnętrzna sfera pozostaje nieprzenikniona dla innych ludzi. Nikt z nas tak naprawdę nie jest w stanie do końca ocenić intencji drugiej osoby i dlatego przy wszelkich takich próbach należy zachować daleko idącą powściągliwość. Możemy natomiast oceniać w kategoriach moralnych czyny oraz ich konsekwencje. Moralna ocena sfery szeroko rozumianej polityki dotyczy nie intencji polityków, lecz właśnie zewnętrznych rezultatów ich działań. Myślę, że to proste rozróżnienie powinniśmy mieć w tyle głowy, kiedy obserwujemy to, co się w tej chwili dzieje w polskiej polityce.
Trudno nie dostrzec, że dokonują się w niej wyraźne zmiany. Aby je uwidocznić, warto stan dzisiejszy odnieść do tego, co jeszcze niedawno, przed 10 kwietnia, uchodziło za normę. Znamieniem tak rozumianej normalności była radykalnie spolaryzowana scena polityczna. Posługując się metaforą filmową, można powiedzieć, że polityka rozgrywała się w konwencji westernu. Z jednej strony był dobry szeryf wraz z przyjaciółmi, z drugiej strony zgraja opryszków. Schemat ten podzielany był przez obie strony sporu, choć oczywiście role rozpisane były odwrotnie. Toczyła się nieustanna walka, odpowiadano ciosem za cios. Z tym, że o wiele skuteczniejsza w swoim przekazie okazywała się Platforma Obywatelska.
W ten normalny w powszechnym odbiorze obraz polityki wtargnęła nagle zupełnie inna perspektywa. Gdy po katastrofie w Smoleńsku nastał czas żałoby, dotychczasowa normalna polityka natychmiast niemal zniknęła ze sceny, kryjąc się wstydliwie w cieniu. Dla wszystkich stało się jasne, że była ona właśnie nienormalna i niemoralna. Zachowania wcześniej nie tylko tolerowane, ale wręcz oklaskiwane, zostały zgodnie uznane za naganne. Nagle odsłoniła się nowa przestrzeń, do głosu doszły podstawowe wartości, które nie podlegają politycznym sporom. Pojawiła się świadomość, że poza wszelkimi sporami jest coś, co nas łączy i co stanowi nasz zbiorowy obowiązek, że takie słowa, jak „patriotyzm” czy „miłość ojczyzny”, nie są fikcją, lecz mają swój konkretny sens.
Obok perspektywy niezmiennych wartości, które bywają często ukryte, a jednak cały czas wśród nas obecne, katastrofa w Smoleńsku odsłoniła nam również drugą stronę tego świata, coś innego, co również trzeba uwzględnić w myśleniu o polityce. Po pierwsze ukazała kruchość rzeczy – nie tylko kruchość ludzkiego życia, ale także kruchość wspólnoty państwowej. Pojawiło się poczucie, że nasze państwo stoi na glinianych nogach. A to, że jeszcze stoi, jest być może tylko kwestią przypadku. Po drugie ukazała element nieprzewidywalności. Takie dramatyczne momenty uczą pokory wobec rzeczywistości. Wszelkie wcześniejsze kalkulacje i przewidywania polityczne oparte na logice dobrze znanego świata nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. To zaś, że nieprzewidywalne wydarzenia należy jednak uwzględniać i przewidywać, potwierdził ponownie dramat powodzi.
W obliczu tych doświadczeń, które wszyscy mniej lub bardziej głęboko przeżyliśmy, rodzi się pytanie, czy coś z tego innego, lepszego świata da się zachować w czasie po żałobie. W wymiarze politycznym jest to pytanie o to, czy główni aktorzy politycznej sceny są gotowi przemyśleć i zmienić to, co wcześniej uznali za normę uprawiania polityki.
Po stronie Platformy Obywatelskiej poza dwoma głosami – ministra Zdrojewskiego na pogrzebie Janusza Kurtyki oraz Jarosława Gowina o potrzebie skierowania ustawy o IPN do Trybunału Konstytucyjnego – nie było i nie ma nawet śladu prób zredefiniowania polityki i kształtowania przestrzeni publicznej w innej konwencji niż klasycznego westernu. Platforma, dysponując – jako formacja rządząca – niemal wszystkimi instrumentami, które mogłyby to zadanie urzeczywistnić, nie wykazała w tym kierunku żadnej inicjatywy. A przecież aż się prosiło, by to premier pierwszy wyciągnął rękę i pierwszy zaproponował rozmowę o najważniejszych dla Polski sprawach. Co więcej, wiele wskazuje na to, że największym marzeniem Platformy jest to, by wreszcie powróciła normalna polityka, tzn. taka, jaką można było prowadzić przed katastrofą.
Ale obecna rzeczywistość, o zgrozo, nie chce powrócić w dawne koleiny. Wciąż sytuacja nie jest normalna, co gorsza, nie wiadomo, czy i kiedy wahadło powróci na poprzednią stronę. Wiele osób i środowisk wydaje się z tego powodu zagubionych i poważnie przestraszonych. To już nie ta przestrzeń i nie ta znajoma gra, w której czuli się zwycięzcami. Wciąż nie dochodzi do oczekiwanego starcia, bo druga strona go ewidentnie unika. I to właśnie jest nowy i zarazem najważniejszy element odmienionej przestrzeni politycznej, w której aktualnie się znajdujemy. Na tym polega działanie, które inaczej kształtuje rzeczywistość, skutecznie przeciwstawiając się poprzedniej normalności i właściwej jej logice walki politycznej.
W tym kontekście zgłaszane są wątpliwości, czy Jarosław Kaczyński mógł tak bardzo się zmienić. Tym samym otwarcie kwestionuje się jego dobre intencje. Jednak tego typu pytania czy wręcz zarzuty o wiele więcej mówią nam o ludziach, którzy je stawiają, niż o samym Kaczyńskim. Mówią o ich sposobie rozumienia polityki jako bezwzględnej walce z wrogiem. Jarosława Kaczyńskiego próbuje się przedstawić jako gracza politycznego, który wymyślił nowy, skuteczniejszy sposób ogrania swoich konkurentów. W oczach tych, dla których polityka to czysty machiavellizm, jawi się on teraz jako super-Machiavelli. W pewnym sensie został on ustawiony w roli czystego zła, w roli diabła. A na pytanie, czy diabeł może się nawrócić i zostać apostołem pojednania i miłości, odpowiedź w ramach takiej manichejskiej struktury myślenia brzmi: to absolutnie niemożliwe.
Powtarzam, rozważania o intencjach lepiej sobie darować, bo są one zawsze poważnym nadużyciem. Mamy natomiast do czynienia z oczywistym faktem zmiany formy publicznych wystąpień i sposobu uprawiania polityki. Co więcej, dotyczy to nie tylko samego Jarosława Kaczyńskiego, ale również grona jego współpracowników. Wskazuje to nie tylko na zrozumiałe w kontekście traumatycznych przeżyć emocjonalne wyciszenie, ale na świadomie wybrany program kształtowania przestrzeni publicznej.
Powstaje pytanie, czy taka odmienna od dotychczasowej polityka może być prowadzona w dłuższym okresie. Jest to zadanie trudne i wymagające ogromnej samodyscypliny, ale zapewne możliwe. Mogę sobie wyobrazić prowadzenie takiej polityki przez Jarosława Kaczyńskiego, nawet wtedy, gdyby został wybrany na prezydenta. Mógłby wówczas w zasadzie zrezygnować ze stosowania weta i tylko w sytuacjach skrajnych odsyłać ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. A jednocześnie cały czas, mając dostęp do najważniejszych informacji w państwie, mógłby budować taką przestrzeń polityczną, w której najważniejsze dla naszej wspólnoty wartości pozostają na pierwszym planie.
Z drugiej strony, taka pozytywna i unikająca konfrontacji polityka jest trudna do utrzymania w sytuacji radykalnie przeciwstawnych stanowisk. Dostrzegam przede wszystkim dwie kwestie, które – choć na razie zamrożone – mogłyby temperaturę sporu doprowadzić do maksymalnej intensywności. Pierwsza to dyskusja nad sensem prezydentury, której nie można przecież sensownie prowadzić bez szerszej dyskusji nad całością ustroju państwa. Jest uderzające, że mimo rozpisania wyborów prezydenckich w ogóle nie toczy się debata na ten temat. Bronisław Komorowski ubiega się o urząd, którego sens – zarysowany wcześniej przez jego szefa, premiera Tuska – ma się zatem sprowadzać do prestiżu, żyrandola i pałacu. Ale, jak wolno przypuszczać, także dla Jarosława Kaczyńskiego urząd prezydenta zgodny z zapisami obowiązującej konstytucji nie jest wymarzonym miejscem, w którym chciałby on uprawiać politykę i w sposób istotny wpływać na losy państwa. Obaj kandydaci wspólnie uczestniczą tu niestety w podtrzymywaniu fikcji.
Druga kwestia, która na razie również została wzięta w nawias, to okoliczności katastrofy w Smoleńsku. I nie chodzi tu o techniczne szczegóły tragedii, te być może zostaną do końca wyjaśnione, ale o oddanie stronie rosyjskiej uprawnień do prowadzenia śledztwa. Ta sprawa dotyczy wprost suwerenności naszego państwa lub jej braku, i nie ma tu mowy o jakimkolwiek kompromisie. Podniesienie tej kwestii natychmiast spowoduje, że przestrzeń publiczna znów zamieni się w arenę bezwzględnej walki.
I na koniec uwaga z nieco innego, ale być może nawet ważniejszego porządku. Polskę dzieli nie tylko spór dotyczący sposobu uprawiania polityki, ale również coraz bardziej głęboki konflikt cywilizacyjny. Przejawem tego drugiego jest przyjęta niedawno przez Sejm ustawa – jak ją nazywam – o legalnym stosowaniu przemocy wobec dzieci i rodziny. Ma ona w wymiarze cywilizacyjnym znaczenie podobne do tego, jakie miałoby wprowadzenie w Polsce legalnej eutanazji. Nie można pozwolić, aby takie rozstrzygnięcia przechodziły niemal niezauważone.
[ramka]Zbigniew Stawrowski jest filozofem polityki, pracuje w Instytucie Politologii UKSW oraz w Instytucie Studiów Politycznych PAN, kieruje Instytutem Myśli Józefa Tischnera w Krakowie[/ramka]
[srodtytul]Bronisław Wildstein[/srodtytul]
Według Czesława Bieleckiego Polacy radzą sobie dobrze, a to państwo, które otrzymali, mają dość fatalne. Dlaczego tak jest? Czy przypadkiem nie istnieją silne grupy, które są zainteresowane takim stanem państwa? Z jednej strony pojawia się stwierdzenie, że musimy zbudować silne państwo odpowiadające naszym ambicjom i naszym potrzebom, a takiego państwa nie mamy. A z drugiej strony słyszymy, że państwo nasze jest doskonałe, że właściwie to, co mamy, jest bardzo dobre i jedynie ci, którzy próbują bardziej radykalnie krytykować to państwo, są zagrożeniem. Została podniesiona dość fundamentalna rzecz – wyjaśnienie przyczyn katastrofy. Zdarzyło się zupełnie coś niezwykłego: zrezygnowaliśmy ze swojej suwerenności. Zredukowaliśmy się do roli petenta, nie próbując podejmować żadnych działań.
Inna sprawa to fenomen żałoby, wspólnego przeżycia, które ujawnia nam jednak ogromną skalę poczucia tożsamości Polaków i postrzeganie się w kategoriach wspólnoty, która integruje się w pewnych sytuacjach. Spór polityczny jest rzeczą naturalną, ale spór polityczny prawdziwy może się dziać tylko w wymiarze fundamentalnej jedności wspólnotowej. Wspólnota musi się określić, żeby prowadzić jakiś spór polityczny. Mam wrażenie, że nie doceniamy tego, co się zdarzyło w wymiarze tego, co nazwałbym narodowym przebudzeniem, co nasz establishment usiłował bardzo prędko spacyfikować. Skoro żyjemy w nieomal najdoskonalszym z państw, zmiany mogą być tylko drobne i mało znaczące. I wprost pisze się, że ktoś, kto podejmuje krytykę fundamentalną, bardziej zasadniczą III RP, powinien być wykluczony z życia publicznego. Cała zmiana, którą chce się dostrzec w Jarosławie Kaczyńskim, polega na tym, że on ma się wyrzec fundamentalnych idei, czyli krytyki III RP, i wtedy zostanie przyjęty do sfery politycznej.
[ramka]Bronisław Wildstein jest pisarzem, publicystą “Rzeczpospolitej”[/ramka]
[srodtytul]Piotr Semka[/srodtytul]
Po tragedii 10 kwietnia polska polityka nie zmieniła się w tym sensie, że nie nastąpiła żadna wyrazista zmiana, która mogłaby sugerować, że zmienił się paradygmat konfliktu. A jest to konflikt, który ciągle ma charakter chęci zlikwidowania drugiej strony przez PO i zepchnięcia na margines. Moje doświadczenia są takie, że komuś z taką hipoteką jak Jarosław Kaczyński się nie wierzy albo nawet jeżeli się wierzy, to ktoś zaraz wątpi, co będzie, gdy któregoś dnia wróci jak recydywista do dawnych pomysłów.
Niedawno przeglądałem – przy okazji pracy nad książką o Lechu Kaczyńskim – wywiad z Aleksandrem Smolarem, którego ktoś zapytał, dlaczego PSL w 2005 roku nie wszedł w koalicję z Jarosławem Kaczyńskim? Na to Smolar odpowiedział z uśmiechem: – To było oczywiste, że PSL wiedział, że za to grozi stryczek. Ten język eksterminacyjny nie pojawia się przypadkiem. Gdyby PO chciało uznać, że tego typu ugrupowanie jak PiS będzie istniało na scenie politycznej w perspektywie 15 – 20 lat, to uznałoby, że zmiana Jarosława Kaczyńskiego jest z jednej strony pożądana, a z drugiej – realistycznie uznałaby, że nie może być wymagane od niego upokarzające wyrzeczenie się idei IV RP. Ale jeżeli chce się mieć pozycję monopolistyczną na scenie politycznej, to wszelka zmiana in plus u przeciwnika nas nie cieszy.
[ramka]Piotr Semka jest publicystą „Rz”, opublikował właśnie biografię „Lech Kaczyński. Opowieść arcypolska”[/ramka]
[srodtytul]Łukasz Warzecha[/srodtytul]
Czesław Bielecki mówił o rzeczy moim zdaniem bardzo ważnej – rozdźwięku pomiędzy sferą symboliczną a sferą prakseologiczną. Tutaj istnieje pęknięcie. Chciałbym usłyszeć od panelistów, jak to pęknięcie pokonać. Polega ono na tym, że w dzisiejszym sporze uczestniczą dwie grupy ludzi o mocno odmiennych spojrzeniach na rzeczywistość. Pierwsza grupa to ci, którzy widzą politykę i życie publiczne jako przestrzeń wyłącznie pragmatyczną, gdzie wszelkie symboliczne odniesienia, fundamenty, imponderabilia są nie tylko zbędne, ale wręcz niebezpieczne, niepożądane i wywołują ich niepokój. Druga grupa – prawdopodobnie bardzo duża, teraz widzimy, że znacznie większa, niż wiele osób wcześniej sądziło – rozumie znaczenie i wagę tych symboli i imponderabiliów, przy czym ma problem z ich przełożeniem na język praktyki.
Sądzę, że państwo nie może funkcjonować bez symbolicznej podstawy. III RP jej właściwie nie ma i jest to prawdopodobnie jedna z najistotniejszych przyczyn, dla których dziś wygląda niekoniecznie tak, jak byśmy sobie życzyli. Z drugiej jednak strony państwo nie może funkcjonować bez umiejętności przekuwania tych symbolicznych podstaw w praktykę rządzenia, np. w te przysłowiowe autostrady.
Mówiąc obrazowo – jeśli zgodzimy się, że jedną z przyczyn, dla których w Polsce nie ma dobrych dróg, jest korupcja urzędników, to powinniśmy zrozumieć, dlaczego urzędnicy łapówki przyjmują i dlaczego mogliby odmawiać ich przyjęcia. Otóż mogliby odmawiać na przykład dlatego, że baliby się urzędu powołanego do walki z korupcją. Ale znacznie lepiej by było, gdyby odmawiali z powodu etosu urzędnika państwowego, a łapownictwo byłoby w ich środowisku przez większość potępiane. To jest znacznie pewniejsza metoda i tylko wówczas państwo może dobrze funkcjonować. A do tego potrzeba wspomnianych fundamentów symbolicznych. Jest to oczywiście pewien stan idealny, ale należy do niego dążyć.
Moje pytanie brzmi: czy to pęknięcie pomiędzy symboliką a prakseologią rządzenia państwem można jakoś zasklepić? Czy można zjednoczyć wspomniane dwie grupy ludzi? Niepokojące jest, że to pęknięcie wydaje się dziś głębsze niż kiedykolwiek.
[ramka]Łukasz Warzecha, jest publicystą dziennika "Fakt"[/ramka]
[srodtytul]Piotr Zaremba[/srodtytul]
Czesław Bielecki mówi, że obie główne partie w sporze o kształt i jakość państwa nie wydają mu się specjalnie atrakcyjne. Pierwsza z tych partii ma się wyróżniać brakiem treści, druga natomiast brakiem formy czy kiepską formą. Zastanawiałbym się, czy rzeczywiście można postawić tu znak równości.
Zwrócę uwagę na dwie okoliczności. Powiedział pan, że mamy wzrost gospodarczy, i dobrze, bo to jest skutek dynamizmu, sukcesu indywidualnego, natomiast równocześnie mamy niewydolne państwo. Z obiema częściami tej wypowiedzi można się zgodzić, ale warto zwrócić uwagę, że między tymi dwiema wartościami jest pewne napięcie: są sytuacje, w których między indywidualnym sukcesem, między rozwojem przedsiębiorczości, między ekspansją jednostki a celami wspólnymi dochodzi do konfliktu.
Widzę tu pewien problem, łatwej odpowiedzi nie daję, ale mam wrażenie, że – odwołując się do metafory Polski jako kraju okazałych domów stojących przy kiepskich drogach – PiS jest jednak bardziej partią (w założeniu przynajmniej) lepszych dróg, z trochę skromniejszymi domkami, Platforma odwrotnie. W jakiejś mierze więc to wybór społeczeństwa zadecydował o tym, że mamy w tej chwili taką sytuację, jaką mamy, choćby z wałami czy zbiornikami nieprzygotowanymi do powodzi.
I jest drugie podejście do tego problemu. Można też spojrzeć na to tak, jak patrzył przed laty Jan Rokita. Chciał państwa ograniczonego, niekrępującego przedsiębiorczości, ale w pewnych wybranych dziedzinach silnego. Mam wrażenie, że intuicja Czesława Bieleckiego też idzie raczej w tym kierunku. Ale zarazem wydaje mi się, że z Platformą od czasu, kiedy Rokita taki program formułował i bardzo sensownie go przygotował w 2005 r. jako przyszły premier, stało się coś złego.
Platforma jest w tej chwili partią, która nawet w tych sferach, gdzie teoretycznie państwo mogło być punktowo silne, dokonała wyraźnego zwrotu w tył. To jest wybór, który polega na traktowaniu państwa jako zła koniecznego. Dam bardzo charakterystyczny przykład prokuratury. Premier stwierdził, że on właściwie nie jest w stanie udzielić żadnych informacji w sprawie smoleńskiej katastrofy, bo nie ma prawa, które zmuszałoby prokuraturę do informowania jego. To oczywiście następstwo uniezależnienia prokuratury od ministra sprawiedliwości, które było reklamowane jako ruch w kierunku odpolitycznionego wymiaru sprawiedliwości. Ale przy okazji mamy do czynienia z wymiarem sprawiedliwości wyzwolonym czy uniezależnionym od wpływu opinii publicznej. Prokurator generalny, który nie musi się nawet premierowi, a więc tak naprawdę nam, z niczego tłumaczyć, jest prokuratorem z czasów sarmackich, złotej wolności. To być może jeszcze funkcjonowałoby nieźle w krajach o wysokiej kulturze prawnej, o dużych tradycjach, ale w Polsce to funkcjonuje wyraźnie źle.
Po śmierci prezydenta Kaczyńskiego Jan Rokita udzielił kilku wywiadów, w których stwierdził, że to, co się po katastrofie jakoś tam krystalizuje, to jest taki wspaniały sarmacko-romantyczny mit. Coś w tym jest, też czułem klimat takiego mitu. Momentami się jednak zastanawiam, czy długofalowo Rokita ma rację. Kto jest tak naprawdę w Polsce Stańczykiem, a kto dziedzicem złotej wolności? Chwilami mam wrażenie, że Stańczykami przynajmniej w teorii są bracia Kaczyńscy. Praktyka niekiedy fatalna, często nieprzekładalna na rzeczywistość, tu się z panem Bieleckim zgodzę. A na ile Platforma nie stała się po troszę dziedzicem XVIII-wiecznej złotej wolności? Chodzi mi tylko i wyłącznie o to, że polska szlachta była przekonana, że państwo nie jest jej do niczego potrzebne, że ono jest złem koniecznym. To miało ileś zalet i są do dzisiaj ludzie, którzy tamtą złotą wolność chwalą. Ale w perspektywie doprowadziło do tego, do czego doprowadziło.
[ramka]Piotr Zaremba jest publicystą dziennika "Polska. The Times[/ramka]
[srodtytul]Piotr Skwieciński[/srodtytul]
Piotr Zaremba mówił o abdykacji Platformy z rządzenia. Jego przykład – Donalda Tuska zapewniającego, że nie może niczego się domagać od prokuratora generalnego Seremeta – można rozwinąć, ten proces idzie bowiem dalej. Prokurator Seremet przyznał w wywiadzie, że on wprawdzie nie zna zawartości czarnych skrzynek tupolewa, ale zna ją jeden z podległych mu prokuratorów. Na pytanie, dlaczego o tę treść nie zapyta, odpowiedział, że obawia się, iż ów prokurator mógłby sporządzić notatkę służbową ze skargą, że jego szef domaga się informacji, do których jest nieuprawniony. To pokazuje stopień zaawansowania bardzo niebezpiecznego procesu. Wbrew temu, co wydaje się wyznawcom filozofii Platformy, pewne sfery bytu państwowego oddane korporacjom i uniezależnione od rządu nie będą dobrze funkcjonowały. Przykład idzie z góry. Dlaczego niżej postawieni w hierarchii urzędnicy mają ponosić odpowiedzialność rządzenia? Po co, skoro można to zepchnąć jeszcze dalej w dół?
Piotr Zaremba, opisując ten stan rzeczy nawiązał z sympatią do wizji, którą kiedyś formułował Jan Rokita – państwa silnego, ale ograniczonego do kilku sfer. Niezależnie od tego, czy tę wizję podzielam czy nie, to uważam ją za nierealistyczną dlatego, że ona idzie w poprzek ludzkiej psychice. W modelach teoretycznych można łączyć ogień z wodą, tworzyć rozmaitego rodzaju konstrukty, ale nie w rzeczywistości społeczno-politycznej. Najczęściej jednak mamy taki dylemat: albo państwo silne i duże, albo słabe i małe. Z różnych powodów, m.in.dlatego, że z reguły jeśli ktoś chce państwa silnego, to i dużego, a jeżeli woli państwo małe, to intuicja pcha go do tego, żeby było również słabe. Nie wydaje mi się, by partia państwa ograniczonego, ale silnego była atrakcyjna dla wyborców.
Polemizuję z tezą Czesława Bieleckiego, że niezależnie od tego, która partia by rządziła, i tak doszłoby do nieszczęść (katastrofa tupolewa i powódź). Jest rzeczą zupełnie normalną, że wszystkich polityków kusi, by rezygnować z kosztów redukowania zagrożeń nieoczywistych na korzyść wydatków, które są bardziej oczywiste i będą przez wyborców szybciej zaakceptowane. Inwestycje przeciwpowodziowe są klasycznym tego przykładem. Przy całej niesprawności organizacyjnej PiS jest też faktem, że filozofia ich działania jest mniej nastawiona na doraźny efekt propagandowy. W związku z tym istnieje pewna szansa, że gdyby to PiS rządził, więcej środków i więcej energii poświęcano by ograniczaniu zaniedbań infrastrukturalnych. Nie mówię o różnicy kilku rzędów wielkości, ale jednak jakaś by była.
[ramka]Piotr Skwieciński jest publicystą, współpracownikiem „Rzeczpospolitej”. Był m.in. prezesem PAP[/ramka]
[srodtytul]Dominik Zdort[/srodtytul]
We współczesnej Polsce wybór polityczny jest także wyborem pewnej narodowej wrażliwości, wyborem niemalże cywilizacyjnym. Możemy go symbolicznie określić wyborem pomiędzy patriotyzmem ciepłej wody - tak trafnie nazwanym przez kolegów z Dziennika - a tym co się ujawniło w pierwszych dniach żałoby, czyli patriotyzmem gorących serc.
Bardzo łatwo jest badać układ sił między tymi dwoma patriotyzmami za pomocą politycznych sondaży, bo ta wrażliwość doskonale nakłada się na nasz niemal dwupartyjny system. Dwa najsilniejsze ugrupowania polityczne odwołują się do tych dwóch modeli patriotyzmu.
Jeśli więc z sondaży wnioskować o ewentulnym stanie ducha Polaków, to po śmierci prezydenta Kaczyńskiego niewiele się zmieniło. Układ sił w politycznych sondażach jest bardzo podobny, jeżeli nie dokładnie taki sam jak przed wyborami. Wobec tego, jak sądzę, wszyscy którzy mieliśmy nadzieję na zmianę, bądź obawialiśmy się jej, możemy się uspokoić – nie ma o czym dyskutować, nic się nie zmieniło w polskiej polityce i polskim patriotyzmie. Proporcje między zwolennikami ciepłej wody i gorących serc utrzymują się nadal na tym samym poziomie: 70 do 30 proc.
Myślę, że brak zmian dotyczy „i bazy, i nadbudowy” – i społeczeństwa i klasy politycznej. Pewnego rodzaju teatr fundowany nam przez polityków nie jest dowodem żadnego przełomu. W Internecie pojawiają się zdjęcia roześmianych liderów PO, wkraczających na lotnisko, na którym mają witać trumnę Marii Kaczyńskiej. Wiemy też z wiarygodnych źródeł, że refleksja polityczna Jarosława Kaczyńskiego po tragedii nie jest budująca i nie pokazuje głębokiej zmiany, ale wręcz odwrotnie – wyostrzenie tego wszystkiego, co w retoryce prezesa PiS najbardziej drażniło.
Dlaczego w takim razie mieliśmy setki tysięcy ludzi na ulicach i skąd cały ten żałobny tydzień? Po prostu część z tych ludzi, tych, którzy nie są fanami patriotyzmu gorących serc zamknęła w tych dniach usta. Zachowała się bardzo grzecznie, kulturalnie. Oni nie zmienili się, nie zmienili swoich poglądów, także politycznych. Tylko zamilkli w obliczu tragedii.
Jan Rokita jest nieco naiwny, jeśli uważa, że coś głębokiego i ważnego się w Polsce wydarzyło. Być może coś się stało w jego sercu, ale on nigdy nie był klasycznym wyznawcą patriotyzmu ciepłej wody i jego przemiana w żadnym wypadku nie jest dowodem na szerokie zmiany społeczne. Mam przeczucie, że szybko spadną maski i dojdzie do jeszcze straszliwszego dożynania watahy niż to, z jakim mieliśmy do czynienia w poprzednich miesiącach i latach.
[ramka]Dominik Zdort jest publicystą, kierownikiem działu opinii "Rz"[/ramka]
[srodtytul]Michał Szułdrzyński[/srodtytul]
Proponuję bardzo prosty eksperyment myślowy, jak by wyglądała ta kampania na miesiąc przed wyborami, gdyby nie ta katastrofa. Byłaby zupełnie inna. Można oczywiście mówić, że najważniejsi politycy zarówno jednej jak i drugiej strony zachowują pewien umiar w prowadzeniu kampanii ze względu na to, że są hipokrytami. Jeżeli miałbym wybierać, czy wolę żeby politycy byli hipokrytami czy cynikami, to jednak wolę, żeby byli hipokrytami, bo przynajmniej wtedy wiedzą co jest dobre i wiedzą, że robią coś złego. Nawet jeżeli nie wierzą sami w przemianę, to jednak mam wrażenie, z jakichś powodów, mądrych powodów, się boją całkowicie to zmienić.
Co ta katastrofa zmieniła? Podział na Platformę i PiS po tej katastrofie okazał się fikcyjny. Istnieje podział istotny, bardzo poważny, ale to jest podział społeczny czy światopoglądowy, a podział polityczny na PiS-u i PO jest wtórny. Donald Tusk zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że pierwszą partią, która się rozpadnie po tym, gdy przestanie istnieć PiS, będzie PO. Tylko i wyłącznie dzięki istnieniu PiS w roli zagrożenia ideologicznego i politycznego Tusk jest w stanie utrzymać oba skrzydła swojej partii. Zgoda co do tego, że podział społeczny czy światopoglądowy jest bardzo głęboki i to widać w wypowiedziach tych, którzy wspierają intelektualnie obie strony. Idealnym stanem dla wspomnianego Waldemara Kuczyńskiego byłoby to, gdyby PiS przestał istnieć. On odmawia tej partii prawa bytu na scenie politycznej.
Na miejscu PiS-u i Platformy przy takiej silnej antagonizacji społecznej mogłaby być dowolnie inna partia, dowolnie inaczej nazywać, składać z dowolnie innych ludzi. Teraz pytanie, jak ten podział społeczny będzie się dalej w przyszłości przekuwał na podziały polityczne. Mam wrażenie, że sygnał w postaci tego jak jest prowadzona obecna kampania pokazuje, że coś można zmienić.
[ramka]Michał Szułdrzyński jest publicystą, zastępcą kierownika działu krajowego "Rz". [/ramka]
[srodtytul]Zbigniew Stawrowski[/srodtytul]
Uwaga do wyrażonej przez Piotra Semkę oceny Platformy jako partii, która chce zmonopolizować scenę, wyeliminować wszystkich przeciwników: nawet gdyby tak było, pozostaje pytanie, jak w ogóle odnosić się do tego typu partii. To pytanie jest aktualne w stosunku do każdej partii, która ma radykalnie monopolistyczne skłonności. Można tu przywołać rozważania Carla Schmitta: jak mamy postępować w stosunku do wroga, czyli kogoś, kto po prostu chce nas zniszczyć? Czy mamy przyjąć logikę jego postępowania czy też, mając świadomość, że obok nas są ci, którzy chcą nas zniszczyć, przeciwstawić się temu, nie poddając się logice wzajemnego niszczenia? To jest szalenie trudne, ale, przynajmniej teoretycznie, wydaje się możliwe.
Druga uwaga dotyczy oceny naszej sytuacji. Nadal obowiązują w przestrzeni politycznej podwyższone standardy. Sztaby wyborcze, choćby nawet tego nie chciały, wedle tych standardów nadal postępują. Nawiązując do Kanta, nie ma znaczenia dla sfery publicznej, czy to jest robione dlatego, że uważa się, że te standardy są czymś dobrym i właściwym, czy dlatego, że się boimy, iż przegramy (a więc z czystej kalkulacji). Dla wymiaru moralnego człowieka ta różnica ma znaczenie, ale dla porządku publicznego już nie: jeżeli te standardy są przestrzegane, to znaczy, że obowiązują. Zresztą nawet w wymiarze osobistym przez powtarzanie pewnych zachowań wytwarza się w nas przyzwyczajenie, które staje się jakby naszą drugą naturą. I o to właśnie chodzi. Niech te pozytywne zachowania będą w sferze publicznej powtarzane, i niech te standardy i wzorce właściwych zachowań, które na razie są traktowane jako zewnętrzne i przestrzegane wyłącznie w wyniku czystej kalkulacji, stopniowo się uwewnętrzniają.
Dodałbym, że nie należy oczekiwać radykalnych zmian. Ale te pozytywne elementy są jak kropla wody, która drąży skałę. Myślę, że mimo wszystko sporo tych kropel napadało ostatnio wśród nas.
[srodtytul]Czesław Bielecki[/srodtytul]
Odnoszę dość rzadko mi towarzyszące w sytuacji publicznej wrażenie, że jestem kompletnie niepotrzebny, że znalazłem się w gronie, które najchętniej słucha samego siebie, wśród ludzi, którzy znowu chcą słusznie przegrać, podczas gdy istotą polityki jest zapewnić zwycięstwo rzeczom słusznym. Mam dojmujące poczucie, że jedyną zaletą PO jest to, że nie jest PiS. A dla wielu jedyną zaletą PiS jest to, że nie jest PO. Ale gdzieś jest jeszcze życie. Ja w życiu wolę oglądać radości i sukcesy niż klęski czy tragedie. Uważam, że dobra polityka to jest taka, która nie prowadzi do niepotrzebnych dramatów.
Powiedzenie, że coś nie było przewidywalne, jak np. lądowanie złym samolotem we mgle akurat o określonej godzinie na określonym lotnisku, jest w świetle mojej skromnej, ale jakiejś, wiedzy na ten temat czymś absolutnie niedopuszczalnym. Powodzie w Polsce są przewidywalne. Władza państwowa i samorządowa jest nam potrzebna po to, żeby ryzyko było kalkulowane. Zamiast mówić, że życie jest kruche, ja się pytam, co robi administracja publiczna w naszym kraju ze swoim obsesyjnym, perwersyjnym dążeniem do kontroli dziesiątek trzeciorzędnych problemów? Okazuje się, że nie jest w stanie sterować i kontrolować tego, co decyduje o życiu nie tylko elit, ale i zwykłych obywateli.
Przeciwstawienie, które zaproponował Piotr Skwieciński – albo mamy państwo silne, ale duże, albo mamy państwo słabe i małe – uważam za na wskroś reakcyjne. Już PRL pokazał, że omnipotencja władzy prowadzi do impotencji i w związku z tym każda próba poszerzenia władztwa państwa powoduje, że ono się rozprasza, i to, co jest jego priorytetem, po prostu wtedy mu umyka. Dlatego opowiadałem się zawsze za silnym państwem minimum.
Kompletnie nieświadomie powtarzaliście tu państwo sowiecką definicję polityki. Clausewitz powiedział, że wojna to jest polityka prowadzona innymi środkami. Sowieci uważali, że polityka to jest wojna prowadzona innymi środkami. W duchu tego wojennego tonu nie rozważamy, co druga strona zrobiła źle, tylko próbujemy scharakteryzować jej intencje, manipulacje i niecne zabiegi. Te niecne zabiegi to jest tylko piana, często brudna, ohydna, jak w wypadku wypowiedzi choćby ministra Sikorskiego na temat prezydenta, ale gdzie indziej tkwi istota polityki. Nie są nią intencje, lecz fakty. Nie są klęski w imię słusznych celów, tylko doprowadzenie do sukcesu celów, które podzielamy.
[srodtytul]Jan Pospieszalski[/srodtytul]
Jeśli chodzi o słuchanie siebie, o którym pan mówi, to muszę tu wystąpić jako depozytariusz doświadczenia zwanego obserwacją uczestniczącą. Stojąc przez dziewięć dni z kamerą na Krakowskim Przedmieściu, później w Krakowie, sam ze zdumieniem zauważyłem, że ta społeczność, którą sceptycy oceniają na 20 – 30 proc., jest kompletnie inna. Ludzie wykształceni, pełni troski o państwo, którzy nie formułują roszczeniowych pretensji do świata, tylko pretensje, że właśnie ukradziono nam państwo, a teraz nawet chcą nam ukraść święto. Czy ci ludzie dzisiaj tłumnie nawiedzą lokale PiS, zapisując się do partii? Otóż nie. Wyniszczająca wojna Tutsi z Hutu rozgrywana przede wszystkim w warstwie telewizyjno-gazetowej, tak dalece zniechęciła ich do odbierania w ogóle tego, co się dzieje w telewizji, jako komunikatu, który cokolwiek znaczy. A z drugiej strony nie abdykują od swojej aktywności i mają głębokie poczucie, że to zaangażowanie musi się na coś przełożyć.
Wbrew temu, co pan Stawrowski powiedział, ten potencjał nie będzie moim zdaniem chwilowy, ponieważ wszyscy mamy trudności, żeby dowiedzieć się cokolwiek pewnego o tym, co się stało. Skoro depozytariuszem śledztwa jest Władimir Putin, o którym Jan Nowak-Jeziorański napisał, że jest człowiekiem wychowanym w szkole fałszu i zbrodni, w związku z tym mam prawo się bać i mam prawo nie wierzyć temu, co zostanie wrzucone przez jakąkolwiek komisję Anodiny, Seremeta czy kogokolwiek. Mam ograniczony sposób zaufania do tego rodzaju komunikatów.Ten potencjał mobilizacyjny na nieszczęście i na szczęście będzie wzmacniany poczuciem tego, co Bronisław Wildstein nazwał utratą suwerenności. Ludzie to wiedzą, czują i mówią o tym jawnie, głośno. Moim zdaniem ten odruch mobilizacji i przekonanie, że coś się z nami niedobrego dzieje, może być tym silnym zjawiskiem ze sfery prepolitycznej, które zmieni politykę po śmierci Lecha Kaczyńskiego.
[ramka]Jan Pospieszalski jest publicystą, muzykiem, autorem programów radiowych i telewizyjnych. Od 2004 r. prowadzi w TVP program publicystyczny „Warto rozmawiać”[/ramka]
[srodtytul]Czesław Bielecki [/srodtytul]
Pan mówi, że pan nie wie, dlaczego nastąpiła katastrofa. Powtarzam, to nie był kryzys, to był rezultat. To nie był przypadkowy zbieg okoliczności, lecz efekt kolejnych decyzji kolejnych osób, które dotykają granic absurdu. Fakt, że na koniec ten absurd jest po prostu niewyobrażalnie wielki, jest dramatyczny i tragiczny, nie zdejmuje z wszystkich decydentów po drodze odpowiedzialności za udział w konstruowaniu tej sytuacji. Na oczach całej Polski kolejne rządy tchórzyły przed opinią publiczną z przyczyn czysto populistycznych. Szukacie pierwszej przyczyny, a ja wam pokazuję, że przyczyn jest mnóstwo. Jedną z nich jest mentalność nas samych, są nasze obyczaje prawne. Jest uparta chęć regulowania wszystkiego i uparte zaprzeczanie na co dzień zdrowemu rozsądkowi. Władza w pewnym momencie musi mówić, co jest interesem publicznym, i brać za to odpowiedzialność. I nie widziałem w Polsce rządu, który ją brał. Może pan widział, jest pan w lepszej sytuacji. Ja nie dostrzegłem.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA