fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jak żyć z niebieską Ukrainą?

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Wygranej Wiktora Janukowycza nie powinniśmy traktować jak klęski Polski. Raczej jako szanse na uzyskanie wspólnych korzyści, których z pomarańczowymi uzyskać się nie udało
[wyimek][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/02/09/jak-zyc-z-niebieska-ukraina/" "target=_blank]Weź udział w dyskusji[/link][/wyimek]
Minie jeszcze trochę czasu, zanim sytuacja u naszego największego wschodniego sąsiada się ułoży. Nie można wykluczyć, że sądy przychylą się do wniosków Julii Tymoszenko i unieważnią wyniki wyborów w części komisji. Nawet jeśli tak się nie stanie, wygrana Wiktora Janukowycza nie jest miażdżąca, trudno ją nawet nazwać znaczącą.
Niewykluczone, że nowy prezydent nie znajdzie większości parlamentarnej do odwołania rywalki z funkcji szefa rządu. A jeżeli nawet, trudno mu będzie ją politycznie zmarginalizować – chyba że zdecydowałby się na sięgnięcie po środki niemieszczące się w arsenale działań aprobowanych przez państwa demokratyczne, co jednak miałoby dla niego określone bolesne skutki. Jeśli zaś Janukowycz nie pokona definitywnie Julii Tymoszenko teraz, to po jakimś czasie sytuacja się odwróci – to on będzie w oczach społeczeństwa odpowiadać za kryzys, biedę i wszelkie problemy, których Ukraina ma niemało. Teraz wygrał, bo większość Ukraińców uwierzyła, że problemy te rozwiąże lepsza współpraca z Rosją, z którą im się kojarzy. Ale przykład sąsiedniej Białorusi pokazuje, że nawet do tak wygodnego dla siebie przywódcy jak Aleksander Łukaszenka, Rosjanie nie są skłonni dokładać.
Nie jest zresztą, wbrew ukutemu na potrzeby kampanii stereotypowi, tak, żeby Rosjanie nie mieli innego niż Janukowycz partnera do rozmów i interesów. W istocie ani nowy prezydent nie jest tak jednoznacznie prorosyjski i antyzachodni, ani jego rywalka tak antyrosyjska i prozachodnia, jak zwykło się to malować.
Tak czy owak wydaje się, iż za wschodnią granicą jeszcze przez wiele miesięcy będziemy mieć do czynienia z ostrą walką o władzę, o kontrolę nad poszczególnymi segmentami gospodarki i administracji. Zważywszy że naturalnym zapleczem Tymoszenko jest Ukraina Zachodnia, a Janukowycza Wschodnia, konflikt ten nieuchronnie będzie dzielił społeczeństwo, którego świadomość historyczna i poczucie tożsamości jest na tych dwóch obszarach nieco inne.
[srodtytul]Czego robić nie możemy[/srodtytul]
Jak teraz powinna się zachowywać Polska? Po pierwsze, powiedzieć trzeba bardzo wyraźnie, czego w żadnym wypadku robić nie powinniśmy. Otóż nie możemy robić niczego, co pozwalałoby Polskę wpisać w ten konflikt jako zdeklarowanego sojusznika jednej ze stron.Taką pozycję w świadomości Ukraińców zajmowaliśmy, niestety, wskutek naszego zaangażowania po stronie przegranego Wiktora Juszczenki. Nie jest przypadkiem, że w ostatnich dniach kampanii kandydat Janukowycz mobilizował swoich wyborców wizją ściągających na Ukrainę polskich bojówek – a nie, na przykład, bojówek czeskich, węgierskich czy niemieckich. Możemy się do woli śmiać z tej wizji, ale dla przeciętnego Ukraińca z Donbasu mającego w pamięci Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Wałęsę na pomarańczowym Majdanie, wcale ona absurdalnie nie brzmiała.
Inaugurację nowej prezydentury musimy wykorzystać do dania Ukrainie bardzo wyraźnego sygnału: polskie wsparcie dla pomarańczowej rewolucji nie było wsparciem dla konkretnych polityków z nią związanych, ale wsparciem dla prawa Ukrainy do samostanowienia, prawa jej obywateli do wolnych, uczciwych wyborów, w których ich decyzja jest szanowana. I pozostajemy w tej kwestii konsekwentni – Janukowycz wybrany przez swój naród demokratycznie i uczciwie jest dla nas nie mniej pomarańczowy niż jego poprzednik, tak samo jak każdy inny, któremu zechcieliby Ukraińcy powierzyć prezydenturę.
Nie chodzi o to, żeby nowego prezydenta, wyraźnie mającego Polakom za złe potraktowanie go przed kilku laty, jakoś "ugłaskiwać". Musi on po prostu dostać od nas sygnał, że Polska nie będzie antyjanukowyczowska, przynajmniej dopóki sam Janukowycz jej do tego nie zmusi. Ten sam sygnał musimy przekazać jego rywalce. Nie bierzemy udziału w sporze między politykami, chcemy mieć jak najlepsze stosunki i z władzą, i z opozycją.
[srodtytul]Nie tylko Bandera[/srodtytul]
Dotyczy to, powtórzę, nie tylko sporu politycznego, ale też szerszego, kulturowego, który ma na Ukrainie miejsce. Wielokrotnie upominałem się na tych łamach o niebagatelizowanie niebezpieczeństwa, jakie stanowi aktywna obecność w obozie pomarańczowych sił wywodzących się wprost z tradycji ukraińskiego faszyzmu, z OUN i UPA, z ich antypolską propagandą i agresywnym zakłamywaniem tragicznej polsko-ukraińskiej historii.Ze strony Janukowycza przynajmniej nie grozi nam gloryfikowanie osobników typu Bandery czy Szuchewycza, a również w obozie Julii Tymoszenko tendencje te, na razie, nie wydają się silne. Jest to dobry moment, żeby pojawić się z mądrą ofertą współpracy w dziedzinie wspólnego poradzenia sobie z historią, bez narażenia się na podejrzenia o chęć rozgrywania kulturowego sporu między ukraińskim Zachodem i Wschodem.
Przekładając to na konkrety – od niedawna mam na półce z DVD kapitalny film wyprodukowany w dwóch językach przez telewizję Biełsat, o generale Stanisławie Bułak-Bałachowiczu.Takich filmów, pokazujących nieznane, a łączące nas ze Wschodem karty, powinniśmy produkować dziesiątki, i dotyczy to nie tylko filmów – także spotkań historyków, książek, imprez i programów telewizyjnych.
Powinniśmy przypominać Ukraińcom, że ich historia to nie tylko Bohdan Chmielnicki, ale także Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny i wspólna walka pod Chocimiem przeciwko Turkom, że to także Jan Wyhowski i zmarnowana szansa na Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Powinniśmy się starać, żeby historycznym symbolem niepodległościowych starań Ukraińców był nie Stepan Bandera, ale Semen Petlura, i żeby w pamięci o II wojnie światowej znalazło się miejsce nie tylko dla polskich ofiar Wołynia, ale także dla ukraińskich Żydów i dla rdzennych Ukraińców, których wiele tysięcy padło ofiarą tych samych sotni, które pastwiły się nad ich polskimi sąsiadami.
Polsko-ukraińska historia jest jak bomba, którą, paradoksalnie, łatwiej będzie rozbroić teraz, niż za rządów pomarańczowych, przesadnie liczących się z nacjonalistami.
[srodtytul]Donieck to nie Rosja[/srodtytul]
Ważne jest, oczywiście, żeby historia nie była osią naszych wzajemnych relacji. Dla przeciętnego Ukraińca Polska to kraj, gdzie przyjeżdża się do pracy i na handel, gdzie można zarabiać, robić interesy. Wiele dobrego dla naszych stosunków zrobiły przepisy umożliwiające legalne zatrudnianie przybyszów ze Wschodu; powinniśmy pójść tą drogą znacznie dalej i całkowicie tę sferę ucywilizować. Oprócz pieniędzy na wspólne instytucje, na kontrakty i współpracę opiniotwórczych elit, wymianę młodzieży, przedsięwzięcia naukowe i kulturalne powinniśmy więc znaleźć także środki na usprawnienie aparatu konsularnego, na wspólne instytucje promujące i ułatwiające kontakty ekonomiczne.
Mam nadzieję, że nie jest z mojej strony "chciejstwem" nadzieja, iż Wiktor Janukowycz nie jest – jak na fali emocji pomarańczowej rewolucji przywykliśmy uważać – "człowiekiem Moskwy", ale "człowiekiem Doniecka". A Donieck, cała południowo-wschodnia Ukraina, choć kulturowo bliska Rosji w stopniu dla Polaka niezrozumiałym, nie jest Rosją. Jest regionem, który ma interes – i chyba to sobie uświadamia – w zachowaniu wobec Rosji odrębności.
To otwiera możliwość współpracy gospodarczej, jakkolwiek, nie należy mieć złudzeń, z wielu przyczyn nie będzie to dla nas współpraca łatwa. Z tych przyczyn wymienić należy przede wszystkim fakt, iż dla ukraińskich oligarchów priorytetem wydaje się zachowanie w kontaktach z Zachodem życzliwej neutralności Rosjan. Nasze możliwości robienia wielkiego biznesu na Ukrainie będą więc jeszcze długo zależeć od naszych stosunków z Rosją, a to osobna, trudna układanka.
Na dodatek znaczna nieprzejrzystość i umafijnienie gospodarki ukraińskiej każą traktować wszelkie kontakty z nią podejrzliwie. Przy całej tej świadomości jednak możliwość zacieśniania współpracy istnieje, i od nas będzie zależeć, czy jesteśmy w stanie odkrywać dla wschodniego sąsiada rolę biznesowego pomostu do Unii Europejskiej.
Tak czy owak – mimo całego emocjonalnego zaangażowania w pomarańczową rewolucję, wygranej Janukowycza nie powinniśmy traktować jako klęski Polski. Raczej jako szansę na uzyskanie wspólnych korzyści, których z pomarańczowymi z różnych względów uzyskać się nie udało.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA