Styl życia

Jak przeżyć święta

Rzeczpospolita, Tomasz Wawer Tom Tomasz Wawer
Na wigilię do rodziców czy do teściów? A może do babci? Co zrobić, by nikt nie poczuł się urażony
– Przez kilka pierwszych lat naszego małżeństwa mieliśmy poważny problem: iść na wigilię do moich rodziców czy jego? A może do babci? – wspomina Iga Mochdziewicz, pracuje w warszawskiej agencji reklamowej. – Każdy chciał nas zobaczyć i ugościć. Gdy nie było dzieci, godziliśmy się na takie kolędowanie i byliśmy wszędzie tam, gdzie nas oczekiwano. W efekcie, co było dość irytujące, spędzaliśmy więcej czasu w samochodzie niż przy stole. Gdy pojawiły się dzieci, nie mogliśmy już tak krążyć.
   
Zastanawiali się, co zrobić, by nikt nie czuł się urażony. Najlepiej zgromadzić wszystkich przy wspólnym stole. Ale przy którym? U kogo? Idealnym rozwiązaniem okazało się spotkanie na neutralnym gruncie. – Wynajmujemy chatę w górach – mówi Iga Mochdziewicz. – Na początku niektórzy stawiali opór, najstarsi w rodzinie nie chcieli zmieniać swoich wigilijnych przyzwyczajeń. Zapowiedzieliśmy: na stole może znaleźć się wszystko, według uznania. I grzybowa, i barszcz. Im więcej tym lepiej. Za to mniej konfliktów. Razem ubieramy wielką choinkę, w kominku pali się ogień, a w pierwszy dzień świąt organizujemy dzieciom kulig. Podróż na południe Polski jest trochę uciążliwa, ale ten wspólny czas wszystko wynagradza.     – Coraz częściej mamy dziś do czynienia z tzw. rodziną patchworkową – mówi dr Małgorzata Sikorska, socjolog, autorka  książki „Nowa matka, nowy ojciec, nowe dziecko. O nowym układzie sił w polskich rodzinach”. – Gdy rodzina składa się z wielu bardzo różnych „elementów”, i nie chodzi tu tylko o trzy pokolenia, ale i pierwszą żonę, drugą żonę, nowego przyjaciela mamy itd. – to trzeba to jakoś poukładać. Stąd przyjęta nazwa: rodzina – układanka. Gdy jest się elementem niepasujących do siebie puzzli, poświęcanie się i przysłowiowe spędzanie świąt w aucie, aby odwiedzić wszystkich, jest jakimś rozwiązaniem. Bo jak inaczej poradzić sobie przy jednym stole ze spiralą napięć? – Z kolacjami czekają na nas moi rodzice, teściowa oraz siostra mojej matki – mówi Aleksandra Krotoszyńska, urzędniczka w Ministerstwie Środowiska. – Gdy nie mieliśmy dzieci, nawet nam to odpowiadało, wpadaliśmy na „gotowe”, nie musieliśmy siedzieć długo, bo ktoś jeszcze na nas czeka. Przy dwójce małych dzieci stało się to jednak męczące. Do tego doszedł stres, ponieważ Krotoszyńscy nie wiedzieli, do kogo pójść najpierw. Pierwszą kolację uznaje się za najważniejszą. Kolejne to powtórki. – Wprowadziliśmy zasadę, że co roku przychodzimy na „pierwszą” wigilię do kogoś innego, a pierwszy lub drugi dzień świąt mamy wyłącznie dla siebie – mówi Krotoszyńska. – Gdy w licznie spotykającej się rodzinie męża zdarzyło się, że dostałam pod choinkę trzy portfele, zaproponowałam robienie listy prezentów. Informowanie się wzajemnie, kto i co kupuje, wprowadza element konspiracji i zabawy. To zbliża i wprawia przed świętami w dobry nastrój.     – Dopasowywanie się podczas świąt do wymagań rodziców kosztem własnej wygody jest jednak coraz rzadsze, to rodzinna retoryka z przeszłości – twierdzi dr Sikorska. Według niej dziś zwyciężają indywidualne potrzeby i zasada „nic na siłę”. Święta są po to, by odpocząć, również emocjonalnie. – Polskie pisma kobiece są świetnym odzwierciedleniem społecznych zmian i nastrojów – mówi Sikorska. – Kiedyś w świątecznych numerach radzono, jak przyrządzić karpia i nakryć do stołu, kogo posadzić obok dziadka. Dziś czytam: „jak nie lubisz sprzątać, nie sprzątaj”, „jedzenie zamów w restauracji”, „nie rób nic wbrew sobie”. W kolorowych magazynach pojawiają się artykuły o świętach w Egipcie, na plażach Wysp Kanaryjskich, bez choinki, za to z palmami. Sikorska uważa, że wiele osób wybiera taki sposób na święta, bo są coraz bardziej asertywne i mają na to społeczne przyzwolenie. – Nawet Kościół zwalnia nas z pewnych obowiązków, zniesiono np. obowiązek poszczenia w Wigilię – mówi. – Dziwi mnie to, bo Polacy są z natury przywiązani do tradycji. Myślę więc, że powszechne, rodzinne świętowanie powróci. Czy w dotychczasowej formie? Nie wiem.     Zofia Milska-Wrzosińka, psycholog i psychoterapeutka Święta psują się od głowy. Wszyscy, bez wyjątku, mamy ważne wspomnienia dotyczące świąt. Pamiętamy je z dzieciństwa jako bardzo piękny lub jakiś przykry moment. Mamy ze świętami osobiste, emocjonalne skojarzenia. Krótko mówiąc – nosimy w sobie mentalny bagaż dotyczący świąt. Stąd sytuacje konfliktowe, gdy nagle nasze wyobrażenie tego czasu zderza się z wyobrażeniem i oczekiwaniami współmałżonka i jego rodziny. Słowo „oczekiwania” jest tu ważne. Zbyt często wobec świąt mamy zbyt duże oczekiwania. Jeśli jesteśmy niezadowoleni z tego, jak je spędzamy, oczekujemy zmiany. Albo mamy nadzieję na długo wyczekiwany prezent. Lub że nie będą wydarzały się rzeczy złe, nie padną przykre słowa. Czyli: nasz balast oczekiwań i wyobrażeń dotyczących świąt jest zbyt duży. Tymczasem w tym specjalnym czasie ogniskują się wszystkie trudne aspekty rodzinne. Jeżeli jest napięcie między rodzicami, to z całą pewnością w święta będzie jeszcze silniejsze i z całą pewnością wybuchnie. Jeśli ktoś w rodzinie ma skłonność do zachowań urażających, to w święta zrobi to w nasileniu. W święta bowiem to, co szwankuje, wykrystalizuje się i wystąpi z większą mocą. Niektórzy, nie mogąc wytrzymać tych corocznych rozczarowań, szukają innych rozwiązań. Na przykład wyjeżdżają. To ucieczka od realnego wydarzenia, ale nie od emocji. Często słyszę od tych, którzy wyjechali, że choć to oni opuścili wigilijny stół, czuli się porzuceni. Porządek ze świętami trzeba bowiem zrobić przede wszystkim w swojej głowie.  
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL