fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Walka o koalicjanta

Nick Clegg
AFP
W związku z powyborczym patem politycznym w Wielkiej Brytanii liderzy Partii Pracy i konserwatystów przedstawili liderowi trzeciej z największych partii - liberalnych demokratów - oferty koalicyjne.
W zamian za poparcie go na stanowisku premiera, przywódca laburzystów Gordon Brown zaproponował liberałom Nicka Clegga natychmiastowe przyjęcie ustawodawstwa ws. rozpisania referendum na temat zmiany ordynacji wyborczej, w obecnym kształcie niekorzystnej dla liberałów.
Brown sugerował wcześniej wprowadzenie jednomandatowych okręgów, w których zwycięzca musiałby uzyskać co najmniej 50 proc. głosów. Obecnie wystarcza zwykła większość. Liberałowie uznali te propozycje za krok we właściwym kierunku, choć niewystarczający.
Cameron z kolei przedstawił Cleggowi ofertę sprawiającą wrażenie mniej szczodrej. Wyraził gotowość przystania jedynie na utworzenie międzypartyjnej komisji dochodzeniowej, która przyjrzałaby się systemowi wyborczemu i opracowała zalecenia jego ewentualnej reformy.
Konserwatyści - 306 mandatów, laburzyści 258, a Liberalni Demokraci - 57 mandatów - takie są ostateczne wyniki wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii - podały brytyjskie media. Na pozostałe partie przypada 28 mandatów.
Teraz Wielką Brytanię może czekać polityczny spór o to, kto ma pierwszeństwo w tworzeniu rządu. Laburzyści dają do zrozumienia, że to oni jako partia rządząca powinni mieć ten przywilej. Konserwatyści, że pierwszeństwo ma ten, kto zdobył najwięcej mandatów.
– Oczywiście wielu ludzi odwróciło się od Partii Pracy, ale nie rzucili się też w ramiona szefa torysów Davida Camerona. Jeśli parlament będzie zawieszony, to nie partia, która ma najwięcej miejsc, ale obecny rząd ma pierwszeństwo w próbie sformowania nowego gabinetu – mówił lord Peter Mandelson, minister handlu w rządzie Gordona Browna.
Ekonomiści podkreślają, że najważniejsze jest jak najszybsze stworzenie stabilnego rządu, który wyprowadzi Wielką Brytanię z recesji i zacznie redukować olbrzymi dług publiczny, równy już zadłużeniu Grecji. Eksperci są zgodni, że były to najbardziej emocjonujące wybory od kilkudziesięciu lat. Brytyjska ordynacja oparta na jednomandatowych okręgach wyborczych do tej pory pomagała jednej partii zdobyć wyraźną większość w parlamencie. Tym razem wyścig po władzę był do ostatniej chwili niezwykle wyrównany.
Przełożyło się to na frekwencję, która była niezwykle wysoka. Doszło do tego, że w wielu lokalach wyborczych obywatele zostali odesłani z kwitkiem. Zabrakło bowiem kart do głosowania. Komentatorzy ostrzegają, że może to doprowadzić do protestów i skarg.
– To były historyczne wybory, przede wszystkim z powodu telewizyjnych debat przywódców, których wcześniej nie organizowano. Wyborcy mogli zobaczyć, że oprócz dwóch głównych partii jest trzecie ugrupowanie, a jego przywódca Nick Clegg jest pierwszoligowym politykiem – mówi “Rz” prof. David Denver z Lancaster University. Jego zdaniem zgoda na zorganizowanie debaty była poważnym błędem Camerona, który miał zdecydowaną przewagę. – To była katastrofalna pomyłka, przez którą torysi mogą nie zdobyć większości – dodaje prof. Denver.
Na głosowanie ogromny wpływ miał też skandal związany z wydatkami polityków, po którym wyborcy stracili zaufanie do obu największych partii. Wielu Brytyjczyków zapowiadało, że tym razem poprze Liberalnych Demokratów. – Mamy taki system wyborczy, że Nick Clegg nie ma szans na zwycięstwo, ale liberałowie mogą wejść do koalicji i będą mieli pierwszy raz wpływ na przyszłość kraju. Dlatego na nich zagłosuję – mówiła Sally, 35-letnia agentka biura nieruchomości.
Podobnie jak tysiące londyńczyków miała zamiar najpierw po pracy zagłosować, a potem wybrać się do pubu, aby obserwować wieczór wyborczy na ekranach, na których zazwyczaj pokazywane są mecze. – Normalnie jesteśmy otwarci do godz. 1, ale tym razem jesteśmy przygotowani na długą wyborczą noc trwająca nawet do 6 nad ranem. Wszystko zależy od tego, jak się będą bawić nasi klienci – mówi ła “Rz” barmanka z pubu Sidewinder w Brighton.
Klienci aplauzem lub buczeniem przyjmowali kolejne wyniki napływające z poszczególnych okręgów wyborczych. Komisje ścigały się, która szybciej podliczy głosy. Niektóre wyznaczyły do tego zadania kilkaset osób i zapowiadały ogłoszenie wyników już w pół godziny po zamknięciu lokali wyborczych.
Brytyjscy bukmacherzy do ostatniej chwili przyjmowali zakłady dotyczące wyników. Jeden z najwyższych to 10 tys. funtów postawionych na Partię Pracy. Eksperci twierdzą, że takiego zainteresowania polityką jeszcze na Wyspach nie widzieli. Brytyjczycy na zakłady związane z głosowaniem mogli wydać nawet 50 mln funtów. – Najczęściej obstawiali, kto zdobędzie najwięcej miejsc w parlamencie – mówił “Rz” James z punktu bukmacherskiego William Hill na Victoria Street w Londynie.
Tuż obok ekranów pokazujących relacje z wyścigu hartów i gonitwy konnej pojawiały się twarze partyjnych przywódców i informacje, jakie mają szanse. Ponieważ w grę wchodzą wielkie pieniądze, bukmacherzy przeprowadzili o wiele dokładniejsze badania szans partii i ich kandydatów niż niejedna firma badająca opinię publiczną. Sprawdzili nawet szanse poszczególnych partii w najważniejszych z 650 okręgów wyborczych.
[ramka][srodtytul]Sylwetki[/srodtytul]
[b]David Cameron, lider Partii Konserwatywnej[/b]
44-letni David Cameron jest typowym przedstawicielem brytyjskiego establishmentu. Ukończył Eton College – najsłynniejszą i najdroższą prywatną szkołę dla chłopców, do której posyłają dzieci arystokraci. Mieszka w modnej dzielnicy Londynu Notting Hill, gdzie można go często spotkać jadącego do pracy na rowerze. Ale kilka metrów za nim jedzie zazwyczaj limuzyna z szoferem, która wiezie jego aktówkę z ważnymi dokumentami. Był działaczem Partii Konserwatywnej, odkąd skończył uniwersytet w Oksfordzie. Zanim dostał się do parlamentu, przez siedem lat kierował działem promocji telewizji Carlton. Nawet przeciwnicy przyznają, że jest doskonałym mówcą. W 2005 roku został najmłodszym przy- wódcą Partii Konserwatywnej w historii i od razu przystąpił do zmiany wizerunku ugrupowania na bardziej nowoczesne. Torysi stali się zagorzałymi obrońcami środowiska i wszelkich mniejszości. Żona Davida Camerona, Samantha, jest córką słynnego właściciela ziemskiego sir Reginalda Sheffielda.
[b]Nick Clegg, przywódca Liberalnych Demokratów[/b]
43-letni Nick Clegg ma rosyjsko-holenderskie korzenie. Jego babka ze strony ojca była przedstawicielką rosyjskiej arystokracji, a matka urodziła się w Holandii. Ożenił się natomiast z Hiszpanką Miriam Gonzalez Durantez – byłą ekspertką od Bliskiego Wschodu w hiszpańskim MSZ, którą poznał na studiach w Belgii. Clegg, który mówi pięcioma językami, przez dziesięć lat zasiadał w unijnych instytucjach i chce jak najbliższych związków swego kraju z UE. Deklaruje, że jest ateistą i liberałem z krwi i kości. Przejmując szefostwo Liberalnych Demokratów w 2005 roku był najmłodszym przywódcą brytyjskiej partii w historii. Pierwsze szlify w polityce zdobywał u boku torysów, ale nie dał się przeciągnąć na ich stronę. Jak mówi, jego poglądy ukształtowała epoka Margaret Thatcher, z której polityką całkowicie się nie zgadzał. Wielką popularność przyniosła mu pierwsza z trzech debat telewizyjnych zorganizowanych przed wyborami. Pozytywnie oceniało go ponad 70 procent Brytyjczyków – lepiej notowany był tylko Winston Churchill.
[b]Gordon Brown, premier Wielkiej Brytanii, lider Partii Pracy[/b]
Ojciec 59-letniego dziś Gordona Browna był proboszczem jednej z parafii narodowego Kościoła Szkocji. Dlatego przywódca Partii Pracy jest bardzo religijny, chociaż się z tym nie obnosi. Zanim poznał swoją żonę Sarę, zaskakiwał znajomych częstymi zmiana- mi partnerek. Był uznanym dziennikarzem telewizyjnym i rektorem uniwersytetu w Edynburgu. Szybko został czołowym politykiem Partii Pracy w Szkocji. Kiedy dostał się do parlamentu i został ministrem finansów w gabinecie cieni, postanowił udowodnić, że laburzyści potrafią w odpowiedzialny sposób zarządzać gospodarką. Przed wyborami w 1997 roku uchodził za jednego z głównych kandydatów na przywódcę laburzystów. Podobno zawarł układ z Tonym Blairem, że zrezygnuje z walki o przywództwo w zamian za stanowisko kanclerza skarbu, a szefem partii zostanie później. Chwalono go m.in. za wzmocnienie niezależności Banku Anglii, ale jego osiągnięcia przyćmił kryzys. Krytycy zarzucają mu brak charyzmy. Brown przekonuje, że w polityce ważniejsza jest uczciwość.
[i]—lor[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA