Muzyka

Zacząłem pałeczką od ryżu

Krzysztof Urbański uważa, że wiele zawdzięcza swojemu profesorowi Antoniemu Witowi
Materiały Promocyjne
O siedmiu nutach granych 30 razy, braku tremy, wczesnych planach zostania piłkarzem oraz o tym, jak niespodziewanie można stać się dyrektorem orkiestry symfonicznej w Trondheim, mówi 27-letni dyrygent z nominacją do Paszportu „Polityki”
[b]Często pan bywa w Polsce?[/b]
Krzysztof Urbański: Coraz rzadziej. Bardzo żałuję, ale w tym sezonie mam tylko jeden koncert w kraju. Nawet w domu bywam rzadko. Moja ostatnia podróż trwała dwa miesiące. Zacząłem od Saarbrücken, potem było Bordeaux oraz debiut w Concertgebouw w Amsterdamie, skąd poleciałem na koncerty w Tokio i Osace. [b]W przyszłym roku będzie chyba mniej podróży, skoro zostaje pan szefem orkiestry w Trondheim. [/b]
Zaczynam dopiero od przyszłego sezonu, do jesieni jestem więc jeszcze swobodny. [b]Szybko osiągnął pan dojrzałość.[/b] Nie mnie to oceniać. Cieszę się, że w niecałe dwa lata po ukończeniu studiów objąłem stanowisko szefa jednej z najlepszych orkiestr w Norwegii, o znaczącej pozycji w Europie. Wierzę, że z muzykami z Trondheim przeżyję piękne chwile. [b]Oni dobrze pana znają?[/b] Byłem tylko na jednym koncercie – dałem go w czwartek. W poniedziałek zaproponowano mi posadę, mimo że orkiestra poszukiwała dyrektora od kilku sezonów i po moim występie miało przyjechać kilku potencjalnych kandydatów. Nie wahałem się ani chwili. Podpisaliśmy kontrakt na trzy sezony. W pierwszym muszę tam pracować przez siedem tygodni, w następnych – po osiem. To dla mnie komfortowa sytuacja, daje mi możliwość dalszego poznawania nowych orkiestr. [b]Co ma pan takiego w sobie, że łatwo zdobywa pan uznanie?[/b] Nie wiem, ale muzycy w Trondheim wykazali ogromną cierpliwość, bo jako dyrygent bywam trudny i uparty. Próbowaliśmy X symfonię Szostakowicza i siedem nut rozpoczynających jej trzecią część graliśmy chyba ze 30 razy. [link=http://www.zyciewarszawy.pl/artykul/27,431269_Zaczalem_paleczka_od_ryzu.html] Czytaj więcej w Życiu Warszawy[/link] [ramka][srodtytul]O nich też było głośno[/srodtytul] Rok 2009 nie był czasem błyskotliwych debiutów, za to potwierdzili swą pozycję artyści już znani, choć często także młodzi. Zdumiewa aktywnością i energią dyrygent Łukasz Borowicz, nie zważając na niepewny los kierowanej przez niego Polskiej Orkiestry Radiowej, przygotował bardzo ciekawy sezon koncertowy w Studiu im. Lutosławskiego. W Operze Narodowej wydarzeniem stała się premiera „Zagłady domu Usherów” Glassa, którą zrealizowała debiutująca na tej scenie reżyserka Barbara Wysocka. Największą operową gwiazdą 2009 roku była natomiast Olga Pasiecznik. Do swego bogatego dorobku dopisała dwie wybitne kreacje: w „Orfeuszu i Eurydyce” Glucka (Opera Narodowa) oraz w monodramie haendlowskim „Tre donne” (Warszawska Opera Kameralna). Tytuł kompozytora roku powinien otrzymać Tadeusz Wielecki. Bardziej dotąd znany jako dyrektor Warszawskiej Jesieni doczekał się wreszcie autorskiego koncertu monograficznego, który przygotował mu Nowy Teatr. Ta bezdomna instytucja potrafi organizować interesujące koncerty nowej muzyki. Ulubieńcem publiczności stał się 13-letni pianista Jan Lisiecki – jego występ na festiwalu „Chopin i jego Europa” przyjęto entuzjastycznie. Nastąpiło też wyraźne ożywienie w tańcu. Krzysztof Pastor, który wiosną został szefem Polskiego Baletu Narodowego, wystawił dwie ważne premiery: „Tristan” oraz „Kurt Weill”. Nowego ducha w taniec nowoczesny tchnęła Edyta Kozak, nie tylko jako choreografka, ale i organizatorka międzynarodowego festiwalu ciało/umysł.[/ramka]
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL